Chrzest dla dorosłego

Przemysław Kucharczak/Gość Niedzielny

dodane 22.03.2011 23:00

Mama Bogusi odeszła od wiary. Rodzice Dawida nie ochrzcili go, bo „po co ci to w życiu potrzebne?”. Krzysztof był ateistą. Rok temu Bogusława, Krzysztof i Dawid przyjęli chrzest jako dorośli.

Magda i Krzysiek Pasterski Henryk Przondzio/Agencja GN Magda i Krzysiek Pasterski

Chrzty dorosłych dokonują się w całym kraju w noc Wigilii Paschalnej. W 2007 r. w Polsce przyjęło chrzest ponad 3,5 tys. osób powyżej siódmego roku życia, na ponad 366 tys. chrztów ogółem. Dorośli przyjmujący chrzest nieraz dostrzegają w Kościele piękno, które katolicy „od dziecka” przeoczają. Nie zakłócaliśmy przygotowań osób, które teraz przyjmują chrzest. Porozmawialiśmy z katolikami, którzy przez chrzest weszli do Kościoła w Wielkanoc rok temu.

Łucja ratuje Dawida


33-letni Dawid Zuber z Zabrza jest ślusarzem. Pytał kiedyś rodziców, dlaczego go nie ochrzcili. „A po co ci to w życiu potrzebne?” – usłyszał tylko. – Właściwie zawsze w Boga wierzyłem, ale nikt mi nie potrafił przybliżyć, kim On jest, co znaczy ta Jego miłość – tłumaczy. Dziwnie się czuł, kiedy wchodził do kościoła, gdzie wszyscy szli do Komunii, a on nie miał prawa. Zastanawiał się, dlaczego niby chrzest jest tak ważny, co ludzie takiego w nim widzą. – W moim wieku pytanie o to znajomych jest jednak dosyć niezręczne – mówi. O tym, że nie jest ochrzczony, powiedział swojej dziewczynie, Łucji, która dzisiaj jest już jego narzeczoną. Była zaskoczona. Choć nie planowali jeszcze ślubu, zaproponowała: a może przygotujesz się do chrztu, tak po prostu dla siebie? Dla siebie? To jest myśl. Dawid wybrał się na spotkanie kandydatów do chrztu w parafii Chrystusa Króla w Gliwicach. – Lęk był. Ale ku mojemu zaskoczeniu, była fajna atmosfera, jakbym tych ludzi od zawsze znał. Zadawałem księżom dużo pytań i słuchałem. Katarzyna i jej mąż Janusz wprowadzali nas w czytanie Biblii. Pytali, jak ją rozumiemy i dogłębnie nam wszystko wyjaśniali. Jeśli ktoś tam przyszedł, żeby zrozumieć chrześcijaństwo, a nie tylko dla uzyskania papierka z pieczątką, naprawdę coś wielkiego przeżył – mówi. Zanim poznał Łucję, był z inną dziewczyną, dla której wiara nie była zbyt ważna. Uważa, że poznanie Łucji było dla niego błogosławieństwem. – Bez niej sprawę chrztu pewnie wiecznie odkładałbym na później. Albo podszedłbym do chrztu tylko po to, żeby zdobyć papierek – mówi. – Wszystko jest w rękach Boga. On nam daje możliwość wyboru drogi do szczęścia, tylko człowiek tego często nie dostrzega. Mamy tendencję do wybierania własnych skrótów – mówi.

Mężczyzna się modli


Rok temu, przed chrztem w gliwickiej katedrze, Dawid przeżył dziwny stan lęku. Nic podobnego go w życiu nie spotkało. Nie umiał skupić myśli, drżał, pociły mu się ręce, chwilami walczył z sobą, żeby nie wyjść. Czas zdawał się stać w miejscu. „Dawid, tylko mi nie zemdlej” – szeptał mu jego ojciec chrzestny. Może w niewidzianej przez nas rzeczywistości toczyła się walka o jego duszę? – Do moich wewnętrznych cudów mogę zaliczyć fakt, że w chwili, kiedy ksiądz oblał mnie wodą święconą, wszystko to przeszło mi jak ręką odjął. Następne sakramenty, Komunia i bierzmowanie, minęły mi już bardzo szybko – wspomina. – Bardzo to przeżyłem. Z jednej strony czułem wdzięczność do rodziców, bo jako dorosły chrześcijaństwo przyjąłem świadomie, z drugiej strony żałowałem, że to się stało dopiero teraz – mówi. Łucja mówi czasem Dawidowi, że chrzest i przygotowanie do niego bardzo go zmieniły, wyciszyły. – Widzę, że znalazłem kilka odpowiedzi. Praktycznie codziennie przed snem rozmawiam sobie z Panem Bogiem. Ale nie tak, że czegoś od Niego żądam. Ludzie, którzy zarzucają Boga żądaniami, nie pomyślą, że może Pan Bóg chce też czegoś od ciebie? Trzeba Bogu coś od siebie dać, swoją miłość. Trzeba dążyć, żeby Go zrozumieć – mówi.

Córka żołnierza


Jasnowłosa Bogusława Romanowska, sympatyczna, uśmiechnięta pracowniczka laboratorium w Śląskim Uniwersytecie Medycznym w Zabrzu, przyjmowała chrzest z Dawidem. – Obrzędy w katedrze zaczęły się o godz. 11 w nocy, to była piękna uroczystość – wspomina. – Przedtem, przez pół roku przygotowywałam się do chrztu. Brakuje mi teraz tych spotkań. Było nas ok. 10 osób, w większości młodszych ode mnie. Ale okazuje się, że można się pojednać z Bogiem w każdym wieku – uśmiecha się. Zaproszenie do wspólnoty Kościoła zawdzięcza koleżance z pracy, która powiedziała: „Bogusia, w Gliwicach jest takie miejsce, gdzie przygotowują dorosłych do chrztu. Może tam pochodzisz, sprawdzisz?”. Sprawdziła i została. Ojciec Bogusi był żołnierzem. W PRL-u władze nie pozwalały zawodowym żołnierzom na praktyki religijne. Wielu z nich chrzciło dzieci potajemnie. O chrzest Bogusi, nawet potajemny, jej rodzice jednak nie poprosili. – Mama była z wierzącej rodziny, jednak pod naciskiem władz odeszła od religii – ocenia dziś Bogusława. Ostatecznie Bogusię ochrzciła jej ciocia. Chociaż więc Bóg zmazał grzech pierworodny Bogusławy i otworzył jej drzwi wspólnoty Kościoła, nic o tym nie wiedzieli księża. Fakt chrztu nie został zarejestrowany w parafialnych księgach.

Mijały lata. Inne dzieci chodziły do kościoła i przystępowały do sakramentów. Dla Bogusi to był obcy świat. Kościół nic nie wiedział o jej chrzcie, dziewczynka nie przyjęła też kolejnych sakramentów. – Dlatego też nie wzięłam ślubu kościelnego. Mimo że mój mąż Heniek pochodził z bardzo wierzącej rodziny. Kiedy zmarł w 1993 roku, było mi tak strasznie przykro, że nie mogę wyprowadzić jego zwłok z kościoła. To była jedna z chwil, kiedy bardzo chciałam uporządkować swoje życie – mówi. Bogusia mimo wszystko przez całe życie wierzyła w Boga. Na górskich wycieczkach wstępowała do drewnianych kościołów i modliła się po cichu. Kiedy jej córki przygotowywały się do Pierwszej Komunii Świętej, czytała im zadane teksty o Jezusie. – I ja w to wszystko wierzyłam – zapewnia. Przed laty podjęła zresztą jedną próbę uregulowania swojego stosunku do Kościoła. Kiedy jej starsza córka szła do Pierwszej Komunii, była zdecydowana zawrzeć ze swoim „cywilnym” mężem Heńkiem ślub w kościele. Poszła do proboszcza i opowiedziała, że we wczesnym dzieciństwie ochrzciła ją ciocia.

„To proszę przyprowadzić świadka chrztu” – odpowiedział ksiądz. – Niestety, nie mogłam cioci przyprowadzić, bo była już wtedy chora. Myślałam, że skoro zmarnowałam swoją szansę w młodości, to do końca życia już tak będzie, że nie będę miała prawa do pełnego uczestniczenia w życiu Kościoła. Dopiero później okazało się, że nikt mi drogi wcale nie zamyka. W czasie Pierwszej Komunii córki chyba zabrakło kogoś, kto by mi jakoś podał rękę i wytłumaczył to – wspomina. Bogusława tkwiła więc latami na zewnątrz Kościoła, chociaż wierzyła. Patrzyła z boku, jak jej córki, dziewczyny głęboko wierzące, przyjmowały kolejne sakramenty. Nieraz prosiła Boga o siłę. Doświadczała wtedy, że Bóg jej w tych sytuacjach odpowiada, naprawdę dając jej siły, dzięki którym dawała sobie radę z życiowymi przeciwnościami. Mówi, że podczas przygotowań do chrztu księża Artur i Krzysztof stworzyli ciepłą atmosferę. – Nikt tam niczego nie narzucał. Brało się Pismo Święte, ksiądz mówił: „Bogusia, przeczytaj od wersetu tego do tego”. Czytaliśmy, a potem omawialiśmy, co miał na myśli Ewangelista. Każdy mówił, jak ten werset rozumie, nie mógł myśleć o niebieskich migdałach – śmieje się.

Jej obrzędy chrzcielne, Komunia i bierzmowanie odbyły się w Wigilię Paschalną zeszłego roku. – Z emocji do rana nie mogłam zasnąć. Zrobiło mi się bardzo lekko na duszy – mówi. – Ciągle mam wiele pytań. Przecież katolik też do końca nie wie, jak to jest z Panem Bogiem. Jednak moje poglądy zostały uporządkowane. Czuję się spełniona. Uważam, że niewierzący w Boga są ubodzy. Nie mają choćby rachunku sumienia i modlitwy, która poza wszystkim innym, pozwala się zatrzymać w tym życiowym pędzie. Mówię teraz: „Panie Boże, przebacz mi to czy to, Panie Boże, dziękuję Ci, że przeżyłam ten dzień tak i tak”. Ciekawe, że przez tę rozmowę z Bogiem człowiek ma też szansę uporządkować swoje myśli – wyjaśnia. Bogusia ma dziś dwóch małych wnuków, wkrótce ma urodzić się wnuczka. W jej życiu jest też przyjaciel. Nie ma przeszkód, żeby w przyszłości zawrzeć ślub przed Bogiem. – Pewnie jest sporo ludzi w takiej sytuacji, w jakiej ja byłam. Chcę im powiedzieć: wiek nie jest przeszkodą w przyjęciu chrztu. Można się pojednać z Bogiem w każdym wieku – mówi.

Bóg woła ateistę


Krzysztofa Pasterskiego z Krakowa Bóg zaprosił do Kościoła w zupełnie inny sposób. 34-letni dziś Krzysztof, pracownik fabryki mebli, jeszcze przed dwoma laty był zadeklarowanym ateistą. – Widziałem, jak moja dziewczyna Magda jeździła do sanktuarium w Łagiewnikach. Nawet jak wyjeżdżała w złym humorze, to wracała jakaś inna. Spokojna, uśmiechnięta. Pytałem ją, dlaczego, a ona na to, że jej to sprawia frajdę, że ma swoją Matkę Bożą. Zaczęło mnie to powoli wciągać, interesować. Na początku od strony naukowej – śmieje się Krzysztof. Postanowili z Magdą się pobrać. Poszli do księdza. Powiedzieli, że ona jest wierząca, ale on nie. Ksiądz wyjaśnił im, że mimo to mogą wziąć ślub w kościele. Ale że jest i taka możliwość, żeby Krzysztof przygotował się do chrztu.

Krzysztof, nieco zaintrygowany postawą Magdy, postanowił spróbować. Trafił do ośrodka dla katechumenów (kandydatów do chrztu) przy krakowskim kościele św. Marka Ewangelisty. Prowadzą go siostry jadwiżanki. – Bałem się, że siostry będą nawiedzone i bez przerwy powtarzające: Bóg, Bóg. Wtedy bym uciekł – śmieje się. – Ale było inaczej. Przeszło godzinę rozmawiałem z siostrą Alicją. Bardzo interesująca rozmowa. Powiedziała mi, że w czasie przygotowania nie będę miał czasu na nic innego, ale że warto spróbować. No i rzeczywiście, przychodziłem tu po pracy nawet pięć razy w tygodniu, a wracałem do domu nawet o godz. 21, o 22. Z tym, że okazało się, że im więcej czasu tu spędzałem, tym więcej czasu miałem. Taka dziwna odwrotność – wspomina. Z początku rozmawiał z siostrą Agnieszką. – Podeszła do mnie jak do dziecka. Opowiedziałem jej całe moje życie, ona mi opowiedziała całe życie Jezusa. Poprosiła, żebym spisał na kartce swoje życiowe błędy – wspomina. Kartka szybko się zapełniła. Droga Krzysztofa do chrześcijaństwa była kręta.

Krzysztof pochodzi z Warszawy. – W mojej rodzinie nikt nie chodził do kościoła, nikt się nie modlił. Ojca nigdy nie znałem, w domu byli tylko wujkowie – wspomina. W dzieciństwie nie został ochrzczony. Mama nie przejmowała się religią, choć sama miała chrzest. Tylko babcia, kiedy odwiedzała Krzysztofa i jego pięciu przyrodnich braci, zabierała chłopców do kościoła. – Później babcia zmarła i już nie miał kto z nami chodzić. W domu nie było krzyża, nawet w Wigilię nikt nie śpiewał kolęd – mówi. Kiedy chłopak miał 12 lat, jego mama zmarła. Obraził się wtedy na Pana Boga. Odtąd wychowywał go najstarszy brat. I ulica. Nauczył się na niej sobie radzić, umiał robić użytek z pięści. – Kiedy skończyłem 18 lat, wyjechałem. Jeździłem po Polsce i Niemczech. Pędziłem życie kawalera... Młody, robi, co chce, żadnych zakazów. To nie było dobre. Jak wróciłem do Warszawy trzy lata później, już nie miałem gdzie mieszkać, bo brat mnie wymeldował. Spałem z jednym z braci po klatkach schodowych, aż w końcu wylądowaliśmy w „Markocie” u Kotańskiego – wspomina.

Krzysztof uważał się wtedy za ateistę. Jednak kiedy poczuł, że upadł na dno, kilka razy się pomodlił. Poprosił Boga, żeby go z tego bagna wyrwał. Po roku usamodzielnił się, wynajął mieszkanie. Związał się z kobietą, rozwódką z dzieckiem. Kiedy ich konkubinat się rozleciał, Krzysztof znów osunął się w alkohol i narkotyki. Uratował go następny związek, z Magdą. – Ale ja też nie byłam w porządku wobec Pana Boga. Bo słyszę, że Krzysiek opowiada o mnie jak o świętej – zastrzega Magda, blondynka siedząca obok. – Może dzięki temu tak dobrze się rozumiałam z Krzyśkiem, że oboje robiliśmy podobne błędy. Na szczęście dzięki temu, że rodzice wychowali mnie w wierze, wiedziałam, gdzie szukać pomocy. Pewnego razu powiedziałam: „Matko Boża, Ty zrób coś z moim Krzyśkiem, bo ja już nie mam siły”. A kiedy później Krzysiek już przygotowywał się do chrztu, tak naprawdę ja odkrywałam piękno chrześcijaństwa razem z nim – mówi. – No tak, nie byliśmy wtedy w porządku wobec Boga, bo żyliśmy ze sobą – dodaje Krzysztof. – Siostra powiedziała nam w pewnym momencie, że trzeba przestać ze sobą spać. Więc powiedzieliśmy: dość. Ciężko było. Wcześniej myślałem, że mnie na to nie stać – mówi. Magda twierdzi, że następne pół roku było tak, jak w książkach: odkryli swoje emocje, bardziej się nawzajem zrozumieli.

Po pół roku nadszedł dzień chrztu. – Samego momentu chrztu z nerwów nie pamiętam. Poza tym, że ksiądz Stanisław wylał na mnie cały dzbanek wody święconej – śmieje się Krzysztof. – To, co robiłem przez 33 lata przed chrztem, wydaje mi się dzisiaj strasznie puste. Nie potrafiłem wtedy żyć. Teraz się sobie dziwię, jak ja te lata spędziłem – wspomina. Dodaje jednak, że z drugiej strony piękne było, że przyjął chrzest bardzo świadomie. I że w jego życiu tak chyba miało być. – Nigdy nie miałem ojca. A na chrzcie dostałem od razu dwóch: chrzestnego i Tego w niebie – mówi. – Chrzestny Jan jest zresztą teraz moim teściem, a chrzestna Anna teściową, bo tydzień po chrzcie wziąłem w kościele ślub z ich córką, Magdą – śmieje się. Co najbardziej zaskoczyło Krzysztofa w chrześcijaństwie? Zastanawia się przez moment. – Umiejętność wybaczania. Łatwość wybaczania i zapominania o złym. Kiedyś wydawało mi się to niemożliwe – mówi poważnie. Lekarze nie dawali Magdzie nadziei na dziecko, bo kiedyś przeszła bardzo ciężki wypadek. Mimo to zaraz po ślubie poczęło się ich dziecko. Dzisiaj Szymon ma już ponad dwa miesiące. Rośnie zdrowo. Przez szczebelki łóżeczka widzi, jak jego rodzice codziennie wieczorem razem się modlą.