Przemienienie

Przebóstwienie, Transfiguracja, Przemienienie – wydarzenie na górze Tabor wymyka się słowom.

Reklama

Na początku to tylko góra – wysoka, osobna. Ewangelie nie wspominają jej nazwy. Dopiero później zostanie zlokalizowana jako Tabor, ale zrobi to już Orygenes w III wieku. Najważniejsza jest zatem ta enigmatyczność: wysoka, osobna. Z takim położeniem może znajdować się wszędzie, a ja wchodzę na nią codziennie, nie zdając sobie z tego sprawy. Przemienienie bardzo przyciąga uwagę. Wyczuwa się, że dzieje się coś bardzo ważnego, coś wręcz intymnego, a ja mogę się do tego zbliżyć. A jednocześnie jest to poza moim zasięgiem. Intymność tej sceny nie jest jakimś frywolnym obnażeniem, tu trzeba rozgryzać słowa, aby poznać ich smak.

Światła Taboru

W Przemienieniu to nie Jezus działa, ale coś dzieje się z Nim. Zazwyczaj to Jezus coś czyni – uzdrawia, naucza, wskrzesza. A na Taborze jest odwrotnie. To moment podobny do narodzin i do chrztu, do śmierci i zmartwychwstania. Przemienienie dokonuje się w momencie, gdy Jezus się modli. Apostołowie patrzyli wielokrotnie na Mistrza, ucząc się od Niego szkoły modlitwy. Nie pada tu jednak ani jedno słowo z Jego ust. Żadnego pouczenia, przepisu, regulaminu. Jest tylko Jego twarz, która zajaśniała jak słońce (por. Mt 17,2). W tym jest wyrażone naprawdę wszystko. Jezus nie „odgrywa” swojej roli, nie „aktorzy”. Jest sobą. Jest szczęśliwy. Prawdziwy. Przemienienie jest Jego, nikt nie może Mu tego odebrać ani podrobić.

Widzę Go zachwycająco wolnym. Daleko, daleko poza zasięgiem słów, pędzla i partytury. Przypuszczam, że podczas każdej modlitwy wchodzimy na nasz własny mały Tabor. Jezus doświadcza przebóstwienia podczas modlitwy i coś podobnego, we właściwej nam skali, dzieje się z nami. Kontemplacja, ta spokojna, cicha i samotna modlitwa, znajduje w tradycji chrześcijańskiej podwójne tłumaczenie. W starożytności mówiono „kontemplować tak jak w zwierciadle”, zaś w czasach późniejszych używano zwrotu „odbijać tak jak w zwierciadle”. Zwierciadło nie jest oknem, przez które można patrzeć w dal, aż po horyzont. W zwierciadle patrzy się w głębię tego, co już jest. Dlatego mówiąc o kontemplacji, zwraca się uwagę na jej podwójny wymiar. Po pierwsze to sam Chrystus jest zwierciadłem, w którym kontemplujemy chwałę Bożą. Po drugie to ja jestem zwierciadłem, które kierując się w stronę Jezusa, odbija chwałę Boga. Podobnie jak z Przemienieniem, na modlitwie nie dodaję nic od siebie, to ze mną coś się dzieje. Wyostrza się mój biedny wzrok, poprawia się jakość widzenia. Słowem, widzi się, ot tak, po prostu. Odbijam to, co kontempluję. Albo jeszcze dalej, mocniej, konkretniej: staję się tym, co kontempluję. Jeszcze święci, łapiąc coś z tej częstotliwości światła, próbują to zapisać. Jan Chryzostom pyta: „Co oznacza »przemienił się«? Że objawił coś ze swej boskości i ukazał apostołom Boga, który mieszkał w Jego ciele”.

Ja, ikona

Chrześcijański Wschód przeżywa Przemienienie z większą wrażliwością – wspomnienie to ma swój dzień przedświąteczny i sześć dni poświątecznych. Również dla piszących ikony wydarzenie na górze Tabor jest niezwykle ważne, staje się jakby bramą, przez którą należy przejść. Ikona Przemienienia jest pierwszą, którą musi namalować ikonopis. Jest ona ikoną ikon, matką wszystkich późniejszych, tu bowiem zaczyna się widzieć. Od niej zaczyna się ten konieczny sprawdzian, test powołania ikonopisa: czy odbijam światło Taboru? Każda ikona jest przecież oknem, które pozwala zajrzeć na Drugą Stronę, obrazem, który pomaga zobaczyć niewidzialne. Pisanie (malowanie) ikony poprzedza okres postu, medytacji. Nie tworzy się przecież ikon całkowicie nowych, w zaskakujących proporcjach czy ustawieniach postaci. Raczej malując wciąż tę samą scenę, zgodnie z kanonami, uporczywie wpatruje się, wytęża wzrok na nieskończoność. Nie ma mowy o kopiowaniu, o naśladowaniu, tu tworzy się świadomie, raz jeszcze, na nowo, patrząc w światło. Blask Taboru błyskawicznie obnaża wszelkie popisywanie się, pozerstwo, dewocję. Od ikon, gdzie więcej ikonopisa niż Chrystusa, bije jakaś nienaturalność. Są może i ładne, ale nie sposób się przy nich modlić. Wśród teologów istnieje dyskusja ciągnąca się od wieków: co jest w nas obrazem, a co podobieństwem, na które zostaliśmy stworzeni? Pośród wielu koncepcji najbardziej podoba mi się ta, która mówi, że człowiek uświęca się przez to, kim już jest z woli Bożej, nosząc w sobie niezniszczalny obraz Boży, a także przez łaskę i ożywczą działalność Ducha Świętego, które prowadzą go do upodobnienia się do Boga. Takie ujęcie pozwala zobaczyć człowieka jako integralną całość ciała i duszy, które jednako poznają Boga. Jakie to ma dla nas znaczenie? Ni mniej, ni więcej, tylko takie, że to ja jestem ikoną (przez którą patrzy na mnie Bóg), że moje całe życie staje twarzą w Twarz. Spełnienie następuje wtedy, gdy na podobieństwie odkształci się obraz, gdy kopia zjednoczy się z oryginałem.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    « » Grudzień 2017
    N P W Ś C P S
    26 27 28 29 30 1 2
    3 4 5 6 7 8 9
    10 11 12 13 14 15 16
    17 18 19 20 21 22 23
    24 25 26 27 28 29 30
    31 1 2 3 4 5 6

    Reklama

    Pobieranie...

    Reklama