Magister, doktor, inżynier. Albo mecenas, ksiądz, biskup. No i święty. Nie, „święty” to coś znacznie więcej niż tytuł czy określenie funkcji.
Zamyślenia nad drugą Modlitwą Eucharystyczną
Tak, godzien jest Bóg, by całe stworzenie oddawało Mu cześć. Zwłaszcza wywyższony ponad inne stworzenia człowiek. Wywyższony nawet ponad aniołów. Bo przecież to dla nas, dla naszego zbawienia, Syn Boży stał się jednym z nas. I dla nas był do końca wierny Ojcu, mimo okrutnej męki i śmierci, która Go za to spotkała. Na dodatek ten, który tak bardzo nas umiłował, jest „Panem z nami” – jak przypomina kapłan na samym początku prefacji. Naprawdę mamy Mu za co dziękować...
Po wołaniu razem z aniołami i wszystkimi świętymi, że Bóg jest Trzykroć Święty i wyznaniu wiary, że Jezus Chrystus, Jego Syn, jest naprawdę Jego wysłannikiem, następuje w liturgii Mszy świętej właściwa Modlitwa Eucharystyczna. Ta, nad którą się zamyślamy, druga, rozpoczyna się od zdania z pozoru zdawkowego, ale tak naprawdę wyrażającego przebogatą myśl:
Zaprawdę, święty jesteś, Boże, źródło wszelkiej świętości.
Jak padać przed Bogiem na twarz?
Święty, czyli – przypomnijmy tylko, bo szerzej mowa była o tym w poprzednim odcinku tego minicyklu – będący „ponad”. Jego drogi ponad naszymi drogami, Jego myśli ponad myślami naszymi – jak pisał prorok Izajasz (Iz 55,8-9). Święty czyli niezbrukany żadnym brudem zła, będący światłem, w której nie ma żadnej ciemności – jak ujął to w swoim pierwszym Liście św. Jan (1J 1,5) albo, w tym samym liście, będący miłością, samą miłością (1 J 4,8).
Przed świętością się klęka, przed świętością pada się na twarz. To postawa, którą wobec Boga powinien przyjmować człowiek. Niekoniecznie chodzi tu o postawę ciała, ale na pewno o postawę ducha. Postawa ciała...
„Panie, nie jestem godzien, abyś przyszedł do mnie” – wyznajemy na klęczkach przed przyjęciem Ciała Chrystusa. I prosimy, aby powiedział słowo i uzdrowił nasze dusze, byśmy stali się przynajmniej na ludzką miarę godni tej wielkiej łaski. A On to słowa naprawdę wypowiada, przebacza nam grzechy, podnosi z klęczek i zaprasza do swojego stołu: „bierzcie i jedzcie” przestaje być (uobecniającą) pamiątką dawnych wydarzeń, a staje się rzeczywistością tu i teraz. Niegodni, ale przez Niego zaproszeni. Dopuszczeni do Świętego tak blisko, że możemy Go przyjąć. On mieszka w nas, w naszych sercach...
Nie tylko zresztą dzięki karmieniu się Jego Ciałem. Obiecał Chrystus w Apokalipsie swojej wspólnocie w Laodycei, a przez nią i każdemu chrześcijaninowi:
Oto stoję u drzwi i kołaczę: jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze Mną” (Ap 3,20).
Otworzyć się na Chrystusa, otworzyć na Niego swoje serce. Powiedzieć Mu „tak”, przyjąć, szczerze, (nie wybiórczo!) Jego Ewangelię. Wtedy przychodzi do mnie z Ojcem i stają się moimi domownikami, są blisko. Ale nie po to, bym przed Nimi klęczał, ale bym się dzięki Ich świętości przemieniał; by moje życie, mój styl, stawały się coraz bardziej podobne do Bożego stylu, do tego, jakim wobec swojego stworzenia jest Bóg...
Ciało Chrystusa, którym się karmię, ma być znakiem takiej mojej postawy. Bo sakramenty, owszem są znakami skutecznej Bożej łaski, ale wymagają współpracy z nią tych, którzy je przyjmują. Inaczej będą trochę jak stojący w piwnicy rower: sam nigdzie nas nie zawiezie. Trzeba go z tej piwnicy wynieść, wsiąść i trochę wysiłku włożyć w pedałowanie...
Źródło wszelkiej świętości
I tak rozważania na temat świętości Boga z dygresjami na temat naszej postawy wobec Niego i potrzeby otwarcia się Nań, wprowadziły w sens drugiej części zdania rozpoczynającego właściwą już Modlitwę Eucharystyczną: Bóg jest źródłem wszelkiej świętości.
To ważne: źródłem naszej świętości nie są nasze wysiłki, nasza praca nad sobą. Nie jest zbliżanie się do jakiejś moralnej doskonałości. Pojęcie to zresztą złudne. Bo, po pierwsze, świętość nie jest tożsama z bezgrzesznością. To może zresztą być przekleństwem życia duchowego: nie popełniam juz żadnych grzechów, bo izoluję się od braci i sióstr, więc nie mam okazji do ich popełniania (poza grzechami przeciw czystości). Ale tym samym otwieram szeroko wrota swojego życia na grzechy zaniedbania. I na najbardziej podstępną z wad, pychę, która łatwo rujnuje wszystkie wysiłki pracy nad sobą... A po drugie: w tym co nazywamy życiem duchowym, warto koncentrować się nie na eliminowaniu zła, ale na czynieniu dobra. Bo inaczej jest jak z tym złym duchem, o którym mówił Jezus, a który po opuszczeniu człowieka po jakimś czasie wraca: zastając dom pusty sprasza koleżków. I stan takiego człowieka – mówił to sam Jezus – bywa gorszy, niż na początku (Mt 12, 43-45)
Jeśli więc źródłem naszej świętości nie jest nasza praca nad byciem pod względem moralnym doskonałym, to co? Ano właśnie Bóg. Bycie blisko Niego, to otwieranie Mu drzwi serca, by Ojciec i Syn mogli wejść i w nim zamieszkać. Właśnie to zamieszkanie w naszych sercach Boga sprawia, że stajemy się świętymi. Że, jak to czasem mówią teologowie, zostajemy przebóstwieni, stajemy się do Boga coraz bardziej podobni. Z kim przestajesz, takim się stajesz – mówi przysłowie. Zasada ta ma zastosowanie także do sprawy naszej świętości. Jeśli naprawdę w nas mieszka Bóg, będzie nas przemieniał.
Jeśli naprawdę we mnie mieszka, jeśli naprawdę wpuszczam Go do siebie, do swojego serca... W tym miejscu stajemy nad kolejną przepaścią: 1 Listu świętego Jana. Cały jest wskazaniem co znaczy otworzyć drzwi Chrystusowi, wpuścić Boga do swojego serca. Tylko rzućmy okiem, nie wgłębiajmy się:
Po tym zaś poznajemy, że Go znamy,
jeżeli zachowujemy Jego przykazania.
Kto mówi: "Znam Go",
a nie zachowuje Jego przykazań,
ten jest kłamcą
i nie ma w nim prawdy.
Kto zaś zachowuje Jego naukę,
w tym naprawdę miłość Boża jest doskonała.
Po tym właśnie poznajemy, że jesteśmy w Nim.
Kto twierdzi, że w Nim trwa,
powinien również sam postępować tak, jak On postępował.
(...)
Kto twierdzi, że żyje w światłości,
a nienawidzi brata swego,
dotąd jeszcze jest w ciemności.
Kto miłuje swego brata,
ten trwa w światłości
i nie może się potknąć.
Kto zaś swojego brata nienawidzi,
żyje w ciemności
i działa w ciemności,
i nie wie, dokąd dąży,
ponieważ ciemności dotknęły ślepotą jego oczy (1J 2,3-11)
I kawałek dalej:
Każdy, kto trwa w Nim, nie grzeszy,
żaden zaś z tych, którzy grzeszą,
nie widział Go ani Go nie poznał.
Dzieci, nie dajcie się zwodzić nikomu;
kto postępuje sprawiedliwie,
jest sprawiedliwy,
tak jak On jest sprawiedliwy.
Kto grzeszy, jest dzieckiem diabła,
ponieważ diabeł trwa w grzechu od początku.
Syn Boży objawił się po to,
aby zniszczyć dzieła diabła.
Każdy, kto narodził się z Boga,
nie grzeszy,
gdyż trwa w nim nasienie Boże;
taki nie może grzeszyć, bo się narodził z Boga.
Dzięki temu można rozpoznać
dzieci Boga i dzieci diabła:
każdy, kto postępuje niesprawiedliwie, nie jest z Boga,
jak i ten, kto nie miłuje swego brata. (1 J 3,6-10)
Tyle wystarczy. Aż za dużo... Sedno wywodu Jana można chyba ująć w taki sposób: nie zmierza do świętości ten, kto wierzy w Jezusa, ale życie według Ewangelii odkłada na później, na mityczne lepsze czasy, kiedy już nie będzie w owym życiu Ewangelią żadnych przeszkód. Czasy, które, nie łudźmy się, nigdy nie nastąpią. Żyje w bliskości Boga, kto stara się żyć Ewangelią tu i teraz....
Zauważmy to odwrócenie logiki dążenia do świętości: nie ja, przez swoją pracę nad sobą, zbliżam się do świętości, a przez to i do świętego Boga. Jest tak, że jeśli przyjmuję Chrystusa, jestem blisko Niego, chcę żyć Ewangelią już teraz, od dziś, to On sprawia, że staję się świętym. Życie w jego obecności sprawia, że staje się świętym...
I wtedy człowiek staje się też inny. Właśnie trochę jak Bóg: ponad tym światem, ponad jego brudem, ponad jego drogami i myślami. Opowiadała w jednej z książek konwertytka z islamu, że kiedy zainteresowała się Chrystusem, kiedy poczyniła pierwsze kroki by zostać chrześcijanka, jej koledzy zauważyli, że stała się inna. Nawet z niej żartowali: czyżbyś została chrześcijanką? Świętość po prostu widać. Może nie zobaczą jej wszyscy, ale przynajmniej niektórzy z najbliższego otoczenia...
W harmonii wielu głosów
Warto w tym kontekście zauważyć też to stwierdzenie z modlitwy eucharystycznej, że Bóg jest źródłem WSZELKIEJ świętości. Nie ma jednego modelu świętości. Nie ma sztancy. Są święci mistycy, są święci służący bliźnim swoją pracą. Są zakonnicy i zakonnice, są kapłani, biskupi, papieże, są święci ojcowie, matki, a nawet dzieci czy młodzi. Są mędrcy, są ludzie prości. Źródłem świętości w każdym z nich jest sam najświętszy Bóg. I tą różnorodność świętości warto szanować. Warto dziękować Bogu za tych wiele różnych dróg, które do świętości prowadzą. I nie twierdzić, że tylko moja droga, droga mojej wspólnoty, droga ruchu, w którym się formuję, jest tą jedynie słuszną... Bóg nie ma nic przeciwko różnorodności...
W bojaźni Bożej
Znów do Niego wracamy; znów wracamy do tego modlitewnego wyzwania: „Zaprawdę święty jesteś Boże”... Co to znaczy dla mnie? Już wspomniano, że powinno nas to skłaniać do klękania przed Bogiem. Teraz dodajmy: chodzi nie tylko i nie głównie o postawę ciała. Chodzi o traktowanie Go na serio. O to, co nazywamy bojaźnią Bożą. Co wyklucza też wszelkie próby używania Go do naszych przyziemnych spraw. Często, w zderzeniu z świętością Boga, małych i brudnych.
Mowa o tym w drugim przykazaniu. „Nie będziesz brał imienia Pana, Boga swego nadaremno”. Albo „do spraw czczych” – jak się czasami tłumaczy. Co znaczy „nadaremno” albo „do spraw czczych”? W powszechnej świadomości funkcjonuje to chyba najczęściej jako zakaz wymawiania słowa Bóg, Jezus, Maria bez kontekstu modlitewnego czy katechetycznego. Faktycznie, jeśli Bóg czy święci wzywani są bezmyślnie do byle czego, podobnie jak inni używają w takich razach słów niecenzuralnych, to jest to brak szacunku dla Boga. Niestety, to tylko wierzchołek góry lodowej. Trop prowadzący głębiej to stwierdzenia Katechizmu Kościoła Katolickiego, że chodzi o krzywoprzysięstwo. Czyli wzywanie Boga jakoś świadka naszej prawdomówności, gdy tak naprawdę kłamiemy. Tak, to na pewno brukanie przez nas świętości Boga. Ale czyż nie jest nim wszelkie „używanie” Boga dla załatwienia jakichś swoich spraw w innych sytuacjach? Nie tylko gdy chodzi o prawdomówność?
Straszyć Bogiem, sugerować wrogom, że On jest po naszej stronie, a przeciw nim... W sporach, także światopoglądowych, zawłaszczać Boga, ukazywać Go jako swojego sojusznika. A co myśli o Bogu ów słabej wiary, z którym się spieramy? Że jeśli Bóg jest po stronie takich zarozumialców, pyszałków, chamów, którzy nie mają oporów przed poniżaniem, szydzeniem, oszukiwaniem, to oni takiego Boga nie chcą...
Chrześcijanin, który szanuje świętość Boga wie, że jest On Bogiem zarówno moim, jak i mojego wroga. Że we mnie i w moim wrogu widzi swoje dziecko. Czasem dziecko, które pobłądziło, ale jednak. Nigdy nie stanie się wrogiem żadnego człowieka. Bo nas kocha. Także tych, którzy odeszli od Niego. I dlatego chrześcijanin szanujący Boga, mający świadomość Jego świętości, nigdy nie będzie Boga „używał” jako narzędzie presji na tych, z którymi jest w jakimś sporze. Nigdy, gdy na niego plują, nie będzie się Bogiem zasłaniał. Przeciwnie: sam zasłoni sobą Boga przed opluciem. Bo On jest święty. I trzeba zrobić wszystko, by w żaden ludzki brud Go nie mieszać. By nikt nie miał wątpliwości, że naprawdę jest dla nas święty.
aktualna ocena | |
głosujących | |
Ocena |
bardzo słabe |
słabe |
średnie |
dobre |
super |