Bóg i pieluchy, czyli krótki traktat o tym, kim naprawdę jesteśmy

Co to za Bóg, któremu trzeba zmieniać pieluchy? Co to za Bóg, którego Matka musi karmić piersią? Co to za Bóg - bezradne dziecko urodzone w biedzie na dalekiej prowincji?

Reklama



Takie pytania stawiano chrześcijanom od pierwszych wieków, bo wydarzenie Narodzenia zupełnie nie pasowało i nadal nie pasuje do potocznego obrazu Boga. Pogańscy myśliciele byli nim zgorszeni. A i nam, wierzącym, trudno nie postawić pytania: dlaczego On to robi? I dlaczego właśnie tak?

W Betlejem, przed z górą dwoma tysiącami lat, dokonało się wydarzenie absolutnie wyjątkowe w dziejach świata: Bóg, stwórca człowieka, sam zechciał podzielić los stworzenia. Pozostając tym, kim był, „wcielił się”, to znaczy przyjął na siebie zwykłą, konkretną człowieczą historię, ze wszystkimi małymi i wielkimi sprawami, które się na nią składają. Bóg zdecydował się na to, by przeżyć ludzkie życie - od poczęcia, przez narodzenie, aż po śmierć. Wobec tego wydarzenia stajemy bezradni: nie potrafimy wyjaśnić, jak to jest możliwe. Dla naszej wiary o wiele ważniejsze od pytania: jak? jest pytanie: dlaczego? Bo jeżeli Bóg „ogołocił samego siebie przyjąwszy postać sługi” (Flp 2,7), to musiał mieć ku temu powody...

Co zatem skłoniło Boga do tego, by stał się człowiekiem? Możemy przybliżyć się do odpowiedzi na to pytanie, zakładając, że sens narodzenia, sens Wcielenia odsłania się w życiu i misji Jezusa. A On wyraźnie mówi, że przyszedł dla ludzi, dla nas, aby dać nam życie, aby nas uwolnić, zbawić od grzechu i zła. Nie sposób nie przypomnieć tu Jego słów z Janowej Ewangelii: „Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne” (J 3,16).
Możemy zatem uchwycić

pierwszy powód Wcielenia:


wejście Boga w ludzki świat ma związek z naszym grzechem. On stał się jednym z nas, aby nas wyrwać z sytuacji uwikłania w zło, w jakiej znaleźliśmy się na skutek grzechu. W tej perspektywie sens narodzenia wypełnia się w śmierci i zmartwychwstaniu: Jezus narodził się, by przyjąć na siebie skutki grzechu, aż po śmierć, i przezwyciężyć ją w zmartwychwstaniu.

Jednak czy nie mógł tego zrobić w inny sposób? Zbawić nas bez Wcielenia, narodzenia, śmierci? Pewnie mógł. Ale wybrał ten sposób. Zapewne wybrałby inną drogę, gdyby przeżywał nasz grzech tylko jako coś w rodzaju osobistej porażki Stwórcy, któremu stworzenie „się popsuło”, wymknęło spod kontroli. By przywrócić władzę i kontrolę, nie trzeba się przecież uniżać... Musiało chodzić o coś o wiele głębszego. Już Stary Testament niejednokrotnie mówi, że

Bóg „poznał” niedolę swojego ludu

.
I kiedy Jezus płakał nad grobem Łazarza, to w tych łzach wyrażała się być może najgłębiej postawa Boga wobec niedoli człowieka: Jego miłość do nas jest tak wielka, że sięga utożsamienia, współodczuwania. I dlatego Bóg nie może pozostać z boku. Rodzi się w Betlejem, by odczuć na własnej skórze niedolę człowieka, by doświadczyć do końca i po ludzku naszego losu. Wcielenie pozwala Bogu przejąć na siebie skutki grzechu i w ten sposób je przezwyciężyć. A nas uczy, że Bóg wie doskonale, co to znaczy być człowiekiem...

Więcej na następnej stronie
«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Pobieranie...

Reklama

« » Styczeń 2018
N P W Ś C P S
31 1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10

Reklama

Pobieranie...

Reklama