Współczesny Zacheusz

Elzbieta Krzewińska

dodane 19.12.2009 14:46

Podczas gdy spokojnie siedział w bazylice, usłyszał wyraźny, charakterystyczny głos żeński, który pytał: „Dlaczego mnie ranisz?”

Współczesny Zacheusz

John Bruchalski wychował się w tradycyjnej katolickiej rodzinie, w której codziennie odmawiano różaniec i przynajmniej raz w tygodniu uczestniczono we Mszy św. John był również ministrantem. A jednak wychowanie, które otrzymał w domu, nie uchroniło go od podjęcia decyzji o zabijaniu nienarodzonych dzieci. Jak sam tłumaczy, były ku temu dwa powody: brak dobrego wychowania katolickiego, a poza tym samo wychowanie to za mało. W życiu Johna zabrakło rozumienia swojej wiary jako czegoś, co dotyka serca, co daje osobistą więź z żywą obecnością ukrzyżowanego i zmartwychwstałego Jezusa Chrystusa. Religia była dla Johna przedmiotem badań. Poznawał religie świata, starając się zrozumieć w szczególności religie Wschodu. Spotkał się z podejściem do „zrozumienia” cudów Chrystusa jako czegoś, co było tylko psychicznie odczuwane przez tłumy, a nie było prawdziwymi cudami. Ponadto dowiedział się o prymacie sumienia. Po ukończeniu szkoły opuszczał ją wierząc, że cokolwiek uważa za dobre, czyste, to jest takie, jeśli jego sumienie się z tym zgadza. A sumienie może zgodzić się ze wszystkim. I jego sumienie przez długi czas nie było zaniepokojone wykonywanymi aborcjami, sterylizacjami, zapewnianiem szerokiego wachlarza środków antykoncepcyjnych.

John Bruchalski podkreśla w przeprowadzanych z nim wywiadach, że nie rozumiał wtedy, że jako osoba wierząca ma dążyć do prawdy i ma chcieć jej szukać w Piśmie Świętym i Katechizmie, że trzeba sprawdzać tła różnych wyborów. W sprawie aborcji powinien pytać, czy już wtedy obecne jest życie ludzkie i co mówi na ten temat Kościół Katolicki. A w razie jakiś wątpliwości trzeba szukać odpowiedzi na modlitwie i w rozmowie z przyjaciółmi i ludźmi, których się zna i ceni. Tylko że i wtedy istnieje niebezpieczeństwo, że zakwestionowanie przez taką osobę nauczania Kościoła może skazić sumienie, wypaczyć je. John Bruchalski dokonywał aborcji i promował stosowanie środków antykoncepcyjnych, bo był głęboko przekonany, że pomaga w ten sposób kobietom.

Dopiero jego zawodowe doświadczenie sprawiło, że zmienił się sposób jego myślenia. W klinice, w której pracował, nie widział nic oprócz problemów zdrowotnych i osobistych nieszczęść, spowodowanych przez powszechne pozamałżeńskie stosunki seksualne i złamane, chore relacje. Wszystkie religie uznawał wówczas za tak samo równorzędne.

W tym samym czasie John Bruchalski zaczął brać udział w Zgromadzeniu Kościoła Bożego, które wspierało lokalne centrum ciąży. Zobaczył tam ludzi, którzy się modlą i mówią innym, że dużo zdrowiej jest pozostawać w czystości, odroczyć stosunki seksualne do czasu trwałego, wyłącznego i całkowitego daru z siebie.

Działo się to w 1980 roku. Opublikowano „Teologię ciała” i nowy Katechizm, a wielu naprawdę dobrych apologetów, np. Scott Hahn, zaczęło przedstawiać jaśniej, bardziej osobiście prawdziwe nauczanie wiary.
 

W 1987 roku John Bruchalski wybrał się z wizytą do przyjaciela, kapłana, do Meksyku, by mu pomóc. Odwiedził wtedy sanktuarium maryjne w Guadelupe, podchodząc do tego jak do badań socjologicznych: znał to sanktuarium jako centralne doświadczenie narodu meksykańskiego. Sam podkreśla, że nie był w żaden sposób przygotowany na to, co się wydarzyło.

Podczas gdy spokojnie siedział w bazylice, usłyszał wyraźny, charakterystyczny głoś żeński, który pytał: „Dlaczego mnie ranisz?” John rozejrzał się, aby zobaczyć, kto to mówi. Ale obok nie było żadnej kobiety ani żadnej osoby, mówiącej po angielsku. - To był wewnętrzny głos, głos kobiecy. Pełen miłości, pozbawiony gróźb. Nie do końca zrozumiałem wtedy przesłanie. Dotarło ono do mnie dopiero po latach – opowiada.

Po tym wydarzeniu nadal pracował w klinice in vitro, która prowadziła również badania nad rozwojem antykoncepcji. Później razem ze swoją matką pojechał na pielgrzymkę do Medjugorje, małego miasteczka w Bośni i Hercegowinie, gdzie rzekomo ma się zjawiać Matka Boża. - Tam charakter tego co robię stał się dla mnie zupełnie jasny – mówi. Wtedy właśnie zaczęło się jego nawrócenie. - Jezus spojrzał na moją przeszłość i obdarzył mnie swoim Miłosierdziem – opowiada na stronie internetowej organizatorów Kongresu Miłosierdzia, który odbył się w listopadzie br. w Waszyngtonie.

Od tego czasu Bruchalski stał się głosicielem Bożego przebaczenia. - Każdy może doświadczyć Miłosierdzia Bożego – twierdzi i poleca do czytania Dzienniczek św. Faustyny, a do odmawiania koronkę. - Trzeba to podkreślać, bo społeczeństwo znajduje się w pomyjach. Gdzie nie spojrzeć tam pesymizm, relatywizm i cynizm – ocenia lekarz. - Koronka do Bożego Miłosierdzia jest dla mnie tak ważna. Muszę ją odmawiać ciągle, bym wierzył – dodaje. Przypomina, że gdy dorastał w polskiej rodzinie w New Jersey, każdego ranka odmawiano dziesiątek różańca za nawrócenie Rosji. Pamięta także, że modlono się również słowami „Jezu, ufam Tobie!”.
- Zawsze wierzyłem, że wiara i działanie powinny iść ze sobą w parze. Po latach wróciłem do wiary katolickiej. Gdy próbujesz oddać życie Chrystusowi w coraz radykalniejszy sposób, przemiana serca dokonuje się poprzez słowa: Jezu, ufam Tobie. To wezwanie określa dla mnie wszystko, co chciałem robić w moim życiu osobistym i zawodowym – podkreśla Bruchalski.

John Bruchalski jako prezes zarządu organizacji non-profit Divine Mercy Care wspiera powstawanie aptek, w których pracują farmaceuci, którzy odmawiają sprzedaży np. pigułek poronnych ze względu na sprzeciw sumienia wobec aborcji. Jednym z głównych celów DMC jest niesienie pomocy potrzebującym, nieubezpieczonym pacjentom.
 

Organizacja prowadzi także Centrum Rodziny Tepeyac, które John Bruchalski w 1994 r. założył w Wirginii. Nazwa odnosi się do przełomowego momentu w jego życiu. Tepeyac to miejsce, w którym św. Juanowi Diego objawiła się Matka Boża z Guadelupe. Lekarz zdaje sobie sprawę, że kobiety boją się „niechcianej ciąży”, sięgają po antykoncepcję obawiając się, czy starczy funduszy na wychowanie dziecka, a politycy boją „przeludnienia”. - Jezu ufam Tobie. To jedyna odpowiedź na te zjawiska – stwierdza. - Nauka i technologia przynoszą postęp, ale nie dają odkupienia, które może dać tylko Chrystus – dodaje. Centrum Rodziny Tepeyac to centrum ginekologiczno-położnicze, zajmujące się promocją naturalnego planowania rodziny, zamiast antykoncepcji, sterylizacji i aborcji. Placówka leczy ludzi, wykorzystując najnowsze zdobycze medycyny i odwołując się do wiary chrześcijańskiej.

Dzięki swojemu doświadczeniu lekarz zrozumiał też, dlaczego należy walczyć z FOCA – Freedem of Choice Act (Ustawa wolności wyboru). Jego zdaniem, to nie jest wolność, to nie jest wybór. To jest zmuszanie specjalistów medycznych do odwrócenia się od wiary i sumienia w celu świadczenia usług, które rząd uzna za stosowne.

Zdaniem Johna Bruchalski, walczyć z tą ustawą należy na trzy sposoby:

  1. należy szturmować niebo modlitwą i postem; należy czytać i studiować Pismo Święte, gdyż ono przyczynia się do prawidłowego formowania sumienia. Każdy chrześcijanin winien się modlić, by dowiedzieć się, co robić i jak wykorzystać mądrość Kościoła Katolickiego
  2. należy pracować z drugim człowiekiem, osobiście i bezpośrednio, aby pomóc mu zmienić swoje serce
  3. należy wspierać ustawodawców i pracowników opieki medycznej, którzy opowiadają się za życiem – lekarzy, farmaceutów, pielęgniarki, którzy chcą integrować swoją wiarę i swoją pracę.
    John Bruchalski podkreśla, że odnowienie opieki zdrowotnej wymaga czegoś więcej, niż zapewnienie jej powszechności i obniżenie kosztów. Trzeba promować godność osoby ludzkiej. W dziedzinie medycyny nie można zostawić swojej wiary za drzwiami. Jego zdaniem mądrość Magisterium Kościoła jest odpowiedzią nie tylko na kryzys w ochronie zdrowia, ale i odpowiedzią na wstręt, pesymizm i cynizm dostawców usług i pacjentów. To też możliwość dla nas, by stawać się świętymi.



Powiadam wam: Tak samo w niebie większa będzie radość z jednego grzesznika, który się nawraca, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, którzy nie potrzebują nawrócenia( Łk 15,7).


 

Tagi: