Wierny, pracowity i obowiązkowy, ot był sobie człowiek...

Sam nazywał siebie Tatarem i uważał się za żebraka zbierającego jałmużnę w imię Chrystusa. Współbracia nazywali go Kozakiem; w ich oczach uchodził za oryginała i marzyciela. Był człowiekiem skromnym, nie szukającym poklasku, głęboko religijnym i całkowicie oddanym Bogu.

Bliżej znający go podziwiali u niego głęboką wiarę, pracowitość, obowiązkowość, poczucie odpowiedzialności za podejmowane zadania. Zamieszkał na stałe wśród trędowatych, aby z nimi przebywać dniem i nocą, żywić ich, pielęgnować i leczyć. Łamał w ten sposób bariery strachu, przekleństwa, wzgardy i znieczulicy, odgradzające chorych od własnych rodzin i reszty społeczeństwa, skazujących zarażonych na powolną śmierć nie tylko z powodu trądu, ale i z głodu.

Jan Beyzym, Polak, urodzony w Beyzymach Wielkich na Wołyniu, 15 maja 1850 roku. Czując powołanie, po ukończeniu gimnazjum wstąpił do nowicjatu księży jezuitów w Starej Wsi koło Brzozowa. "Pamiętam jak dzisiaj tego młodzieńca silnie zbudowanego, o wielkiej, więcej niż proporcjonalnie głowie, o rysach surowych, pokornie klęczącego ze złożonymi rękami, dziękującego matce Najświętszej za łaskę powołania." (Ignacy Mellin, jego współtowarzysz w nowicjacie). Z rąk bpa Albina Dunajewskiego w 1881 roku w Krakowie otrzymał święcenia kapłańskie. Przez długie lata był wychowawcą, a zarazem opiekunem młodzieży w dwóch kolegiach Towarzystwa Jezusowego, w Tarnopolu i Chyrowie. Jednakże nieustannie pociągała go praca misyjna. Nawet opiekując się młodzieżą, o. Beyzym coraz częściej o tym myślał. Jego wychowankowie nazywali go drugim Juliuszem Verne. Uwielbiali jego powiadania, historie, jakże różne i nieprawdopodobne, acz rzeczywiste, woląc te opowiadania niż lekturę książek znanego pisarza. On sam nazywał siebie Tatarem i uważał się za żebraka zbierającego jałmużnę w imię Chrystusa. Współbracia nazywali go Kozakiem; w ich oczach uchodził za oryginała i marzyciela. Współczesna mu prasa francuska określała go polskim samarytaninem. Był człowiekiem niezwykle skromnym, nie szukającym poklasku, głęboko religijnym i całkowicie oddanym Bogu. Ci, którzy go znali bliżej, podziwiali u niego głęboką wiarę, pracowitość, obowiązkowość, a także poczucie odpowiedzialności za podejmowane zadania oraz jego decyzję, aby całkowicie poświęcić się ludziom najbardziej potrzebującym, dotkniętym trądem, którym to miał służyć z dala od Ojczyzny. W swych listach określał sam siebie: posługacz trędowatych oraz tatarsko-afrykańska mość. "Przepraszam pokornie, że śmiem dokuczać tak natrętnie, ale jak sobie wspomnę, że tyle tysięcy trędowatych tak silnie cierpi i umiera bez pomocy tak duchowej, jak i doczesnej, (...) to trudno mi czekać spokojnie tak długo na rozkaz odpływu. Ciągle mnie coś nagli, żebym tę sprawę poruszał." (fragment listu o. Beyzyma do prowincjała zakonu).

Mając 48 lat za zgodą przełożonych wyjechał na Madagaskar. Tam włączył się w działalność ewangelizacyjną jezuitów francuskich. Już w styczniu 1899 roku objął pierwszą placówkę, był to przytułek dla trędowatych w miejscowości Ambahivoraka, gdzie przebywało ok. 150 chorych. Żyli oni w całkowitym opuszczeniu, na pustyni, z dala od wszelkich domostw, ludzi, kontaktów. Swoje umiłowanie kultu Maryjnego opisuje w słowach: "Najlepszym, najpewniejszym zabezpieczeniem na trudnej drodze naszego życia jest prawdziwa miłość, przywiązanie i nabożeństwo do Matki Najświętszej." Bowiem ten właśnie kult Matki Bożej odgrywał szczególną rolę w całym jego życiu. Apostolstwo maryjne rozpoczął już na polskiej ziemi, wśród młodzieży w jezuickich konwiktach, a wizerunek Najświętszej Dziewicy, zwłaszcza Jasnogórskiej, towarzyszył mu niemal od dzieciństwa. Całe życie o. Jana świadczy o jego niezwykłym zaufaniu do Maryi, której powierzył główne dzieło swojego życia - budowę szpitala dla trędowatych. „Dziś się dowiedziałem — pisał o. Beyzym w jednym z pierwszych listów do Polski — że i rząd, i krajowcy nie uważają trędowatych za ludzi, tylko za jakieś wyrzutki społeczeństwa ludzkiego. Wypędzają ich z miast i wsi, niech idą, gdzie chcą, byle by nie byli między zdrowymi — u nich trędowaty to trędowaty, ale nie człowiek. Wielu nieszczęśliwych włóczy się po bezludnych miejscach, póki mogą, aż wreszcie wycieńczeni padają i giną z głodu.” (list z 13 kwietnia 1899 r.). „Spłakałem się jak dziecko na widok takiej nędzy... Ci nieszczęśliwi gniją żywcem, wskutek czego nadzwyczaj są obrzydliwi, śmierdzą niemiłosiernie, jednak nie przestają być przez to naszymi braćmi i ratować ich trzeba. A co jeszcze bardziej mnie trapi, to nędza moralna, pochodząca przeważnie z tej nędzy materialnej.” (list z 28 kwietnia 1900 r.).

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie...
« » Kwiecień 2018
N P W Ś C P S
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
Pobieranie...