27. tydzień zwykły A (2005)

Przeczytaj i rozważ

Reklama


Zawiedziony Pan Bóg (Iz 5.1-7; Ps 80; Flp 4,6-9; J 15,16; Mt 21,33-43)

Miało być tak pięknie. Miało być inaczej. Przynajmniej według obietnic. Przynajmniej według moich wyobrażeń. Jest więc dziwne uczucie pustki. Ktoś mnie zawiódł. Naraził na szwank moją nadzieję.

Jak reaguję? Gniewem. I czymś jeszcze. Pojawia się żal. Poczucie zmarnowanego czasu, wysiłku, który trafił w próżnię. Intensywna myśl: „Nie warto było”. Druga myśl: „Uważaj na przyszłość”. Trzecia: „Zostaw to wszystko. Zostaw sprawy samym sobie. Szkoda twoich nerwów”. Poddaję się. Opanowuje mnie rozczarowanie. Ulegam skutkom zawodu.

Czy Bóg reaguje podobnie? Z lękiem czytam Izajaszową „Pieśń o winnicy”. I z niedowierzaniem. Coś mi nie pasuje. Odnoszę ją do grzechu pierworodnego i widzę, że nie jest dokładnie tak, jak by wynikało z „Pieśni”. Mimo grzechu nie zostaliśmy bez opieki. Poza rajem, ale jednak nie pozostawieni samym sobie. Poza rajem, ale wciąż z szansą.

Z dopowiedzenia, jakie Jezus uczynił do „Pieśni o winnicy”, opowiadając przypowieść o dzierżawcach wynika, że Bóg broni się przed rozczarowaniem i zawodem, sprawianym Mu przez stworzenia. Broni się wiarą, nadzieją i miłością.

Modlitwa dnia

Wszechmogący, wieczny Boże, Twoja hojność przewyższa zasługi i pragnienia modlących się do Ciebie; okaż nam swoje miłosierdzie, odpuść grzechy, które niepokoją nasze sumienia, i udziel nam również tego, o co nie ośmielamy się prosić. Przez naszego Pana Jezusa Chrystusa, Twojego Syna, który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, Bóg, przez wszystkie wieki wieków.


Niech cię wieloryb połknie (Jon 1,1-2,11; Ps: Jon 2,3.4.5.8; J 73,34; Łk 10,25-37)

W sporze Jonasza z Bogiem ustawiam się po stronie opornego proroka. Denerwuje mnie, że Bóg bezceremonialnie wkracza w jego życie i gwałtownie zmienia jego bieg. A co z wolnością Jonasza? Przecież Bóg nie może zmuszać człowieka do czegokolwiek. I każdy może Mu powiedzieć „nie”.

Jednak moja „solidarna obrona wolności” Jonasza ma swoje granice. Gdy wykrywam, że jego kontestacja nie przynosi mi pożytku, lecz niebezpieczeństwo, własnoręcznie wypycham go za burtę i z ulgą patrzę, jak łyka go wieloryb albo inny potwór. „Buntuj się na własny rachunek, a od moich interesów trzymaj się z daleka” - wyjaśniam, gdy zdziwiony znika w paszczy.

Takich Jonaszów spotykam na swojej drodze sporo. Za każdym razem odkrywam, że Bóg jest uparty. Wiem, że nie brzmi to dobrze. Poprawniej i grzeczniej byłoby powiedzieć „konsekwentny”. Ale mówię tak, jak myślę.

Muszę też - chociaż nie zawsze chętnie - przyznać, że ten Boży upór działa na moją korzyść. Wiele razy uratował mnie z katastrofalnej sytuacji, która była skutkiem mojego „korzystania z wolności”. Widzę to wyraźnie, że Bóg uparł się troszczyć o moje dobro. I będzie tak robił zawsze, także wtedy, gdy nie będzie to zgodne z moim życzeniem.

Dzięki temu moje szanse na zbawienie rosną.


Król na popiele (Jon 3,1-10; Ps 130; Łk 11,28; Łk 10,38-42)

Król Niniwy to musiał być interesujący człowiek. Nie dość, że przejął się ostrzeżeniami wykrzykiwanymi w jego mieście przez jakiegoś obcego, to w dodatku podjął szybko decyzje, które okazały się zbawienne dla niego samego i jego poddanych. Na tle przedstawicieli władzy z ostatnich kilku tysiącleci mocno się wyróżnia, ponieważ skutecznie przeprowadził... moralną odnowę swoich poddanych.

Jak mu się to udało?

Myślę, że odpowiedź ukryta jest w podejściu do sprawy, jakie wykazał. Król Niniwy zarządził powszechny post. Tak bardzo powszechny, że z jednej strony objął jego samego, a z drugiej, właściwie wszystko, co żyje. Kazał przecież, aby pościli nie tylko ludzie, ale również zwierzęta. A sam nadział wór i siadł na popiele.

Zastanawiające, skąd ten król Niniwy znał „tajemnicę zła” i wiedział, że grzech narusza nie tylko dwustronne relacje między człowiekiem i Bogiem, ale psuje całą harmonię świata. Mógłby zostać ogłoszony patronem dzisiejszego świata, wypełnionego ludźmi przerażonymi „nieprzychylnością” świata.


Gniewam się śmiertelnie (Jon 4,1-11; Ps 86; Rz 8,75; Łk 11,1-4)

To faktycznie skandal. Zgadzam się z Jonaszem. Jakieś zasady powinny być. Nie może być tak, że różni dranie mnożą łajdactwa, że żyją, jakby Boga nie było, krzywdzą, kogo się da, latami naigrawają się z porządnych ludzi, a potem, gdy poczują się zagrożeni, gdy śmierć i niebezpieczeństwo zajrzy im w oczy, szybciutko przybierają minę skruszonych i już mają wszystko przebaczone.

Nie, nie odbieram nikomu prawa do nawrócenia. Oczywiście, każdy może zrozumieć swój błąd, każdy może zmienić swoje życie, odrzucić dotychczasowy styl. Ale przecież sprawiedliwość wymaga, żeby poniósł konsekwencje. Czy jeśli ktoś zamordował człowieka, a potem pojął, że popełnił coś strasznie złego i postanowił już nigdy więcej nie mordować, sąd nie powinien go ukarać? Gdyby tak było, moglibyśmy zlikwidować cały nasz wymiar sprawiedliwości, zamknąć sądy, a sędziów wysłać na emeryturę.

Nasz wymiar sprawiedliwości... „Bóg jest sędzią sprawiedliwym, który za dobro wynagradza, a za zło karze”. Jak się to ma do Jego zachowania wobec Niniwitów? Jak to się ma do Boskiego postępowania w tylu innych sytuacjach?

Jonasz tysiące lat przed św. Faustyną odkrył prawdę o Bożym Miłosierdziu, lecz nie chciał jej zaakceptować. Podobnie jak tysiące ludzi dzisiaj. Odbierają Bogu prawo do miłosierdzia. Przypominają sobie o nim tylko wtedy, gdy sami go potrzebują.


Dzień, który spali (Ml 3,13-20a; Ps 1; Dz 16,14b; Łk 11,5-13)

Cóż ja mam z tego, że jestem człowiekiem wierzącym? Same zmartwienia, niedogodności i kłopoty. Z zazdrością patrzę na tych, którzy postanowili nie wierzyć i żyją po swojemu. Nie muszą się przejmować przykazaniami. Nie muszą się zastanawiać, czy to, co robią, podoba się Bogu. Ustanawiają własne reguły i już...

Pokusa traktowania wiary jako przeszkody w osiągnięciu szczęścia jest duża. Pokusa oskarżania samego Boga o utrudnianie mi życia pojawia się raz po raz. Zwłaszcza wtedy, gdy „życie tak, jakby Boga nie było”, o którym z bólem mówił Jan Paweł II i mówi Benedykt XVI, wydaje się gwarantem sukcesu na tym świecie.

Prorok Malachiasz znał te rozterki. Miał na nie jedną odpowiedź: Bóg jest sprawiedliwy, a według Jego sprawiedliwości to, co wydaje się sukcesem, okaże się klęską. Bóg zapowiada, że nadejdzie „dzień palący jak piec”. I znów łapię się w objęciach pokusy: oczekuję, że Bóg zemści się na innych za wszystkie moje niepowodzenia i trudności. Że będzie jak Marks, Lenin i Che Guevara w jednym.

Nie na tym polega Boża sprawiedliwość.


Jednomyślnie na modlitwie (Dz 1,12-14; Ps: Łk 1,46-55; Łk 1,28; Łk 1,26-38)

Wrócili z lotniska. Pierwszy raz w historii ich młodej rodziny zdarzyło się, że ojciec leciał samolotem gdzieś daleko i na długo. Gdy samolot wznosił się w powietrze, mała Michasia płakała. W domu nadal pochlipywała. Mama starała się ją pocieszyć, ale dziecko nie umiało się uspokoić.

W końcu mama znalazła sposób. Uklękła wraz z dziećmi przed obrazem Matki Bożej, tym samym, przed którym zawsze wspólnie klękali i zaczęła się głośno modlić w intencji powrotu męża i taty. To pomogło. Michasia już nie płakała. Zaczęła odliczać czas do powrotu taty.

Gdy Jezus wstąpił do nieba Jego uczniowie mieli prawo czuć osamotnienie, a nawet opuszczenie. Sytuacja była naprawde trudna. Dzisiaj z perspektywy tysiącleci nie zdajemy sobie sprawy, jak wielka była to dla nich próba.

Co zrobili, aby się nie rozproszyć i nie zagubić w smutku? Zgromadzili się w jednym miejscu i rozpoczęli modlitwę. Jednomyślną modlitwę. To znaczy, że łączyła ich jedna myśl. Dziwne. Na czym polega jednomyślna modlitwa? Mam wrażenie, że nasza modlitwa zwykle jest wielomyślna. Każdy sobie rzepkę skrobie, mimo że - na przykład - uczestniczymy w jednej Mszy. Jedna myśl... Jaka może być ta jedna myśl łącząca tysiące modlitw? Może „Bądź wola Twoja”?


Tłumy w Dolinie Wyroku (Jl 4,12-21; Ps 97; Łk 11,28; Łk 11,27-28)

„A końca świata nie widać” - powtarza pewien znajomy ksiądz. Ma też zwyczaj na pytanie: „Co robisz?” odpowiadać „Czekam na koniec świata”. Tym nieustannym powtarzaniem „końca świata” wywołuje nie tyle zdumienie, ile poirytowanie. „Co ty ciągle z tym końcem świata?” - ofuknął go kiedyś ksiądz profesor o znanym z gazet nazwisku. „Zwyczajnie” - odpowiedział z uśmiechem. „Przecież przemija postać tego świata, a na końcu czasów powtórnie przyjdzie Chrystus, więc czekam dość niecierpliwie”.

Jest coś zastanawiającego w obowiązującej dziś niechęci do myślenia o końcu czasów. Przecież jest on nieunikniony. Świat w znanej nam postaci jest zjawiskiem (lub jak lubi mówić jeden ateista - wydarzeniem) przejściowym. Nie jest celem, lecz drogą.

Na końcu czasów będzie sąd. Zapowiada to prorok Joel. Zapowiedział też Jezus. Czy trzeba się bać tego sądu? To zależy. „Pan jest ucieczką swego ludu” - zapewnił Joel. Moment sądu nie musi być niczym strasznym. Może być wielkim radosnym przeżyciem. Oczywiście, jeśli w ziemskiej podróży było się po stronie Pana. Jeśli nie - no to może być problem.

Znawcy twierdzą, że sąd ostateczny nie będzie w niczym przypominał ludzkich instytucji sądowniczych. To nie Bóg surowym tonem będzie wydawał wyroki. Nie. Każdy człowiek sam siebie osądzi stojąc w obliczu Bożej sprawiedliwości, Bożej prawdy i Bożego miłosierdzia.
«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie...

Reklama

« » Luty 2018
N P W Ś C P S
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 1 2 3

Reklama

Pobieranie...

Reklama