5. Niedziela Wielkiego Postu (C)

dodane 08.03.2016 21:21

Sześć homilii

Bóg, który zbawia

ks. Leszek Smoliński

Wielki Post ma być dla nas czasem spotkania z Bogiem miłosierdzia, który zbawia, wyzwala, dokonuje duchowej odnowy ludzkiego serca. W zapowiadanym przez proroków Mesjaszu rozpoczyna się na nowo historia człowieka. On „swoimi słowami, gestami i całą swoją osobą objawia miłosierdzie Boga” (Misericordiae vultus, 1). Dzięki Niemu otrzymujemy nowe życie. Aby otrzymać nowe życie, potrzeba osobistego spotkania się z Miłością miłosierną. Z Bogiem czułym, delikatnym, pochylonym nad dzieckiem, a jednocześnie wyraźnie rozróżniającego grzech od grzesznika.

Takiego Boga doświadczyła kobieta opisana we fragmencie Ewangelii przeznaczonym na dzisiejszą niedzielę: „Jezus nie patrzył na nią. Schyliwszy się pisał palcem na ziemi. Święty Hieronim twierdzi, że wyliczał w ten sposób grzechy oskarżycieli. Syn Człowieczy wiedząc, że ta nieszczęsna omdlewa raczej ze wstydu niż ze strachu, nie patrzył na nią, są bowiem chwile w życiu człowieka, kiedy największym miłosierdziem jest nie widzieć go. Cała miłość Chrystusa dla grzeszników wyraża się w tym odwróconym wzroku. Tajemnicze zaś znaki, jakie kreślił na ziemi, nie oznaczały nic więcej, jak Jego wolę niepatrzenia na tę nieszczęsną istotę” (F. Mauriac, Życie Jezusa, W-wa 1964, s. 142).Trzeba widzieć także i to, że kobieta, którą do Niego przyprowadzono, nie wypierała się, nie usprawiedliwiała, nie wskazywała nawet na innych, na wspólników jej grzechów, nie twierdziła, że jest bez grzechu i dlatego potrzebowała Jezusa.

„Idź i nie grzesz więcej!” Jak mówił św. Augustyn: kiedy odeszli wszyscy pozostali dwoje: biedna kobieta i miłosierdzie. Jeśli nasza scena jest krzykiem, by rozpoznać w Jezusie miłosierdzie Ojca, musimy sobie uświadomić, czym jest miłosierdzie. To wewnętrzny przymus pochylania się nad tym, co słabe, co domaga się zmiłowania przez swoją bezradność i wynikającą z tego tytułu zależność. Tak opisywana miłość niesie w sobie całkowitą darmowość i bezinteresowność. Tylko dla faryzeuszów wszystko było już jasne. Nie przewidzieli tylko jednego – że Ten, od którego oczekiwali potwierdzenia własnej „sprawiedliwości”, własnych grzesznych zamysłów, jest Jedynym Sprawiedliwym i nie przyszedł, by świat sądzić, ale szukać tych, którzy zginęli, tych, „którzy się źle mają”.

A dziś Jezus pyta: Kto z was jest bez grzechu? Każdy z nas musi spojrzeć na siebie bez udawania, obłudy, oszukiwania się. Przecież Chrystus już nieraz udowadniał, że zna ludzkie myśli... Spowiadamy się z „grzechów cudzych”, oskarżamy, napiętnujemy, domagamy się sprawiedliwości, jesteśmy oburzeni. A Jezus „pisze nam nasze grzechy” i czeka na nasze nawrócenie. Po co więc szukać najpierw błędów u innych, po co oskarżać i napiętnować ich wady? Poczytaj to co Jezus pisze dla ciebie. Nie doświadczysz miłosierdzia Bożego, jeśli będziesz stale twierdził, że nie masz grzechów, że jesteś zdrowy, że masz „tylko lekki katar" i że jesteś bez grzechu, to niepotrzebny ci ani lekarz, ani Boże Miłosierdzie. Spróbuj jednak zdać się na Jezusa, które jak nikt inny zna prawdę o tobie, najlepiej wie, co ci dolega i w jaki sposób uwolnić się od swojej słabości.

Poszanowanie

Piotr Blachowski

Chyba każdy doskonale pamięta czasy swojej nauki. Wiedza, którą nas karmiono, nie zawsze była najlepszym pokarmem. Z niektórymi twierdzeniami zgadzaliśmy się, ale były też takie, których nie byliśmy w stanie przyjąć. Niektóre z przedmiotów, które musieliśmy „zaliczać”, nie były nam później potrzebne. W miarę upływu czasu te sprawy stają się mało istotne. A w pamięci pozostają ci nauczyciele czy wykładowcy, którzy niezależnie od wykładanego przedmiotu potrafili swoich uczniów lub studentów nauczyć poszanowania innych.

Czy tak jest i dzisiaj? Szkół jest na pewno dużo więcej, ale czy wartości przekazywane młodemu pokoleniu są właściwe? Czy szkoła lub uczelnia uczy poszanowania wiedzy, ludzi, społeczeństwa? Kim się stajemy, jakimi ludźmi dzisiaj jesteśmy?

Brakuje nam wzajemnego poszanowania. I to nie tylko ludzi starszych, rodziców, dziadków. Brakuje nam poszanowania nawet samych siebie, co przejawia się brakiem szacunku do własnego zdrowia, a czasami i życia. Podobnie wygląda to w odniesieniu do naszego życia duchowego.

Życie duchowe to nie tylko msza niedzielna, lecz także nasze modlitwy poranne i wieczorne, przed i po posiłkach, oddawanie czci Jezusowi niesionemu do chorego przez księdza czy szafarza. To także poszanowanie, okazywanie czci i miłości innym, a przede wszystkim Bogu.

„I owszem, nawet wszystko uznaję za stratę ze względu na najwyższą wartość poznania Chrystusa Jezusa, Pana mojego. Bracia, ja nie sądzę o sobie samym, że już zdobyłem, ale to jedno [czynię]: zapominając o tym, co za mną, a wytężając siły ku temu, co przede mną, pędzę ku wyznaczonej mecie, ku nagrodzie, do jakiej Bóg wzywa w górę w Chrystusie Jezusie.” (Flp 3,8a.13-14) Jakże znamienne są te słowa św. Pawła, jakże mądre i aktualne.

Nie licytujmy się, kto z nas lepszy, godniejszy, bardziej święty. Wsłuchując się w dzisiejsze Słowo Boże, pozwólmy by ugodziło ono nasze serca i wyzwoliło nasze lepsze JA. To JA, które nie zapomina o uczciwości, godności, szacunku do innych i do siebie samego.

Łatwo innych poprawiać i krytykować, łatwo wytykać innym zło całego świata. Ale pamiętajmy, że grzeszni jesteśmy wszyscy. Więc postępujmy tak, by nie znaleźć się w sytuacji tych, którzy usłyszeli: «Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamień». A wtedy żyć będzie nam się lepiej.

Prośmy naszego Ojca, aby nauczył nas poszanowania innych i samych siebie.

Uwolnienie od kamieni

Augustyn Pelanowski OSPPE

Jezus porównał siebie do odrzuconego kamienia (Łk 20,17). Nazywając się tak, Jezus wskazuje na wszystkich tych, którzy będą idealnie pasować do Niego, jeśli tylko doznają odrzucenia. W opisie modlitwy Jezusa w Ogrodzie Oliwnym, Łukasz jakby na marginesie dodaje, że Jezus oddalił się od apostołów na odległość rzutu kamieniem (Łk 22,41). W tym miejscu zaczęło się odrzucenie Tego, który zbliżył do Ojca niebieskiego wszystkich odrzuconych. Jakiekolwiek odrzucenie cię spotka, jest ono dopasowaniem twojego istnienia do Ciała Chrystusa. Św. Piotr w swoim pierwszym liście mówi, że odrzucenie Syna Bożego przez ludzi stało się usynowieniem ludzi przez Boga, i używa symboliki kamieni odrzuconych, które, wznosząc się na pierwszym odrzuconym, stają się budowlą drogocenną w oczach Ojca (1 P 2,4-10). Chwałą Boga cieszą się ci, którzy, tak jak On, zostali odrzuceni i w Nim szukają wsparcia.

Na przykład cudzołożnica, którą Jezus uwolnił od ukamienowania, i Łazarz, którego Jezus wywołał z grobu, każąc odsunąć ogromny kamień. Chrześcijanin nie zrozumie tak naprawdę dzieła Jezusa, jeśli nie pojmie, czym jest zamiana winnych w niewinnych i jeśli nie zobaczy w sobie winy, by doświadczyć uniewinnienia. Wina, jak kamień na sercu, jest zbyt ciężka dla człowieka, by ją sam sobie mógł zrzucić. Ten ciężar unieść może tylko ktoś silniejszy niż człowiek. Rozdział 8. Ewangelii Jana zaczyna się od incydentu z cudzołożną kobieta, którą Żydzi chcieli ukamienować. Zostaje uwolniona przez Jezusa w zaskakujący sposób.

Ale później sam Jezus o mało co nie zostaje ukamienowany. W 11. rozdziale jest mowa o wywołaniu Łazarza z grobu, który był zamknięty kamieniem. Grób Jezusa również był przywalony kamieniem, ale nikt z ludzi go nie odsunął. Zarówno kobieta cudzołożna, jak i Łazarz nie mogą się sami uwolnić od ciężaru kamienia. Uwalnia ich Jezus. Kamień z grobu Jezusa nie zostaje odsunięty żadną ludzką interwencją. To wszystko aż nazbyt jasne: jesteśmy uwalniani przez Chrystusa, ale Chrystusa nikt nie wybawia, bo to On jest wybawcą! Wybawić OD zła to za mało, wybawić DO szczęścia jest pełnią.

Dlatego Apokalipsa mówi, że każdy zbawiony otrzyma biały kamień, na którym (Ap 2,17) będzie miał wypisane imię nowe, którego nikt nie zna oprócz tego, kto je otrzymuje. W starożytności białe kamienie w sądowych wyrokach były losami decydującymi o uniewinnieniu kogoś. Nazywały się TESSERA. Gdy kogoś skazywano, kule kamienne były czarne. Ale dlaczego zbawiony ma otrzymać imię nikomu nieznane? Ponieważ Imię Boga też jest nikomu tak naprawdę nieznane. Mieć imię tajemne to współuczestniczyć w Imieniu Boga. Tak właśnie Żydzi wymawiali Imię Boga: HA SZEM, czyli to WYJĄTKOWE IMIĘ! Nie znamy imienia tej kobiety, którą Jezus uwolnił, i chyba to nie jest przypadek?

Lustro dla potworów


Augustyn Pelanowski OSPPE

Jezus nie pochwalał ani uczynków syna marnotrawnego, ani czynów kobiety, która cudzołożyła. Po raz drugi podkreśla, że o wiele niebezpieczniejsze jest osądzanie grzesznika niż jego grzech. O wiele niebezpieczniejsze było zgorszenie brata syna marnotrawnego, bo pozostawiało go poza domem ojca. Równie niebezpieczne było oskarżanie cudzołożnej kobiety dla tych ludzi, którzy ją w tym potępieńczym orszaku przywiedli do Jezusa, zamierzając ukamienować.

Rzucanie kamieniami świetnie przekłada się na obraz przerzucania na kogoś własnych, ukrytych oskarżeń sumienia. Nazwalibyśmy to po łacinie proiectio. Większość mężczyzn dość łatwo posądza kobiety o to, co w nich jest ukrytym i wstydliwym problemem. Kiedy na ulicy wulgarnie określają kobietę albo w ich spojrzeniu można wyczytać słowo „dziwka”, to nie jest to niczym innym, jak tylko źle tłumionym pożądaniem. Jeśli człowiek nie chce przyznać się sam przed sobą do pewnych schorzeń sumienia, staje się to wszystko albo obsesją, albo zacznie wyciekać na powierzchnię świadomości w postaci rzutowania na inne osoby swoich stłumionych wynaturzeń, w postaci projekcji. Przypisuje się wtedy in- nym dokładnie to, czego w sobie samym nie chce się uznać. Inni stają się lustrami lub ekranami naszych wewnętrznych potworów.

Tak więc, najczęściej ci, którzy skrywają wstydliwie nawet przed samym sobą nieuporządkowanie seksualne, są najbardziej skłonni w każdej kobiecie dopatrywać się zwyczajów wprost spod latarni, czemu zwykle w zawoalowany sposób dają wyraz, maskując to ironicznym lub złośliwym uśmiechem. Pewien psychiatra powiedział mi, że mężczyźni, którzy w stosunku do kobiet nadużywają wulgarnych określeń odnoszących się do seksualności, są upokorzeni przez własną pożądliwość i zwykle poważne grzechy ukrywają w swym sumieniu. Ich sumienie jest krzywdzone, bo nie dopuszczają do siebie wyrzutów sumienia, co prowadzi do obwiniania zewnętrznych obiektów. Kiedy człowiek nie dopuszcza do siebie wyrzutów sumienia, ma już tylko jedną drogę, by dać upust wewnętrznemu napięciu: obwiniać innych. Nasza cywilizacja jest wyjątkowo wulgarna i chociaż ciągle różne grupy społeczne domagają się poszanowania kobiet, najczęściej skutek jest odwrotny, i właśnie one są ekranem zbiorowych projekcji. Coraz częściej słyszy się nawet z ust najmłodszych najstarsze przekleństwa.

Historia z kobietą, którą pochwycono na cudzołóstwie, każe nam się zastanowić, w jaki sposób owi mężczyźni przyłapali tę grzeszną kobietę? Dlaczego tak wiele trudu włożyli w przyłapanie jej in flagranti? Szczególnie nam, mężczyznom, powiedziałaby ta Ewangelia wprost w oczy: „To, o co głośno oskarżasz kobietę, zdradza to, czego skrycie od niej pragniesz!”.

Świadectwo miłości Boga


Ks. Roman Kempny

Rola proroków starotestamentalnych polegała na tym, żeby upominać, pouczać, ale także podnosić na duchu naród wybrany. Prorocy przypominali też o potrzebie okazywania wdzięczności Bogu za dobrodziejstwa, jakimi obdarzał naród. Największym spośród owych dobrodziejstw było wyprowadzenie Izraelitów z niewoli egipskiej. I o tym dobrodziejstwie wspomina dziś prorok Izajasz: „Pan otworzył drogę przez morze i ścieżkę przez potężne wody”. Wiadomo jednak, że to wydarzenie było zapowiedzią innego, jeszcze większego dobrodziejstwa jakim jest przyszłe zbawienie.

Jakże wymowna w perspektywie wyzwalającej mocy Boga jest czytana dziś Ewangelia o spotkaniu Jezusa z kobietą pochwyconą na cudzołóstwie. W krytycznej chwili oskarżyciele przyprowadzili ją przed oblicze Chrystusa. On prowadzi z grzeszną cudowny dialog, aby ukazać świętość prawa i przywrócić również szacunek dla ludzkiej godności w oczach samej niewiasty odartej ze czci.

Końcowym momentem tego dialogu są słowa: „Ja cię nie potępiam. Idź, a od tej chwili już nie grzesz”. Oto świadectwo miłości Boga. Człowiek to Boże świadectwo albo odrzuca przez antyświadectwo pychy, albo przyjmuje przez świadectwo pokornego uznania winy i skruchy. Uznanie grzechu jest początkiem prawdziwego wyzwoleniem człowieka. „Uznaję moją nieprawość” (Ps 50,5). Nie tylko „poznaję”, ale „uznaję”. To „poznanie” i „uznanie” winy dokonuje się w sanktuarium sumienia, gdzie człowiek przebywa sam z Bogiem (por. KDK, 16). Dlatego rachunek sumienia nie jest zwykłą buchalterią, lecz modlitewnym dialogiem!

W wydarzeniu opisanym przez ewangelistę Jana warto zwrócić uwagę na ten moment, w którym Chrystus wykazuje faryzeuszom konieczność rozliczenia się z własnym sumieniem: „Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamień”. Słowa te prowokują nas jeszcze bardziej do pochylenia się nad ciemnymi zakamarkami naszych serc, aby wykryć, skąd się bierze pobłażliwość dla nas samych i surowość w osądach innych? Biada nam, gdyby ostre krytyki i okrutne osądzanie postępowania bliźnich okazały się sprytną taktyką odwracania uwagi od naszej nieprawości.

Gdyby nawet oczywiste dowody dawały tytuł do wyrokowania o moralnym stanie naszych bliźnich, lepiej myśleć z pokorą, że i w nas tkwią korzenie podobnych grzechów, a sąd nad zawiłością ludzkich spraw należy do Boga. „Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. Bo takim sądem, jakim sądzicie, i was osądzą; i taką miarą, jaką wy mierzycie, wam odmierzą. Czemu to widzisz drzazgę w oku swego brata, a belki we własnym oku nie dostrzegasz? Albo jak możesz mówić swemu bratu: Pozwól, że usunę drzazgę z twego oka, gdy belka tkwi w twoim oku? Obłudniku, wyrzuć najpierw belkę ze swego oka, a wtedy przejrzysz, ażeby usunąć drzazgę z oka twego brata” (Mt 7,1-5).

Warto dziś przypomnieć słowa Ojca Świętego z Adhortacji «O pokucie i pojednaniu w dzisiejszym posłannictwie Kościoła» (9): „Ludziom współczesnym, tak wrażliwym na konkretne świadectwo życia, Kościół winien dawać przykład pojednania przede wszystkim w swoim łonie; dlatego wszyscy musimy pracować nad uspokojeniem umysłów, zmniejszeniem napięć, przezwyciężeniem podziałów, uzdrowieniem ran zadawanych sobie niekiedy wzajemnie przez braci, gdy zaostrza się różnice stanowisk w dziedzinie spraw dyskusyjnych; szukać natomiast jedności w tym, co jest podstawowe dla wiary i życia chrześcijańskiego, w myśl starożytnej maksymy: „In dubiis libertas, in necessariis unitas, in omnibus caritas” [w sprawach wątpliwych wolność, w koniecznych – jedność, we wszystkich – miłość].

Wina sędziów


Ks. Jan Dzielny

Wyjątkowo dramatyczny jest opis z dzisiejszej Ewangelii. Przyłapanie jawnogrzesznicy na „gorącym uczynku” stawia bohaterów tamtego zdarzenia w niezręcznej sytuacji. Z jednej strony - w myśl starotestamentalnego prawa - Izraelici ze spokojnym sumieniem mogli jej oddać sprawiedliwość. Za podobny czyn przewidziano w prawie karę ukamienowania. Z drugiej strony w całym tym zdarzeniu kryła się potworna niesprawiedliwość. Oto bowiem sędziowie jednocześnie byli oskarżonymi i winowajcami. Różnie próbuje się interpretować postawę Jezusa Chrystusa. Niektórzy mówią, że pisał na ziemi palcem, by odnowić zmurszałą ludzką pamięć.

Przecież ci, którzy przyprowadzili do Chrystusa grzesznicę, zupełnie zapomnieli o swoich grzechach. Wystarczyło na ziemi napisać kilka słów. Aby niektórym przypomnieć niechlubne momenty życia, Jezus posłużył się jakimś imieniem, może nazwą miejsca albo datą. Reakcja była piorunująca. Ci, którzy z wielką pewnością siebie dochodzili sprawiedliwości i w „świętym uniesieniu” domagali się kary śmierci - stopniowo opuszczali tę dziwną salę sądową. Prokuratorzy zaczynali kruszeć.

W Biblii wiele jest miejsc, które wytykają faryzeizm i obłudę. Szczególnie Nowy Testament w osobie Chrystusa wytyka zakłamanie i hipokryzję osób Mu współczesnych.

W historii z dzisiejszej Ewangelii - paradoksalnie - nie tylko chodzi o obronę tej biednej kobiety. Na pierwszy rzut oka rzuca się taki właśnie wniosek: Chrystus lituje się nad nią i ratuje jej reputację za pomocą sprytnej sztuczki. Jednak w gruncie rzeczy - może nawet bardziej niżby się zdawało - Zbawicielowi chodzi o tych biednych ludzi. Jeśli kogoś ratuje - to w większym stopniu ich zatracone dusze niż jej. Przecież ona znała ciężar swojej winy. Musiała żałować, skoro wyszła zwycięsko z tej przedziwnej konfrontacji - usłyszała zbawienne słowa: idź i nie grzesz więcej. Być może w swym sercu wzbudziła oczyszczający akt żalu już wtedy, kiedy ją złapali.

Inaczej było ze „strażnikami sprawiedliwości”. Oni nie mieliby szans na przejrzenie, gdyby nie Boska pedagogia. Zachowywali się jak typowi tropiciele zła: nie dlatego wytykali nieprawość, że się nią brzydzili, ale dlatego, że tak było wygodniej. Dzięki swemu zacietrzewieniu odwracali swój wzrok ku słabości innych i mieli spokój sumienia. Nie musieli się zajmować swoimi grzechami.

W historii aż roi się od reformatorów Kościoła. Niektórzy byli bardzo gorliwi w swej ozdrowieńczej pasji. Jednak naprawdę zasłużyli się ci, którzy przetrwali do współczesności. Ich owoc się nie zepsuł. W tym miejscu warto przypomnieć postawę św. Franciszka z Asyżu. On także usłyszał słowa: odbuduj mój Kościół. W odpowiedzi nie krytykował zapamiętale, ale zaczął od siebie i swoich braci.

Tekst Ewangelii o cudzołożnicy nie powinien także zamykać oczu na grzech innych. Byłoby nieporozumieniem uciekać przed hipokryzją do granic kompromisu ze złem. Każdy chrześcijanin w sumieniu może dostrzec takie sytuacje, w których nie można pozostawać biernym. Warto przypomnieć sobie ewangeliczne wskazania na ten temat. Chrystus zachęcał, by upominać, zanim się doniesie Kościołowi.

Przy rozstrzyganiu codziennych dylematów, jak zachować się wobec słabości i grzechów wokół siebie, warto uwzględnić starożytną zasadę: Cokolwiek czynisz, patrz końca. Mamy prawo reagować, ale u podstaw naszego działania nie może chodzić o niecne intencje. Dobro Kościoła i osobiste korzyści bliźnich są najważniejsze.