16. tydzień zwykły

Przeczytaj i rozważ


Metafora z problemami (Jr 23,1-6; Ps 23; Ef 2,13-18; J 10,27; Mk 6, 30-34)

Czasami życie mnie przerasta i nie wiem, w co mam włożyć ręce. Zanim się obejrzę, a już po urlopie, chwila, a już minął kolejny rok… Nawet już nie pamiętam rzeczy odłożonych na później… I gdyby ktoś zapytał – naprawdę nie wiem, jakie są moje plany na najbliższy kwartał, w którą stronę się zwrócić, w co zainwestować siły, czas, siebie… Czy to znaczy być owcą bez pasterza? To poczucie dezorientacji, niepewność co do własnych wyborów, podejrzenie, że powinno być się może w zupełnie innym miejscu?

Z drugiej strony, czy dać się prowadzić nie znaczy w praktyce „uciekać od odpowiedzialności’? Czy pod podszewką naszych poszukiwań mistrza i przewodnika nie kryje się czasem zwykła asekuracja i niechęć do świadomych wyborów, lęk przed życiem na własny rachunek? Gdzie kończy się zaufanie Bogu a zaczyna niefrasobliwość, zamykanie oczu na rzeczywistość, bezmyślna bierność?

Nie umiem pozbyć się wątpliwości, rozsądzić. Czy to wina obrazu, metafory pasterza? Może w moim świecie – gdzie ceni się indywidualność, odpowiedzialność za własne wybory, zaangażowanie w cele stawiane sobie samemu – bycie częścią stada, którym opiekuje się pasterz po prostu nie przemawia do wyobraźni?

Czasem słyszę tylko część tej opowieści – „Ja sam zbiorę resztę swego stada ze wszystkich krajów, do których je wypędziłem. Sprowadzę je na ich pastwisko”. No, żeby tak było miło i cieplutko, by nie zagrażała choroba i na wszystko starczało pieniędzy. Ta Boża opieka wydaje mi się taka „materialna”, „rzeczowa”… Na dobrą sprawę jednak obiecuje On coś cenniejszego – że nie da mnie zwieść przewodnikom głupim i złym. Że chce mnie ochronić przez pustymi obietnicami – wygodnego życia, samowystarczalności, prestiżu… Że tu, gdzie jestem, da się pożywić mojej duszy.


Pytanie i odpowiedź (Mi 6,1-4.6-8; Ps 50; Ps 95,8ab; Mt 12,38-42 (z dnia) lub 1 Kor 7,25-35; Ps 45; Mt 25,1-13)

Dzisiejsze czytanie pokazuje nam zadziwiający dialog, dialog doskonale nam znany z tradycyjnych wielkopostnych pieśni – „Ludu, mój ludu, cóżem ci uczynił? Czemem zasmucił a albo w czem zawinił?”. O to pyta Bóg. Jak odpowiada człowiek?

Nie mogę wyzbyć się podejrzenia, że u dna ludzkiej odpowiedzi pobrzmiewa ton pretensji: „Z czym stanę przed Panem, i pokłonię się Bogu wysokiemu? Czy stanę przed Nim z ofiarą całopalną, z cielętami rocznymi? Czy Pan się zadowoli tysiącami baranów, miriadami potoków oliwy? Czy trzeba, bym wydał pierworodnego mego za mój występek, owoc łona mego za grzech mojej duszy?”. Dziś brzmiała by ona może nieco inaczej, ale chodziłoby w sumie oto samo – „O co ci chodzi, Boże?! Mam tak jak inni wystawać w kościele i klepać różaniec? Mam zrezygnować z przyjemności?! Czego Ty się czepiasz?! Przecież i tak mam ciężkie życie!”.

Najdziwniejsze jest to, ze Bóg mi odpowiada. Zawsze, gdy przekraczam Jego prawo; gdy przeszkadza mi tłum w kościele; gdy unikam nabożeństw z powodu fałszów organisty; gdy nadmiarem pracy tłumaczę brak modlitwy – Bóg odpowiada mi tak samo: „Powiedziano ci, człowiecze, co jest dobre. I czegoż żąda Pan od ciebie, jeśli nie pełnienia sprawiedliwości, umiłowania życzliwości i pokornego obcowania z Bogiem twoim?”.


Straty - niewątpliwe, zyski - niekonieczne (2 Kor 4,7-15; Ps 116B; J 15,16; Mt 20,20-28)

Czy chcę być blisko Boga? Tak. Czy chcę niedostatku, prześladowania, bycia pokonaną? No, to już niekoniecznie… Nawet z zastrzeżeniem, że Pawłowi nie chodzi dosłowny o brak pieniędzy, szykany z powodu wiary czy pokonania w walce – jakoś nie śpieszy się mi do opisywanych przez niego typowych chrześcijańskich doświadczeń.

Na szczęście dla mnie pierwsze człony Pawłowej wypowiedzi mówią o doświadczeniach po prostu ludzkich – o tym, co spotyka każdego, a więc i mnie. Jakakolwiek je nazwiemy – słabość, choroba, strach przed przyszłością, ucisk, ból, ograniczenia, przemijanie, śmierć. Nie ma co udawać – to przydarzy się każdemu. Dlaczego „na szczęście”? Bo sama dobrowolnie pewnie nie zgodziłabym się na te wszystkie rzeczy. A tylko ich przeżywanie umożliwia mi doświadczenie tego, co oferuje chrześcijaństwo – patrz: druga część Pawłowej wypowiedzi – „Zewsząd znosimy cierpienia, lecz nie poddajemy się zwątpieniu; żyjemy w niedostatku, lecz nie rozpaczamy; znosimy prześladowania, lecz nie czujemy się osamotnieni, obalają nas na ziemię, lecz nie giniemy”.

To właśnie daje nam chrześcijaństwo – ze zła, którego doświadczymy i tak, wyprowadza łaskę, z cierpienia – otuchę, z ucisku – siłę, ze śmierci – życie. Są rzeczy, przed którymi nie ucieknę. I są takie, które mogę otrzymać, jeśli „będę nosić w sobie konanie Jezusa”.


Nieogarniony i Najbliższy (Syr 44,1.10-15; Ps 132; Łk 2,25c; Mt 13,16-17 lub Jr 1,1.4-10; Ps 71; Mt 13,1-9 (z dnia))

Czytam z drżeniem: „Pan skierował do mnie następujące słowo: Zanim ukształtowałem cię w łonie matki, znałem cię”. W jakiś sposób cała głębia dociekań teologii systematycznej odbija się w tym prostym stwierdzeniu.

Bóg jest transcendentny – nieogarniony, ponad światem, nieskończenie inny ode mnie, która urodziłam się i umrę. Bóg jest immanentny – a więc ukryty, bliski, znający mnie od początku, dający mi istnienie. Bóg mówi do mnie – bo sam tego chciał, choć nikt go nie zmusił, ani nie nakłaniał; jestem, choć mogłoby mnie nie być.

W świetle tego stwierdzenia cały mój grzech, wewnętrzne rozbicie, marność – przestają istnieć, stają się nieważne. Nie chodzi o to, by machnąć na nie ręką. One po prostu w głębokim słowa znaczeniu przestają „ważyć”, a więc mnie obciążać – bo stapiają się w Bożej miłości. Na tym właśnie polega rozgrzeszenie. To jest dobra nowina – On mnie zna, ogarnia w łonie matki, a więc w stanie najbardziej ukrytym; być może wtedy, gdy nikt jeszcze o mnie nie wiedział i nikt na mnie nie czekał; ogarnia mnie wtedy, gdy nie ma nawet pozoru zasługiwania na łaskę.

Któryś ze świętych papieży zanotował: „Bóg wie, że istnieję. I to mi wystarcza”.


Pragnienie pragnienia (Jr 2,1-3.7-8.12-13; Ps 36; J 15,15b; Mt 13,10-17)

Tym razem to nie człowiek wygraża niebu pięścią – to Bóg wzywa niebo na świadka: „Niebo, niechaj cię na to ogarnie osłupienie, groza i wielkie drżenie! – wyrocznia Pana. Bo podwójne zło popełnił mój naród: opuścili Mnie, źródło żywej wody, żeby wykopać sobie cysterny, cysterny popękane, które nie utrzymują wody”. Ta obraz jest czytelny może zwłaszcza w teraźniejsze upały, kiedy nie tylko ludzie, ale i zwierzęta, i ziemia cała czekają na deszcz. I na dobrą sprawę nas też ogarnęłoby osłupienie, gdyby ktoś dzisiaj zamiast zadbać o wodę, zmarnował ją.

To jednak – zdaniem Boga – dzieje się w naszym życiu duchowym: opuszczamy źródło, by całe siły włożyć w zbudowanie sobie zbiorników na wodę, które co gorsza, zupełnie się do tego nie nadają. Pragnę szczęścia, pragnę pokoju, chcę naprawdę żyć. I tyle wysiłku wkładam, tak bardzo się staram, aby tak się stało. Problem jednak polega na tym, że opuszczam Tego, który te pragnienia może zaspokoić. Moje wysiłki są bez sensu, moje cele odsuwają się.

A najgorsze jest chyba to, że to jest po prostu głupie. Gdyby tak móc z zewnątrz popatrzeć jak się miotam, mając ciągle rozwiązanie w zasięgu ręki… To co? To by coś dało? Zmieniłabym się?... Przecież na dobrą sprawę ja to wszystko wiem. Chodzę do kościoła, słucham Ewangelii, wiem, co to jest różaniec, słyszałam o miłości bliźniego. Wiem nawet, że Bóg pragnie bliskości ze mną, że wystarczy normalnie żyć, krok po kroku, dzień po dniu… Czego więc mi brakuje? Tego, żeby w końcu naprawdę zachciało mi się pić?


Do góry nogami (Jr 3,14-17; Ps: Jr 31,10.11-12ab.13; Łk 8,15; Mt 13,18-23)

W porządku świata, który znam – i z teorii, i z codziennych doświadczeń – wszystko ma swoje konsekwencje. Od rzeczy najprostszych po najtrudniejsze: jak nie zjem śniadania, to jestem głodna; jak za późno się położę, to zaśpię i spóźnię się do pracy, skoro urodziłam się, to umrę. To proste, zwyczajne, zwykłe. Tyle że czasem jakoś do nas nie dociera. I marnotrawię czas, myśląc, że jakoś to będzie; lenię się, udając, że domy same się sprzątają żyję tak, jakby nigdy nie miało być śmierci (no, w każdym razie, na pewno nie dzisiaj)…

I tylko Bóg wymyka się temu, co oczywiste, przekracza ten naturalny porządek rzeczy. Przynosi nadzieję nawet wtedy, gdy jesteśmy o włos od zmarnowania sobie życia: „Wróćcie, synowie wiarołomni – wyrocznia Pana – bo jestem Panem waszym i przyjmę was…”.

Tylko On – jako Stwórca świata, Pan wszechrzeczy – może tak powiedzieć. I – co bardziej jeszcze niesamowite – mówi tak: „Zgrzeszyłaś – ale jesteś czysta dzięki Mojemu przebaczeniu. Straciłaś – ale otrzymasz na powrót. Urodziłaś się – i będziesz żyć wiecznie”.


Dla każdego coś miłego (1 J 4,7-16; Ps 34; J 8,12b; J 11,19-27 lub Łk 10,38-42 lub Jr 7,1-11; Ps 84; Jk 1,21; Mt 13,24-30 (z dnia))

Panu Bogu świeczka, a diabłu ogarek? A czemużby nie? To tylko przysłowie przecież, i to w końcu takie rozsądne. Trzeba sobie jakoś radzić, ludzie wokół są różni. Sztuka kompromisu zresztą. No, i lepiej nie robić z siebie kogoś oderwanego od rzeczywistości. Nawet w modlitwie warto zachować umiar. I nie ma co się rzucać z motyką na słońce – świata nie zmienisz i tak.

Panu Bogu świeczka, a diabłu ogarek: …„Kraść, zabijać, cudzołożyć, przysięgać fałszywie, palić kadzidło Baalowi, chodzić za obcymi bogami, których nie znacie... A potem przychodzicie i stajecie przede Mną w tym domu, nad którym wzywano mojego imienia, i mówicie: Oto jesteśmy bezpieczni, by móc nadal popełniać te wszystkie występki”.

Panu Bogu świeczka, a diabłu ogarek, ot co. Trochę tu, trochę tam. Wierzyć, ale nic nie robić i wykonywać pewne czynności, ale nie wierzyć. Lata praktyki, nieprawdaż?
«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie...
« » Kwiecień 2018
N P W Ś C P S
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
Pobieranie...