Moim domem jest droga

Andrzej Macura

dodane 01.08.2013 23:56

Garść uwag do czytań na XVIII niedzielę zwykłą roku C z cyklu „Biblijne konteksty”.

Moim domem jest droga Roman Koszowski /GN Co by człowiek nie zrobił, czego by nie osiągnął – albo odwrotnie, czego nie stracił i jakiej by nie doznał krzywdy – wszystko kończy się z chwilą śmierci. Ciągle do niej zmierzamy

Dzisiejszy świat pędzi niczym samochód po autostradzie. Nie ma czasu, żeby się zatrzymać i zastanowić dokąd to właściwie, jaki jest cel tego pędu. Czytania tej niedzieli przypominają nam, że kresem każdego, nieraz trudnego życia, jest śmierć. Człowiek który o tym pamięta inaczej patrzy na doczesność.

1. Kontekst pierwszego czytania Koh 1,2;2,21-23

Pierwsze czytanie tej niedzieli to dwa fragmenty księgi Koheleta. Zdanie rozpoczynające księgę (po jednozdaniowym wstępie o jej autorstwie) i fragment drugiego jej rozdziału. Taki dobór tekstu może na pierwszy rzut oka dziwić. Po co takie szatkowanie? Wydaje się jednak, że w tym wypadku jest to dość szczęśliwe rozwiązanie. Zdanie rozpoczynające księgę wprowadza w cały jej klimat. Bez niego trudno uchwycić sens wypowiedzi Koheleta. A ostatnie zdanie czytanego tej niedzieli fragmentu – „to także jest marność” – zawisłoby w próżni. Bo jeśli to jest marnością, to co jeszcze? Dzięki temu pierwszemu zdaniu znamy odpowiedź na to pytanie: wszystko jest marnością.

Księga Koheleta nie jest ani opowieścią o jakichś wydarzeniach, zbiorem praw czy  proroctw albo modlitw, ale rozmyślaniem nad sensem życia. Gorzkim rozmyślaniem. Jej autor sugeruje, że jest samym królem Dawidem albo jego synem, mądrym Salomonem, ale to tylko literacka fikcja. Treść księgi, zainteresowania jej autora, styl i język wskazują, ze powstała znacznie później, Najprawdopodobniej w III w. przed Chrystusem.

To ważne. Bo żeby zrozumieć smutek Koheleta trzeba uświadomić sobie, że Stary Testament nie znał wtedy jeszcze prawdy o życiu po śmierci. To znaczy życia, które można nazwać w pełni życiem, a nie jakąś wegetacją w krainie cieni. Ta wiara  pojawia się wyraźnie właściwie dopiero w księgach Machabejskich i Księdze Mądrości, czyli ostatnich chronologicznie księgach Starego Testamentu. Kohelet widzi bezsens życia. Bo co by człowiek nie zrobił, czego by nie osiągnął – albo odwrotnie, czego nie stracił i jakiej by nie doznał krzywdy – wszystko kończy się z chwilą śmierci. I choć czeka człowiek jakiś Boży sąd, jego przyszłość jest w sumie niewiadomą.

Marność nad marnościami, powiada Kohelet, marność nad marnościami – wszystko jest marnością.

Jest nieraz człowiek, który w swej pracy odznacza się mądrością, wiedzą i dzielnością, a udział swój musi on oddać człowiekowi, który nie włożył w nią trudu. To także jest marność i wielkie zło. Cóż bowiem ma człowiek z wszelkiego swego trudu i z pracy ducha swego, którą mozoli się pod słońcem? Bo wszystkie dni jego są cierpieniem, a zajęcia jego utrapieniem. Nawet w nocy serce jego nie zazna spokoju. To także jest marność.

Tekst nie wymaga chyba komentarza. Każdy czytając go sam może przypomnieć sobie sytuacje ze swojego życia czy życia swoich bliskich, które potwierdzają obserwację Mędrca. A to gdy szef czy współpracownicy w pracy sobie przypisują sukces, do którego w żaden sposób nie przyłożyli ręki, a to gdy kogoś pognębi niesprawiedliwy wyrok sądu nakazujący oddanie części majątku komuś, kto palcem nie kiwnął by go utrzymać czy pomnożyć (choćby czasem sprawy spadkowe). Odechciewa się wtedy jakiegokolwiek wysiłku. Bo po co? Zostaje zgryzota, poczucie krzywdy...

Jeśli istnieje tylko to ziemskie życie, nie ma ono sensu. Człowiek może zagłuszać w sobie tę świadomość, udawać że jest inaczej, ale  przed bolesną prawdą nie ucieknie. W końcu go dopadnie...

2. Kontekst drugiego czytania Kol 3,1-5.9-11

Czytany tej niedzieli fragment listu do Kolosan to nawiązanie do teologii chrztu. Jest on zanurzeniem w śmierć Chrystusa. Przyjmując chrzest chrześcijanin umiera. Umiera dla tego świata, a staje się obywatelem świata innego, lepszego. Choć ciągle żyje na tym świecie, jest już nie z tego świata.

Dlatego powinien porzucić wszelkie zło. Nie dlatego, że takie jest prawo. Chrześcijanina prawo już nie obowiązuje. Ale dlatego, że umarł i jest już z innego, lepszego świata. Ma żyć jak obywatel tego innego świata.

Jeśli razem z Chrystusem powstaliście z martwych, szukajcie tego, co w górze, gdzie przebywa Chrystus, zasiadający po prawicy Boga. Dążcie do tego, co w górze, nie do tego, co na ziemi.

Umarliście bowiem i wasze życie jest ukryte z Chrystusem w Bogu. Gdy się ukaże Chrystus, nasze Życie, wtedy i wy razem z Nim ukażecie się w chwale.Zadajcie więc śmierć temu, co przyziemne w członkach: rozpuście, nieczystości, lubieżności, złej żądzy i chciwości, bo ona jest bałwochwalstwem.

Nie okłamujcie się nawzajem, bo zwlekliście z siebie dawnego człowieka z jego uczynkami, a przyoblekliście nowego, który wciąż się odnawia ku głębszemu poznaniu Boga, na obraz Tego, który go stworzył. A tu już nie ma Greka ani Żyda, obrzezania ani nieobrzezania, barbarzyńcy, Scyty, niewolnika, wolnego, lecz wszystkim we wszystkich jest Chrystus.

W tym miejscu warto chyba zauważyć pewną niekonsekwencję w życiu wielu chrześcijan. Mianowicie zazdroszczą oni niewierzącym, że nie muszą przejmować się przykazaniami. Oni też chętnie by sobie pogrzeszyli, ale im nie wolno. Bóg czuwa, Bóg widzi i może ukarać.... Otóż takie podejście do sprawy jest fundamentalnie błędne. Dlaczego?

Chcemy kiedyś żyć w niebie. A niebo jest wspólnotą Boga i ludzi wydoskonalonych w miłości. Czyli tych, którzy czynią dobro nie z przymusu, ale z wewnętrznego przekonania. Bo odkryli, że tak jest cudownie, że tak jest dobrze, że na tym polega raj. Chrześcijanin, któremu cieknie ślinka na myśl o zakazanym owocu i któremu dobro, sprawiedliwość, uczciwość, czystość i temu podobne są tylko ciężarem najzwyczajniej w świecie będzie się w niebie męczył. Więc... Na szczęście jest czyściec. Żeby się w miłości wydoskonalić.

Dlatego właśnie chrześcijanin powinien „zadać śmierć temu, co jest przyziemne w jego członkach: rozpuście, nieczystości, lubieżności, złej żądzy i chciwości, bo ona jest bałwochwalstwem”. Może powinno być: one są bałwochwalstwem. Dlaczego? Bo są stawianiem tych spraw ponad Boga. Bo Bóg mówi, że dobre jest coś innego, a człowiek uważa że wie lepiej i chce po swojemu. Siebie stawia ponad Bogiem. Sam dla siebie jest bałwanem (w sensie bożkiem oczywiście ;))

I w tym nowym świecie, świecie ludzi którzy umarli dla tego świata, a żyją jako obywatele innego świata nie ma już miejsca na podziały wynikające z historii, kultury czy dawnej religii. Wszystkim we wszystkich jest Chrystus. Tak uczy tej niedzieli święty Paweł.

Nad tym przed ostatnim zdaniem warto pomedytować dłużej, bo chyba wymyka się ono słownym tłumaczeniom. Chyba trzeba tę prawdę bardziej niż rozumem odkryć sercem...
 

3. Kontekst Ewangelii Łk 12,13-21

Ktoś z tłumu rzekł do Jezusa: «Nauczycielu, powiedz mojemu bratu, żeby się podzielił ze mną spadkiem». Lecz On mu odpowiedział: «Człowieku, któż Mnie ustanowił nad wami sędzią albo rozjemcą?»

Powiedział też do nich: «Uważajcie i strzeżcie się wszelkiej chciwości, bo nawet gdy ktoś ma wszystkiego w nadmiarze, to życie jego nie zależy od jego mienia».

I opowiedział im przypowieść: «Pewnemu zamożnemu człowiekowi dobrze obrodziło pole. I rozważał w sobie: „Co tu począć? Nie mam gdzie pomieścić moich zbiorów”. I rzekł: „Tak zrobię: zburzę moje spichlerze, a pobuduję większe i tam zgromadzę całe moje zboże i dobra. I powiem sobie: Masz wielkie dobra, na długie lata złożone; odpoczywaj, jedz, pij i używaj!” Lecz Bóg rzekł do niego: „Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy od ciebie; komu więc przypadnie to, co przygotowałeś?” Tak dzieje się z każdym, kto skarby gromadzi dla siebie, a nie jest bogaty u Boga».

Stali czytelnicy tego cyklu są już pewnie znudzeni przypominaniem, że czytany tej niedzieli fragment Ewangelii św. Łukasza pochodzi z jej części zwanej „Czasem podróży do Jerozolimy” i że jest to część, w której Jezus pokazuje swoim uczniom, że kto chce iść za Nim, kto chce być Jego uczniem, musi nie tylko z radością przyjąć Boże dary, ale i z pokorą wymagania, jakie ta sytuacja przed nim stawia. Dla porządku trzeba to jednak powtórzyć.

Przepraszam że teraz się nieco rozpiszę, ale jest tu coś więcej... Między czytanym tej niedzieli fragmentem Ewangelii, a tym czytanym przed tygodniem jest spora przerwa. Wypełnia ją kilka innych historii i wskazań Jezusa. Widać w nich wyraźne napięcie: za Jezusem lub przeciw Niemu. I pada pewne bardzo ważne pouczenie.

Najpierw jest więc historia o zarzutach względem Jezusa, że wypędza złe duchy mocą Belzebuba. Potem Jezus mówi o niebezpieczeństwie nawrotu do grzechu: że gdy zły duch wraca, nieraz stan chorego staje się gorszy nie przed wypędzeniem go.  Następnie na okrzyk kobiety, że błogosławiona jest Jego matka Jezus odpowiada, że owszem, ale błogosławieni są też ci, którzy słuchają słowa i wypełniają je. Potem Jezus odmawia dania znaku, że jest posłańcem Boga.  Potem...  No właśnie. Omińmy na razie ten jeden fragment.

Następnie w dłuższym wywodzie Jezus piętnuje zarówno uczonych w Piśmie i faryzeuszy. I każe uczniom ufać, że są w rękach Boga. Nawet kiedy przyznanie się do Niego może być źle odebrane przez otoczenie. Ten ostatni fragment bezpośrednio poprzedza czytanie dzisiejszej niedzieli.

A co jest po nim? Wyraźne wezwanie do porzucenia trosk doczesnych – wzorem ptaków i lilii – oraz trwania w gotowości na przyjście Królestwa. Nauczanie Jezusa czytane tej niedzieli należy rozumieć nie tyle jako wskazówkę czysto ascetyczną. Że takie odcięcie się oczyszcza umysł czy coś w tym rodzaju. Jezus nie tyle apeluje o odcięcie się od dóbr materialnych, ile o zaufanie Bogu. Jeśli troska o dobra materialne miałaby to zaufanie podważyć albo zajmować zbyt wiele czasu nie pozwalając się już zatroszczyć o dobra wieczne – należy je zostawić.

Hmmm... Może to bez wielkiego znaczenia, ale.... Napisałem przed chwilą o opuszczeniu jednego z fragmentów. Może przytoczmy go.

Nikt nie zapala światła i nie stawia go w ukryciu ani pod korcem, lecz na świeczniku, aby jego blask widzieli ci, którzy wchodzą Światłem ciała jest twoje oko. Jeśli twoje oko jest zdrowe, całe twoje ciało będzie w świetle. Lecz jeśli jest chore, ciało twoje będzie również w ciemności. Patrz więc, żeby światło, które jest w tobie, nie było ciemnością. Jeśli zatem całe twoje ciało będzie w świetle, nie mając w sobie nic ciemnego, całe będzie w świetle, jak gdyby światło oświecało cię swym blaskiem».

Zapalona lampa – wiadomo. Wieki niepokój musi budzić jednak ostrzeżenie Jezusa: patrz więc, żeby światło które jest w Tobie, nie było ciemnością. O co tu chodzi? Uczonym w piśmie i faryzeuszom wydawało się że widzą, że są oświeceni i że oświetlają innym drogę. Tymczasem wiedli lud na manowce. I właśnie to łudzenie się jest bardzo niebezpieczne. Sprawia, ze człowiek nie szuka prawdy, nie chce zmian. Nie pozwala dostrzec prawdziwej drogi do Boga: przez Jezusa.

Zacytowany wyżej tekst nie jest związany bezpośrednio z czytanym tej niedzieli fragmentem. Ale jest jednak dość blisko. Nasuwa się myśl, że tymi, których „światłość jest ciemnością”, którzy są ślepi, choć wydaje im się że widzą, są nie tylko faryzeusze i uczeni w Piśmie. Jest im i poniekąd bohater dzisiejszej historii, ten, któremu Jezus opowiada przypowieść o bogaczu. On też prosząc Jezusa o interwencję w sprawie spadku jest ślepy na to, co najważniejsze...

W tym kontekście trzeba więc widzieć czytany tej niedzieli fragment Ewangelii. Bycie uczniem Jezusa to przyjęcie pewnego innego stylu. W tym wypadku charakteryzującego się dystansem wobec dóbr doczesnych. Koresponduje to zarówno z pierwszym jak i drugim czytaniem . Przypomina jeszcze o tym śpiewany przed Ewangelią werset : Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie.

4. Warto zauważyć

W czytanym tej niedzieli fragmencie Jezus opowiada przypowieść. Jest ona jednak odpowiedzią na konkretną sytuację. Ktoś prosi, aby Jezus interweniował w sprawie podziału spadku. Gdy się zastanowić, to wychodzi na to, że ktoś prosi Jezusa o interwencję w słusznej sprawie, interwencję w sprawie jakiejś niesprawiedliwości. Dlaczego?

„Powiedz mojemu bratu” – mówi ten, który prosi Jezusa. Choć niekoniecznie chodzi o rodzonego brata, ale może kuzyna albo w ogóle jakiegoś krewnego, to podział majątku przypadającego w spadku wydaje się w sytuacji krewnego czymś naturalnym. Z jakiegoś jednak nieznanego nam powodu „brat” zatrzymał wszystko dla siebie. Czyli tak na oko ma miejsce niesprawiedliwość, dzieje się krzywda. Jezus jednak nie chce interweniować w tej sprawie. Dlaczego?

Z góry odrzućmy podejrzenie, że znał owego „brata” i z zagarnięcia spadku czerpał jakiś zysk. Nie chodzi o to, że nie godzi się o coś takiego podejrzewać samego Jezusa, ale że nie ma tego w tekście Ewangelii. A co jest?

Jest odpowiedź Jezusa, które ma otworzyć oczy proszącemu o interwencję. Ma mu pokazać, ze nawet jeśli ma rację i spadek mu się należy, nie powinien się  sprawą zbytnio żołądkować. Nie powinien być chciwy.

Bo dobra materialne może i pozwalają na spokojne życie, ale samo życie człowieka i tak zależy od kogoś innego. Ważniejsze niż posiadać bogactwa materialne jest być bogatym przed Bogiem. Jeśli ktoś  nie nazbierał sobie  tego Bożego bogactwa, w chwili śmierci i tak wszystko straci. Nie ma się więc co zbytnio przejmować dobrami materialnymi; czy się ma, czy się nie ma, czy się dostało się to, co się należy, czy też nie.

Żeby wyrazić się jasno: to nie chodzi o to, żeby nie mieć dóbr materialnych. To apel o to, by przede wszystkim troszczyć się o dobra nieprzemijające. Nawet jeśli przez to zaniedba się troskę o dobra doczesne.

Ten wniosek płynący z Ewangelii tej niedzieli staje się jeszcze bardziej oczywisty, gdy przypomnieć sobie rozważania Koheleta i św. Pawła. Tak już jest – mówi Kohelet – że podział dóbr materialnych na ziemi nie jest sprawiedliwy. Ale nie ma się czym przejmować – dodaje św. Paweł – bo przecież mamy  swój dom w niebie. Ważniejsze niż sprawy doczesne jest troska o dobra wieczne.

5. W praktyce

Problem posiadania przez chrześcijan dóbr materialnych to pole częstych sporów. Tak jest nie tylko w naszych czasach. Już w starożytności, ale chyba przede wszystkim w średniowieczu problem ubóstwa i bogactwa rozgrzewał ludzkie umysły. Do ubóstwa wzywali nie tylko ortodoksyjni franciszkanie, ale też całkiem sporo wspólnot heretyckich. Nie rozstrzygając tych sporów trzeba jednak trzeźwo spojrzeć na wskazanie Jezusa z tej niedzieli. Jezus nie tyle zabrania posiadania bogactw, ale radzi, by się o bogactwo  nie  troszczyć.

Śmiesznie brzmią czasem tłumaczenia bogatych. Że chodzi o dobry użytek z pieniądza, że nie może być dziadostwa, że kupowanie towarów dobrej jakości jest oszczędnością, bo się tak szybko nie zepsują. Co w tym złego czy niestosownego? Nic. Tylko że takie tłumaczenia wskazują, że dobra materialne zajmują jednak dość ważne miejsce w życiu tych ludzi.

Ale śmiesznie brzmią też niektóre wezwania do  ubóstwa. Zwłaszcza gdy ubodzy mają być „oni”, a nie „ja”. Gdy komuś ciągle czyjeś bogactwo przeszkadza, kole w oczy, znaczy prawie zawsze, że w jego życiu dobra materialne też zajmują ważne miejsce. A Jezus przecież nie powiedział, że można być bogatym albo że nie można, tylko żeby się sprawami materialnymi specjalnie nie zajmować, bo są sprawy ważniejsze. A chciwym może być zarówno bogacz  jak i biedak.

W sumie to trzeba chyba zrobić rachunek sumienia nie z tego, ile się posiada, ale z tego, na ile pieniądze, bogactwo zaprzątają moją głowę. Czy zajmowanie się tym nie sprawia, że przestaję się troszczyć o dobra nieprzemijające.

Po drugie.... Rodzi się pytanie: jak być bogatym przez Bogiem? Pielęgnować w sobie miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie? Troszczyć się o przekaz wiary. W rodzinie, w Kościele. Troszczyć się o życie sakramentalne. O dzieła miłosierdzia... Dużo tego.

Po trzecie.... Kościół powinien chyba przemyśleć sprawę inwestowania w dobra materialne. Przecież nie od ilości wybudowanych budynków zależy nasze bogactwo przed Bogiem. Może czas, żeby mocniej inwestować w ludzi? Nie, niekoniecznie biednych. Od tego ich bieda się nie zmniejszy. W kształcenie młodych, zdolnych. Albo w tych, którzy mogliby wiele i sensownie pomóc w parafii, gdyby nie musieli cały dzień pracować gdzie indziej dla utrzymania rodziny...

W każdym razie trzeba pamiętać, że bogactwo materialne może w jednej chwili przepaść. Skarby trzeba gromadzić przed Bogiem. Wtedy, gdy skończy się nasze ziemskie pielgrzymowanie, będziemy ciągle bogaci.