30. Niedziela zwykła (B)

dodane 20.10.2015 10:26

Sześć homilii

Modlitwa o uzdrowienie

ks. Leszek Smoliński

W Liście apostolskim „Novo millennio ineunte” św. Jan Paweł II stwierdził, że „mimo rozległych procesów laicyzacji obserwujemy dziś w świecie powszechną potrzebę duchowości, która w znacznej mierze ujawnia się jako nowy głód modlitwy” (n. 33). Odpowiedzią na ten „głód modlitwy” są duchowe poszukiwania wielu ludzi. Warto więc odnaleźć w tradycji Kościoła bogactwo form i treści modlitewnych, które zostały ukształtowane przez wieki.

Niewidomy żebrak Bartymeusz spod Jerycha, który siedział przy drodze, słysząc o przechodzącym Jezusie z Nazaretu głośno wołał: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną”. Pan nie pozostał głuchy na jego wołanie i przyszedł mu z konkretną pomocą: „Jezus mu rzekł: «Idź, twoja wiara cię uzdrowiła». Natychmiast przejrzał i szedł za Nim drogą”. Słowa wypowiedziane przez niewidomego z dzisiejszej Ewangelii stały się wezwaniem „modlitwy Jezusowej”, zwanej inaczej modlitwą serca albo nieustanną modlitwą. Jest to modlitwa na każdy czas.

Modlitwa serca stanowi proste wołanie o pomoc, o miłosierdzie. Jej praktykowanie pomaga przemieniać nasze życie, otwiera nas coraz bardziej na Boga. Nie jest to modlitwa przeznaczona tylko dla pobożnych mnichów, ale przede wszystkim dla ludzi świeckich, zatopionych w wir codzienności. Serafin z Sarowa, ostatni kanonizowany święty przed rewolucją rosyjską 1917 roku, ulubiony patron prawosławia i jeden z większych mistyków Kościoła, mówił: modlić się może każdy bez przeszkód. Bogaty i biedny, szlachetnie urodzony i wieśniak, mocny i słaby, zdrowy i chory, cnotliwy i grzesznik".

W „Opowieściach pielgrzyma”, które stanowią anonimowe, klasyczne dzieło zakorzenione w rosyjskim prawosławiu, starzec radzi pielgrzymowi, który pragnie nauczyć się modlitwy Jezusowej, aby nigdy się nie zniechęcał. Ma tylko często odmawiać wezwania modlitwy Jezusa bez troszczenia się o czystość samej modlitwy. Nawet jeśli ktoś ma wrażenie odmawiania jej tylko wargami, to częsta modlitwa ustna doprowadzi go w końcu do modlitwy serca. Jest ona znakomitą odpowiedzią na pragnienie ciągłego przebywania w Bożej obecności. Wtedy nasza codzienność zostanie przemieniona i opromieniona Bożym światłem, a my przez swoją wytrwałość będziemy postępować na drodze świętości i stawać się jeszcze bardziej „człowiekiem z Ducha”.

Modlitwę Jezusową możemy praktykować wszędzie: w domu, przy sprzątaniu, w kuchni czy w środkach komunikacji miejskiej! Możemy modlić się na spacerze, idąc do pracy, szkoły, jadąc samochodem, siedząc w poczekalni u lekarza. Na początku będzie to wymagało większego skupienia uwagi, może ogarnie nas rozproszenie albo myśli odbiegną zupełnie od modlitwy. Trzeba wtedy powrócić spokojnie do wybranego wezwania. Z czasem modlitwa w nas się utrwali. Wreszcie zauważymy, że bez większego wysiłku modlitewne wezwanie przemienia naszą codzienność, ofiarując ją Bogu.

Modlitwa Jezusowa jest odpowiedzią na pytanie współczesnego człowieka o to, jak się modlić i jak znaleźć czas na modlitwę przy obowiązkach i w pracy, w ulicznym korku czy w kolejce do kasy w supermarkecie. „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną”.

Rok wiary, naszej wiary

Piotr Blachowski

Ten rok został ogłoszony Rokiem Wiary. Należałoby więc spojrzeć na całe nasze życie pod kątem naszej wiary. I gdyby nam przyszło opisać i ubrać w słowa to, co przeżywamy, to powstanie tyle wersji, ilu nas jest.

Słowo, które kieruje do nas dzisiaj Pismo Święte, winno ubogacać nasze refleksje nad tym, jak i w jaki sposób patrzymy na Boga, na powołanych do posługi w Jego imieniu, czy poczuwamy się, jak kiedyś Izrael, do miana narodu wybranego, prowadzonego przez naszych Kapłanów – z ludzi branych i dla ludzi ustanawianych.

Każdy z nas, zdrowy i chory, sprawny i chromy, widzący i niewidzący, powinien cieszyć się z tego, że został nam dany przywilej wiary, która pozwala odczuwać miłość, nadzieję i radość z opieki naszego Jedynego Ojca w niebie. Wiara, którą prezentujemy, nie do końca jest wiarą, którą zaszczepił w nas Jezus Chrystus, którą poprzez chrzest przekazał nam Duch Święty, której oczekuje nasz Bóg Ojciec – Stworzyciel.

Przykładem uzdrowienia i nawrócenia jest niewidomy, siedzący i żebrzący przy drodze. Jego słowa: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną.” (Mk 10,47b) są wyrazem wiary, która nie pozwalała mu milczeć, która napełniała go pewnością, że w Jezusie znajdzie zbawienie. Dialog niewidomego i Pana Jezusa to spotkanie dwu sił, spotkanie niezachwianej wiary niewidomego z wszechmocą Jezusa, a skutkiem tego spotkania jest cud. Oto człowiek z wiarą prosił Boga o interwencję w konkretnej sprawie – Bóg wysłuchał.

Wiara otwiera oczy i pozwala poznać Boga. Nasza modlitwa podczas Mszy – modlitwa wiernych – to zawierzenie Bogu spraw aktualnych w skali świata, Kościoła, a zwłaszcza wspólnoty zgromadzonej przy ołtarzu. Bo Jezus Chrystus, uobecniony podczas wspólnoty eucharystycznej, zadaje nam nieustannie pytanie: co chcecie, abym wam uczynił? A my jedynie mamy za zadanie wskazywać „miejsce”, dla którego prosimy o Bożą interwencję. Więcej, powinniśmy prosić z taką wiarą, z jaką prosił niewidomy.

W tym tygodniu będziemy przeżywać Dzień Wszystkich Świętych i Święto Zmarłych. Prośmy więc w tym czasie szczególnie o miłosierdzie dla dusz w czyśćcu cierpiących, aby Bóg przebaczał im winy i dał wieczny odpoczynek w krainie, gdzie nie ma już cierpień i śmierci. PANIE JEZU – błagamy Cię o miłosierdzie dla dusz w czyśćcu cierpiących, zwłaszcza dla tych, o których nikt nie pamięta, za które nikt się nie modli, którym nikt z duchową pomocą nie spieszy.

Matko Boża Różańcowa, przez Twoje wstawiennictwo prosimy o umiejętność takiego postrzegania wiary i Kościoła, abyśmy nie zagubili właściwej drogi, abyśmy przejrzeli i poszli za Nim. Przez Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie.

Pod płaszczykiem


Augustyn Pelanowski OSPPE

Są prawdziwie ubodzy, ale i fałszywie. Jeśli jakaś Cyganka, narkoman lub alkoholik obserwują twoją twarz na ulicy, to starają się dostrzec tylko jedno: czy uda im się wyłudzić choćby trochę grosza. Płaszczą się, poniżają, czasem wymyślają niestworzone dramaty wyciskające z nas krople współczucia i żebraczą należność. Jeśli uda im się obudzić w tobie litość, triumfują, bo wiedzą, że to się opłaciło. Mają wtedy miny aktorów, którzy swoją grą doprowadzili widownię do szlochu.

Czy nie jest ślepotą, żyć tylko po to, by stwarzać wokół siebie aurę litości, współczucia i pożałowania? Żyć tylko po to, by inni otaczali mnie czułym wzrokiem, żebrać o każde spojrzenie zainteresowania, wyłudzać zainteresowanie innych, domagać się wysłuchania i wyciskać z innych podziw nad wymyśloną tragedią, w którą się samemu już wierzy! Być może taki styl życia jest jeszcze większą ślepotą niż bycie prawdziwie ślepym. Istnieją ludzie, którzy nie potrafią o sobie mówić dobrze, bo wtedy straciliby zainteresowanie i współczucie, ciągle wymyślają jakieś choroby lub problemy, kreują się na nieszczęśników i pokrzywdzonych, bo dzięki temu zdobywają u innych efekt litości. Żyją pod płaszczykiem wyuczonych i wyimaginowanych historii o sobie samych, ale prawdziwe „ja” ukrywa się nawet przed nimi samymi. Jest w nas „ja” znane sobie i znane innym, jest również takie „ja”, które jest nieznane nam, ale za to doskonale znane innym, wreszcie takie, które jest znane nam, ale za to ukryte przed innymi, i na końcu takie „ja”, które nie jest przejrzyste ani dla nas, ani dla innych. Jezus, uzdrawiając człowieka, pozwolił mu zrzucić całkowicie płaszcz, który był symbolicznym parawanem ukrywającym prawdę. Widzieć to przede wszystkim być przejrzystym dla Boga, dla siebie i dla innych. Lęk przed pominięciem i utratą znaczenia w oczach innych sprawia, że z dnia na dzień ukrywamy się w coraz bardziej paradoksalny sposób: odsłaniając w sobie historie wzbudzające politowanie. W końcu stajemy się tak skryci, że samych siebie nie widzimy, choć wszyscy nas już dostrzegają. To jest szczyt ślepoty.

Zaryzykowałbym interpretację, że niewidomy Bartymeusz, zrzucając płaszcz, zerwał z taką postawą wymuszania litości u innych i zaryzykował życie w przejrzystości. Jeśli nawet tak nie było, to wydarzenie to jest na pewno symboliczną manifestacją takiej sytuacji. Przestał udawać. Jezus uzdrowił go w sposób najpełniejszy i subtelny. Zadając mu pytanie, czego on tak naprawdę pragnie, zmusił go do zdefiniowania swego kalectwa. Nie powiedział mu: jesteś ślepy! Pragnął, by Bartymeusz sam siebie określił. Niekiedy powiedzenie komuś prawdy w oczy sprawia, że jeszcze bardziej on staje się zakłamany i jeszcze bardziej się ukrywa, i jeszcze usilniej się usprawiedliwia albo wyszukuje argumentów umacniających go w chorej pozycji do świata, Boga i niego samego. Najlepiej, jeśli człowiek sam stanie się odkrywcą swojego zamaskowania, bo wtedy najczęściej z nim zrywa.

Niedziela w rocznicę poświęcenie kościoła

Bóg zamieszkuje pośrodku swego Ludu


Tomasz Dostatni OP

„Dom modlitwy dla wszystkich narodów” (Iz 56,7). Dla nas, mieszkających dzisiaj w Polsce słowa te nie zawsze są w pełni zrozumiałe, gdyż w zasadzie jesteśmy krajem jednonarodowym, a udział mniejszości jest niewielki. Tam, gdzie toczą się walki etniczne czy też wojny o podłożu religijnym, słowa te nabierają pełniejszego znaczenia. Świątynia, Kościół, Dom Boży jest dla wszystkich. Jakże często w historii stawał się schronieniem przed najeźdźcą, był miejscem azylu; przestrzenią, gdzie tylko Bóg tak naprawdę mógł mieszkać. Uniwersalizm, powszechność, otwartość – to cechy Kościoła rozumianego jako wspólnota, jako pielgrzymujący Lud Boży. Ale dzisiaj u proroka Izajasza słyszymy również, że Bóg przyprowadza tych, którzy są mu wierni, „na swoją Świętą Górę i rozweselę w swoim domu modlitwy” (Iz 56,7). Radość to także cecha tych, którzy są mieszkańcami Domu Pańskiego. O ludzie Starego Przymierza można pięknie powiedzieć, że był ludem świątyni, to znaczy ludem dobrze rozumiejącym, iż Bóg zamieszkiwał w Świątyni Jerozolimskiej. Każdy dorosły Izraelita miał obowiązek raz w roku odwiedzić tę świątynię, a dopiero po jej zburzeniu mówi się, że naród wybrany z ludu świątyni stał się ludem księgi.

„Nie jesteście już obcymi i przechodniami, ale jesteście współobywatelami świętych i domownikami Boga” (Ef 2,19). Tym, który czyni nas „domownikami” i „współobywatelami” Boga, jest sam Jezus Chrystus. On jest kamieniem węgielnym i fundamentem, na którym zbudowany jest Kościół. To ważne stwierdzenie, choć przez częstość powtarzania może czasami dla kogoś stać się banalne. Jezus Chrystus jest fundamentem naszego codziennego bycia w Kościele, jako Ten, przez którego i dla którego wszystko istnieje i w Nim tylko ma swój sens. Święty Paweł w Liście do Efezjan uczy nas pokornego trwania przy tej Świątyni, a to wspólne wznoszenie budowli ma być zakończone dopiero wraz ze śmiercią każdego z nas. Jest to więc praca na całe życie. W rozumieniu świętego Pawła Świątynia nie jest zbudowana z materialnych kamieni. Tą Świątynią jest Ciało Chrystusa. Taką Świątynię miał na myśli sam Jezus, gdy mówił do Żydów: „Zburzcie tę świątynię, a Ja ją w trzech dniach wzniosę na nowo” (J 2,19). To znaczy, że Świątynia jako mieszkanie Boga ma być wznoszona w duszy, w sercu każdego człowieka. Również w innym miejscu święty Paweł mówi: „Czyż nie wiecie, żeście świątynią i że Duch Boży w was mieszka? (1 Kor 3,16)”

„Oddawać cześć Ojcu w Duchu i prawdzie” (J 4,23). Jezus i Samarytanka. To spotkanie należy do najpiękniejszych, jakie możemy znaleźć w Ewangelii. Wiele jest takich scen, gdy Jezus rozmawia z niewiastami. Ale ta, przesycona jakimś niesamowitym ciepłem, ukazuje głębię, można powiedzieć mistykę chrześcijańskiego rozumienia modlitwy. Kobieta, która nie należy do narodu wybranego, ale która zgodnie z tradycją jej ojców wierzy w Boga Jedynego, zapytuje Chrystusa: Gdzie należy czcić Boga, na jakim miejscu? I otrzymuje odpowiedź: „...prawdziwi czciciele będą oddawać cześć Ojcu w Duchu i prawdzie” (J 4,23). Oddawać Bogu cześć „w Duchu i prawdzie”– to zupełna zmiana perspektywy. Nie jest już ważne miejsce, ale to, czy On sam zamieszkuje w nas, czy potrafimy tak żyć, aby każdego dnia doświadczać Jego obecności w tym wszystkim, co robimy, a zarazem w głębi naszej duszy, w naszym sercu. Bo tylko takie rozumienie świątyni, którą jesteśmy my sami, a która zarazem jest w nas, może prowadzić do pełnego zrozumienia sensu naszego codziennego życia i sensu naszej bliskości z Bogiem.

Myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem


ks. Jan Dzielny

Jednym z większych paradoksów dotyczących ludzkiej moralności jest przeżywanie swych problemów w taki sposób, że człowiekowi towarzyszy przekonanie o jej doskonałej kondycji, choć wszystko wydaje się temu przeczyć. Paradoksalnie więc, nie lekarz i terapia odgrywają nadrzędną rolę w leczeniu, ale pokorne przyznanie się do swych braków. Jeśli człowiek nie zaufa lekarzowi, stając w całej prawdzie, nawet najlepsze metody leczenia nie będą skuteczne. Tak się dzieje w medycynie, gdzie relacja między lekarzem i pacjentem musi się opierać na zaufaniu, ale tak też jest w życiu duchowym, gdzie każdy kontakt z pasterzem wymaga tych samych zasad. Nie można korzystać z sakramentu pokuty, tając choćby fragment prawdy o swoim wnętrzu. Nie tylko chodzi tu o ważność spowiedzi i skuteczność rozgrzeszenia, ale też o szansę daną kapłanowi czy lekarzowi, by zastosować odpowiednią terapię. Jej istotą nie może być doraźna pomoc czy podanie znieczulenia, ale dłuższy proces i ostateczne zniknięcie źródeł choroby.

Najbardziej sprawę komplikuje brak odwagi czy wręcz wyrachowanie przy ukrywaniu prawdy. Jeśli człowiek nazwie grzech i określi miejsce jego zagnieżdżenia, trzeba podjąć dalsze kroki. To zawsze dokonuje się przy udziale jakiegoś wysiłku, ciężkiej pracy. Im większy grzech, tym silniejsza niechęć do walki. Praktyka duszpasterska bardzo często pokazuje przykłady takiego oddalania się od Boga, u którego źródeł można znaleźć nie tyle rezultat intelektualnych poszukiwań, ile właśnie grzech.

W przypadku ślepoty rzecz komplikuje się jeszcze bardziej. Człowiek, który zobaczy, jest w jakimś sensie odpowiedzialny za to, co widzi. Nie tylko chodzi tu o indywidualne winy i niewierności, lecz także o cudze grzechy. Przecież nikt dzisiaj nie kwestionuje, że grzech ma charakter społeczny. To znaczy, że jesteśmy uwikłani w pewien system, dzięki któremu każdorazowy wybór niesie ze sobą określone konsekwencje dla innych. Wroga Kościołowi propaganda chciałaby zepchnąć dziedzinę moralnych wyborów do sfery prywatności. Człowiek zaś jest odpowiedzialny nie tylko za to, czego dokonuje mocą swojej wolności, ale i za to, czego jest świadkiem. Nawet podczas każdorazowej Eucharystii wypowiada się znamienne słowa żalu za grzechy, w którym zawiera się myśl, mowa, uczynek, ale i zaniedbanie.

To dlatego wygodniej jest pozostać ślepym zarówno na własną niewystarczalność, jak i na małostkowość czy wręcz podłość otoczenia. I dużym uproszczeniem byłoby sprowadzać całą tę dyskusję jedynie do znanej kwestii znieczulicy społecznej. Tu chodzi o coś więcej, o pewien rodzaj egoistycznej buchalterii, przez którą ceną ludzkiego spokoju jest poświęcenie czegoś o wiele większego.

W Ewangelii z dzisiejszej niedzieli spotykamy człowieka odważnego. Kiedy Boski Mistrz stawia mu pytanie, co chcesz, abym ci uczynił, człowiek niewidomy uderza w samo sedno swoich najskrytszych potrzeb. „Rabbuni, żebym przejrzał”. Najpierw musiał uznać swoją ślepotę, później określić ją jako dolegliwość, coś, czego należy się pozbyć, a dopiero później pomyślał o metodzie. Najczęściej skupiamy się na tym ostatnim. W świecie, w którym całe rzesze próbują szukać szczęścia w najróżniejszych religiach Wschodu i uciekają się do praktyk buddyjskich czy hinduskich, obserwatorzy niepokoją się, że popularne są zatrute leki. Ta troska jest uzasadniona, ale nie może pozostać jedyną. Przecież nie mniej istotna jest obawa o być może większą rzeszę ludzi przekonanych o swojej doskonałej kondycji. Oni nie pójdą ani do lekarza, ani do apteki.

Wypowiadając słowa powszechnej spowiedzi podczas każdej Eucharystii i przystępując do sakramentu pokuty, gdzie wyznajemy grzechy i obiecujemy poprawę, warto postawić pytanie o rachunek sumienia. Być może podświadomość każe nam omijać niektóre tematy, pozostawiając tym sposobem wśród ludzi ślepych, bo tak wygodniej.

Pan Jezus uzdrowił niewidomego, zapewniając, że tak naprawdę uzdrowiła go wiara. Dzisiejsza Liturgia Słowa jest okazją do stawiania sobie pytań o jej istotę. Nawet szatan uznaje prawdę, że Bóg istnieje. Człowiek wierzący w tym Bogu uznaje swojego Pana. Ma do Niego zaufanie i powierza Mu wszystkie swoje słabości. Skazując się na ślepotę, popełniamy poważny grzech zaniedbania.

 

 

Kapłan na debecie


Augustyn Pelanowski OSPPE

Kim jest niewidomy żebrak? Nikim szczególnym. Kimś, kto nie tylko nie widzi, ale kogo się omija i nie zauważa. Kimś, kogo krzyk bywa tłumiony nawet przez idących za Jezusem. I właśnie ktoś taki jest nie tylko usłyszany, zauważony, ale też uzdrowiony i, co najważniejsze, uzdolniony do pójścia za Chrystusem. Nic nie jest tak istotne, jak tylko zdiagnozowanie wiary. Bez niej nikt nie ma szans na przejrzenie. Wiara pozwoliła mu przejrzeć na oczy, ponieważ właśnie przejrzeniem jest wiara. Piszę te słowa jako kapłan, pragnąc głęboko zapamiętać: mam szukać wiary i wiarą budować tych, których spotkam. W jaki sposób wzniecać wiarę? Jest tylko jeden sposób: wiara budzi się ze słuchania Bożych słów!

W dekrecie soborowym czytam z zapartym tchem: „Posługiwanie prezbitera zaczyna się od głoszenia Ewangelii”, choć szczytem jest doprowadzenie kogoś do pełnego udziału w eucharystycznym zjednoczeniu z Jezusem. I dalej: „Lud Boży jednoczy się przez słowo Boga żywego, którego z ust kapłanów bezwzględnie należy się domagać!”. Bezwzględne wymaganie skierowane do kapłanów, aby lepiej czy gorzej, elokwentnie czy też nieporadnie, zawsze i wszędzie głosić Ewangelię, robi na mnie duże wrażenie. Inaczej wielu bartymeuszów dalej będzie siedziało przy bezdrożach, nie wiedząc, czego się spodziewać po Chrystusie. Wolałbym być pośród tych kapłanów, którzy wołają: „Bądź dobrej myśli, wstań, woła cię!”, niż pośród tych, którzy nastawali, aby umilkł.

W tym samym soborowym dokumencie czytam z nie mniejszym wrażeniem o kapłanach, którzy są dłużnikami wszystkich; dłużnikami zobowiązanymi do dzielenia się prawdą Ewangelii. Tekst łaciński dokumentu używa w tym miejscu słowa DEBITORES! Czy wiemy, co to jest debet w banku? Otóż każdy kapłan jest na duchowym debecie wobec Kościoła i nie może sobie od niechcenia powiedzieć jakiegoś kazanka okolicznościowego, upstrzonego poezją i polityką. Musi spłacać dług słowa Bożego, budzącego nadzieję i wiarę w miłość Jezusa, ludziom, którzy nie tylko wdowi grosz łożą na kapłańskie utrzymanie.

Przyglądając się opowiadaniu o uzdrowieniu Bartymeusza, możemy ulec mylnemu wrażeniu, że Jezus go nie zauważał, choć miał świetny wzrok, natomiast Bartymeusz, choć był ślepy, dostrzegł Jezusa. Czyżby Bogu nie zależało na wszystkich bartymeuszach? Czyżby ich pomijał? W Psalmie 23., pasterskim, a więc kapłańskim, na samym końcu czytamy: „Dobroć i łaska pójdą w ślad za mną”. Otóż tekst hebrajski użył w tym miejscu słowa RADAF, które tłumaczy się jako zdecydowane podążanie, ściganie, a najczęściej jako prześladowanie. Być może niektórym tłumaczom wydawało się dziwne, że miłosierdzie może prześladować człowieka, ale Bogu nie jest obojętny nasz los i On właśnie stale goni grzesznika i zaślepionego tym światem. To On prześladuje nas natchnieniami, abyśmy wołali do Niego: Synu Dawida, ulituj się nade mną!