29. tydzień zwykły A (2005)

Przeczytaj i rozważ


Młotek Pana Boga (Iz 45,1.4-6; Ps 96; 1 Tes 1,1-5b; Mt 12,21; Mt 22,15-21)

Pan Bóg ma plan. Plan trudny do pojęcia przez ludzi. Plan znacznie przerastający wszystkie ludzie plany razem wzięte. Plan, który realizuje od wieków, tysiącleci. Chociaż czasem trudno w to uwierzyć, ten Boży plan ma jeden cel - szczęście. Bóg chce, aby ludzie, których stwarza z miłości, osiągnęli prawdziwe szczęście.

W realizacji swojego planu Bóg posługuje się na ziemi ludźmi. Co ciekawe, nie tylko tymi, którzy w Niego wierzą, którzy są Mu we wszystkim posłuszni, ale także tymi, którzy go prawie lub wcale nie znają. Narzędziem Boga na świecie okazują się nie tylko tacy ludzie, jak na przykład Jan Paweł II. Narzędziem Boga mogą się okazać ludzie, których nigdy nikt o to nie podejrzewał. Narzędziem Boga okazał się przecież król perski Cyrus.

Jakim jestem narzędziem w ręku Boga? Młotkiem? Wiertarką? Pędzlem? Piórem? Komputerem? Nieważne. Ważne, żeby swoje zadanie spełnić jak najlepiej. Tak, żeby plan Boży był realizowany.

Modlitwa dnia
Wszechmogący, wieczny Boże, spraw, aby nasza wola była zawsze Tobie oddana i abyśmy szczerym sercem służyli Twojemu majestatowi. Przez naszego Pana Jezusa Chrystusa, Twojego Syna, który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, Bóg, przez wszystkie wieki wieków.


Medal za wiarę (Rz 4,20-25; Ps: Łk 1,68-69.70-71.72-73.74-75; Mt 5,3; Łk 12,13-21)

Nie jest łatwo wierzyć. Na przykład innym ludziom. Raczej premiowana jest podejrzliwość i nieufność. Ten, kto wierzy innym bez zastrzeżeń szybko zostanie zaliczony do grona naiwniaków. No i szybko ktoś tę jego wiarę wykorzysta przeciwko niemu.

Tę tendencję do niedowierzania przenoszę też na Boga. Próbuję Mu patrzeć uważnie na ręce. Jego obietnice traktuję tak, jak obietnice polityków. Nie czekam przesadnie na ich spełnienie. Tak na wszelki wypadek, żeby nie doznać rozczarowania.

I gryzie mnie zazdrość. Zazdroszczę tym, którzy potrafią wierzyć, jak Abraham. Jak Jan Paweł II. Bez marginesu na niedowiarstwo.

Wczoraj ktoś powiedział mi, że sposób, w jaki umierał Jan Paweł II, był nagrodą za jego wiarę. Być może. Prawdziwą nagrodą za wiarę jest chyba jednak spotkanie Boga twarzą w twarz.


Ewangelista (2Tm 4, 9–17a; Ps 145; J 15, 16; Łk 10, 1–9)

Tzw. otoczenie: ludzie, z którymi mieszkam; ludzie, z którymi pracuję. Przyjaciele i znajomi, widziani tylko raz, kilka lat temu… Ci, wśród których żyję, po prostu. Lepsi i gorsi. Niektórych lubię, z innymi nie umiem się dogadać. Wszyscy – tworzą kontekst, tło tego, co się w moim życiu wydarza. Niezbyt to może personalistyczne stwierdzenie, ale poprzestańmy na nim przez chwilę.

Kiedy św. Paweł wymienia w Liście do Tymoteusza imiona Demasa, Krescensa, Tytusa, Łukasza, Marka, Tychika, Aleksandra – mówi o towarzyszach drogi, gospodarzach, ludziach nieprzyjaznych i uczniach. Mówi jednak także o okolicznościach własnego życia: imiona tworzą mapę, są jak hasło wywoławcze, czy – metafora dla skomputeryzowanych – jak skrót klawiaturowy.

Podobnie w świecie, którego centrum stanowi Tytus, czy Demas – istniał Paweł, jakiś Tychik czy zmodyfikowana wersja Aleksandra. Tak jak i dla mnie – przywołane kolejno w pamięci osoby odsyłają do konkretnych powinności, kolejnych sytuacji, określonych układów. Ta sieć odniesień jest moim życiem po prostu. W niej jestem – coś otrzymuję, coś daję; zawdzięczam jej i szczęście, i cierpienie; tu rozgrywa się moja codzienność i rzeczy niezwykłe.

Kiedy myślę o patronie dnia dzisiejszego, św. Łukaszu, widzę go schwytanego w siatkę takich samych odniesień, jak każdy z nas. Tyle tylko, że on – umiał zobaczyć w tym dzieje apostołów. Jego klawiaturowe skróty prowadzą w samo serce Ewangelii.


Decydujący krok (Rz 6, 12–18; Ps 124; Mt 24, 42a.44; Łk 12, 39–48)

Pewne biblijne zasady wymagają uzasadnień, podania tysięcy przykładów, wyjaśnienia kontekstu i współczesnego znaczenia. Inne są jasne od razu, jak ta z dzisiejszego czytania: „jesteś niewolnikiem tego, komu służysz”.

Alternatywa: albo śmierć – albo życie. Albo posłuszeństwo prawu – albo łasce. Albo postawienie na siebie, własny system zabezpieczeń, swoje dobre czyny, osiągniętą pozycję, wypracowane układy – albo postawienie na Boga, dar darmo dany.

Ponieważ nie można sobie z wiarą flirtować, poprzestawać na dobrych chęciach i przychylnym nastawieniu. Jeśli ktoś, będąc jeszcze niewolnikiem grzechu, jak pisze św. Paweł – zapragnął dla siebie tej nauki, którą daje Bóg: musi pójść krok dalej. A to jest naprawdę definitywny krok. Można troszkę sobie o Bogu poczytać, posłuchać, poprzyglądać się chrześcijaństwu z daleka. Tyle, że nie o to tu idzie.
A o to, by „oddać się na służbę Bogu jako ci, którzy ze śmierci przeszli do życia i oddać członki swoje jako broń sprawiedliwości na służbę Bogu”.

I wcale nie kiedyś, gdy jeszcze trochę się dowiem, posłucham, podrosnę, ale dziś. Teraz.


Być człowiekiem sukcesu (Rz 6, 19–23; Ps 1; Łk 12, 49; Łk 12, 49–53)

Kocham to, co się opłaca. Naprawdę! Może ktoś uzna mnie za materialistkę, czy pogardzaną w pewnych kręgach „businesswoman”, która wybiera karierę zamiast tego, co „przystoi” kobiecie – nie będę się kłócić. Bo po co?

Kocham to, co się opłaca. To chcę wybierać, to chcę robić. Chcę – choć nie zawsze potrafię.
Przyznajmy, wiele rzeczy robię na darmo – marnotrawię siły, czas (swój i innych), pieniądze (no, rzadziej; trudno marnować to, czego nie ma w nadmiarze)…

Dobrze wiem, że zło nie przynosi mi pożytku. Jedno prowadzi do drugiego. To, co miało zapewnić mi swobodę, staje się ciężarem. To, co miało przynieść ulgę, wpędza w rozpacz. To, co miało ożywić, pomnożyć, dać mi samospełnienie – przynosi śmierć.

Znam grzech. Nie trzeba mi tłumaczyć, co to jest niewola, uwikłanie w słabość, patowa sytuacja. Nie potrzebuję dowodu, że nie miałam pożytku z czynów, których się dzisiaj wstydzę. Tym bardziej więc pragnę tego, co przynosi korzyści – chcę żyć, być szczęśliwa. Pragnę łaski, świętości. Pragnę Boga.



Chcieć i… zrobić (Rz 7, 18–24; Ps 119; Mt 11, 25; Łk 12, 54–59)

Stara gorzka prawda, że dobrymi chęciami wybrukowane jest piekło, jest mi bliższa niż słowa Pawła: „nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale czynię to zło, którego nie chcę”. Bo dobro, którego pragnę jest jakieś takie nieokreślone, nie konkretne, w przeciwieństwie do zła. Chcę przejrzystości, rozwoju, bycia lepszym. Wybieram: to, tamto, niekiedy coś innego (każdy sam może sobie dopowiedzieć własne, lista jest długa i wiele tu rzeczy do wyboru).

I może na tym właśnie polega problem: że pragnę jakiegoś ogólnego dobra, a nie chce mi się wynieść śmieci.

Przytoczona na początku maksyma ma także inny sens: piekło, smutek, cierpienie moich najbliższych tworzą moje tzw. dobre chęci. Rzeczy, które mogłam zrobić, a ich nie uczyniłam. Problemy, które mogłam kiedyś rozwiązać, a które kładą się cieniem na nasze dziś. Całe dobro, które było przecież możliwe, którego chciałam przecież.

I może to właśnie skłoni mnie do działania. Bo łatwiej jest (mam nadzieję) podjąć konkretne działanie, jeśli zdołam uchwycić tę prostą zależność. Dodajmy, zależność prawdziwą: to, co robię, wpływa na los ludzi, którzy są wokół. Na moich bliskich dzisiaj, na dzieci, które urodzę, na Polskę za trzydzieści lat. Chodzi tu nawet o rzeczy drobne – jakiś, powiedzmy, odpowiednik codziennych grzeszków… Ta lista dobra także jest długa i w niej jest również wiele rzeczy do wyboru.


Ty wybierasz (Rz 8 1–11; Ps 24; Ez 33, 11; Łk 13, 1–9)

Propozycje nie do odrzucenia: mogę mniej płacić za telefon, kupić okazyjnie pralkę, wziąść tani kredyt na mieszkanie, dostać w sklepie na rogu modny żakiet, z gazetą otrzymać promocyjny talon. Mogę pozbyć się depresji, lepiej wyglądać, nie zachorować w przyszłości na serce. Mogę mieć te same korzyści, za mniejszą cenę… To wszystko jest możliwe, oczywiście. Tyle, że jeśli przyjrzę się tym kuszącym propozycjom, okaże się, że swoje i tak muszę zapłacić. W ten czy inny sposób, tak czy siak – nic za darmo, niestety.

Nic dziwnego więc chyba, że kiedy słucham o propozycjach Boga, zapala się w mojej głowie ostrzegawcze światełko: „Teraz jednak dla tych, którzy są w Chrystusie Jezusie, nie ma już potępienia. Albowiem prawo Ducha, który daje życie w Chrystusie Jezusie, wyzwoliło cię spod prawa grzechu i śmierci”. Bo jak to – nie umrę? Zło nie przyniesie mi cierpienia? Zamiast śmierci i bólu – zmartwychwstanie i szczęście? Skoro nawet tak – czego Bóg chce w zamian? O co tak naprawdę Mu chodzi?

Roszczenia chrześcijaństwa i obietnice Boga są niewiarygodne – Jemu bowiem chodzi o to dokładnie: o moje zmartwychwstanie i szczęście. Dowód? Proszę bardzo: Jezus pokonał grzech, zmartwychwstał. „A jeżeli mieszka w was Duch Tego, który Jezusa wskrzesił z martwych, to Ten, co wskrzesił Chrystusa [Jezusa] z martwych, przywróci do życia wasze śmiertelne ciała mocą mieszkającego w was swego Ducha”.


«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie...
« » Maj 2018
N P W Ś C P S
29 30 1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31 1 2
3 4 5 6 7 8 9
Pobieranie...