Prawdziwa twarz Kościoła

Justyna Nowicka

dodane 24.02.2013 23:00

Przemienienie, które dokonuje się za sprawą Ducha, nie jest kształtowaniem oderwanych od życia dewotów chodzących z głową w chmurach.

Prawdziwa twarz Kościoła Józef Wolny/Agencja GN

Osoba Jezusa Chrystusa zawsze budziła i budzi emocje, od nienawiści przez obojętność do zafascynowania. Jest to zdecydowanie niebywałe jak na wędrownego rabina, którego cała działalność publiczna nie trwała więcej niż trzy lata, w dodatku skupiając się na peryferiach Imperium Rzymskiego. Na przestrzeni wieków fascynowali się Nim także ateiści, agnostycy, wolnomyśliciele. Między innymi Umberto Eco, Giovani Vattimo, Albert Camus, czy Jacques Derrida. Pod tym względem nikt inny nie może się z Nim równać.

Dzieje się tak  ponieważ spotkania z Nim nie da się w żaden sposób wymazać z serca. Można się w rożny sposób do tego spotkania ustosunkować odpowiadając swoim życiem. Ale nie można żyć tak, jakby nic się nie wydarzyło. Zawsze pozostaje zakochanie, albo chociaż tęsknota, która może być spychana i zapomniana, ale nie mija człowiekowi nigdy i od czasu do czasu daje o sobie znać.

Można powiedzieć, że spotkanie Boga to początek drogi w głąb siebie i w głąb Tajemnicy Boga. Początek drogi na górę, gdzie Bóg zaprasza, by odsłonić coś z siebie, by coś o sobie powiedzieć. Kiedy apostołowie zostali wezwani przez Chrystusa, kiedy poszli za Nim, słuchali Jego nauczania, widzieli cuda, nawrócenia, uzdrowienia, wtedy Jezus zabiera ze sobą trzech uczniów, by na górze pokazać tym, którzy w Niego wierzą kim jest naprawdę. Pokazuje im, że jest Synem Boga,  a to, co głosi i robi jest tym, co Bóg chce, aby się działo. Bóg oświadcza, że od tej pory należy słuchać Jezusa. Bóg wpatruje się w człowieka błogosławiąc każdy oddech, każde poruszenie – tak jest zafascynowany. Dosłownie chce „Nieba przychylić”. Tak bardzo, że oddaje Syna, by pociągnął przez Mękę, Krzyż i Zmartwychwstanie rzesze przybranych córek i synów.

W naszym życiu przemienienie, które dokonuje się cały czas za sprawą Ducha, nie jest kształtowaniem oderwanych od życia dewotów chodzących z głową w chmurach. Ale ludzi świadomych w Kogo wierzą, za  Kim chodzą i Kogo słuchają. Ta świadomość jest przemieniająca. Świadectwo życia staje się wtedy bardziej wiarygodne.

Zafascynowanie człowiekiem i Bogiem powinno być twarzą Kościoła. Nie osłoniętą woalem, by nie pokazywać emocji, nie schowaną za maską taniego łaszenia się do kogo popadnie, nie pokrytą sporą warstwą makijażu, by wydawać się bardzie atrakcyjną. Ale twarzą prawdziwą, może poranioną – jak twarz Ukrzyżowanego – ale niezmiennie wpatrzoną w Boga, który sprawia, że ta twarz jaśnieje blaskiem. Jego blaskiem. Nie swoim własnym. Bez tego każda działalność, od duszpasterskiej poczynając a na charytatywnej kończąc staje się w jakimś sensie pusta, pozbawiona wewnętrznej głębi i oddziaływania już nie tylko ewangelizacyjnego, ale po prostu ludzkiego. Bez tej trudnej autentyczności, bez rozpoznania w Chrystusie (także obecnym w drugim człowieku) Tego, któremu warto pokazać swoją twarz, by móc pozwolić Mu przemieniać nasze życie i życie Kościoła nie będzie możliwe słuchanie Syna Bożego.