4 tydzień zwykły (2005)

Przeczytaj i rozważ

Reklama

4. Niedziela zwykła A


Błogosławieni – podwójnie szczęśliwi (So 2,3;3,12-13; Ps 146; 1 Kor 1,26-31; Mt 5,12a; Mt 5,1-12a)

Błogosławieni ubodzy. Błogosławieni płaczący. Błogosławieni cisi, miłosierni, łaknący sprawiedliwości... W ciszy kościoła, wśród tych, którzy tak jak ja przyszli spotkać Chrystusa podczas niedzielnej Eucharystii, Jego słowa przypominają mi prawdy tak oczywiste, a jednocześnie tak bardzo pogardzane. Nikt nie chce przegrywać. Nikt nie chce być zepchnięty na margines. W modzie jest dziś – jak zawsze – być kimś. Mieć ważne stanowisko, sporo pieniędzy, cieszyć się szacunkiem otoczenia. A jednak kiedy słucham słów Mistrza wypowiedzianych dwa tysiące lat temu, przypominam sobie, że można być kimś zupełnie inaczej. Na przekór modom. W wierności prawdzie.

Bo co z tego, że muszę liczyć każdy grosz, jeśli do mnie należy królestwo niebieskie? Co z tego, że dziś, z powodu zbyt słabych łokci, wcale się nie liczę, skoro posiądę kiedyś na własność ziemię? Ktoś kiedyś otrze moje łzy. Ktoś kiedyś wymierzy sprawiedliwość moim krzywdzicielom. Mogę wybaczać i wtedy tym samym odpłaci mi dobry Bóg. Mogę parząc czystym sercem nie doszukiwać się w innych zła, by kiedyś zobaczyć Boga. Mogę z uśmiechem godzić zwaśnionych, bo przecież nazwany Synem Bożym potrafi wznieść się ponad przyziemność drobnych sporów. A kiedy przyjdzie mi znosić urągania z powodu trwania przy Chrystusie (wiadomo, zarzucają mi, że nie potrafię myśleć samodzielnie) to wiem, że wielka będzie moja nagroda w niebie.

A najdziwniejsze jest to, że choć wiem, że żyjąc błogosławieństwami na pewno otrzymam obiecaną nagrodę, to nie dla niej chcę tak żyć. Odkrywam jakąś niezrozumiałą intuicją coś ważniejszego. Że być podobnym do Jezusa z Nazaretu tu i teraz to największe szczęście. Szczęście, jakiego świat nigdy dać nie może.

Bądź błogosławiony mój Mistrzu, który przede mną szedłeś drogą błogosławieństw. Pociągając mnie na tę drogę dałeś mi szczęście dziś i w wieczności...

Adoracja Najświętszego Sakramentu

Dopomóż mi do tego, o Panie, aby oczy moje były miłosierne, bym nigdy nie podejrzewała i nie sądziła według zewnętrznych pozorów, ale upatrywała to, co piękne w duszach bliźnich i przychodziła im z pomocą.

Dopomóż mi, aby słuch mój był miłosierny, bym skłaniała się do potrzeb bliźnich, by uszy moje nie były obojętne na bóle i jęki bliźnich.

Dopomóż mi, Panie, aby język mój był miłosierny, bym nigdy nie mówiła ujemnie o bliźnich, ale dla każdego miała słowo pociechy i przebaczenia.

Dopomóż mi, Panie, aby ręce moje były miłosierne i pełne dobrych uczynków, bym tylko umiała czynić dobrze bliźniemu, na siebie przyjmować cięższe, mozolniejsze prace.

Dopomóż mi — aby nogi moje były miłosierne, bym zawsze spieszyła z pomocą bliźnim, opanowując swoje własne znużenie i zmęczenie. Prawdziwe moje odpocznienie jest w usłużności bliźnim.

Dopomóż mi. Panie, aby serce moje było miłosierne, bym czuła ze wszystkimi cierpieniami bliźnich. Nikomu nie odmówię serca swego. Obcować będę szczerze nawet z tymi, o których wiem, że nadużywać będą dobroci mojej, a sama zamknę się w Najmiłosierniejszym Sercu Jezusa. O własnych cierpieniach będę milczeć. Niech odpocznie miłosierdzie Twoje we mnie, o Panie mój. (...)

O Jezu mój, przemień mnie w siebie, bo Ty wszystko możesz.
(św. Faustyna Kowalska)

Poniedziałek


Zmierzający ku zagładzie (Hbr 11,32-40; Ps 31; Łk 7,61; Mk 5,1-20)

Nagi albo w bardzo potarganej odzieży. Dniem i nocą krzyczący. Szukający ukojenia swojego bólu wewnętrznego w zadawaniu sobie bólu fizycznego. To człowiek. Skrajnie nieszczęśliwy, bo opętany przez nieczyste duchy. Ludzie nic nie mogli poradzić. Próbowali go poskramiać, by nie był groźny dla siebie i innych. Ale siła, jaką pod wpływem demonów dysponował, była zbyt wielka na ludzkie więzy.

Nie przyszedł do Jezusa skruszony, ale hardy, pełen perfidii i przewrotności. Zaklinał na Boga Bożego Syna, aby zostawił go w spokoju. Targował się. A Jezus, świadom, że nie on sam przemawia, ale zamieszkujące w nim demony, nie pogardził tym strzępem ludzkim. Bez słowa zachęty ze strony kogokolwiek, uzdrowił go. A jako że rzecz miała miejsce w pogańskiej krainie, Dekapolu, zapewne nie chodziło o przekonanie świadków wydarzenia do swojej osoby, ale o zwykły gest miłosierdzia wobec skrajnie nieszczęśliwego człowieka.

Czasami spotykam ludzi podobnych do owego Gerazeńczyka. Może nie są opętani, ale jakiś wielki ból, jakaś osobista tragedia każe im krzykiem wylewać swój żal i poczucie krzywdy. Moim pierwszym odruchem jest obrona. Przecież on nie ma racji. Przecież jego osąd jest niesprawiedliwy. Gdy patrzę na Jezusa, rozumiem, że to może nie mieć sensu. Czasami trzeba zwyczajnej, pokornej i cierpliwej dobroci. Trzeba przełknąć gorzkie słowa i starać się posiać w sercu tego człowieka ziarno kojącej ból miłości. Człowiek nic więcej zrobić nie może.

Bo dla tych, którym ból zdaje się odbierać zmysły, którzy o własnych siłach nie potrafią zbliżyć się do Boga jest tylko jedna nadzieja - Jezus Chrystus. Kiedyś – wcześniej czy później – nadejdzie taki dzień, kiedy to On przybędzie na przeklęty brzeg ich życia. Wtedy zostaną uzdrowieni.

Adoracja Najświętszego Sakramentu

O Panie, Jezu Chryste. (...) Niechaj odnajdę Cię w tym dziewiczym miejscu, na dnie mojego serca, gdzie mieszkasz i mnie uzdrawiasz. Pozwól mi odczuć siebie w tym centrum mego bytu, z którego chcesz mnie uczyć i prowadzić. Niechaj Cię poznam jako mego kochającego brata, który nie zachowuje przeciw mnie niczego - nawet najgorszych grzechów, lecz chce mnie dotknąć w delikatnym objęciu. Zabierz moje lęki, podejrzenia i wątpliwości, które oddzielają Cię od mego życia. Panie, daj mi wolność i odwagę, by ukazać się nagim i bezbronnym w świetle Twej obecności, ufając w Twe niezgłębione miłosierdzie.

Wiem, jak wielki jest mój opór, jak szybko wybieram ciemność zamiast światła. Ale wiem także, że przywołujesz mnie wciąż do światła, gdzie mogę widzieć nie tylko me grzechy, lecz Twoją twarz pełną łaski. Bądź ze mną w każdej godzinie mych dni w tej wspólnocie, abym mógł być tutaj dla braci prawdziwym znakiem nadziei - nie z tego powodu kim jestem, lecz dlatego, że Ty działasz we mnie.

Dziękuję Ci, Panie, że przywiodłeś mnie tutaj i dałeś mi kolejną szansę spotkania Cię w drodze. Chwała Tobie teraz i zawsze. Amen.
(H.J.M. Nouwen, Wołanie o miłosierdzie)

Wtorek


Nie bój się. Wierz tylko (Hbr 12,1-4; Ps 22; Mt 8,17; Mk 5,21-43)

Ojciec tracący dziecko gotów jest zrobić dla jego ocalenia wszystko. Jair, jeden z przełożonych synagogi, nie bacząc na swoje stanowisko, udał się po pomoc do człowieka, do którego oficjalne czynniki niezbyt przychylnie się odnosiły. Porzucił wstyd, swoją godność i jak zwyczajny zrozpaczony człowiek prosił o pomoc. Co przeżywał, gdy pośród ściskającego ich zewsząd tłumu gorączkowo starał się jak najszybciej zaprowadzić Jezusa do swojej córki? Z jakim bólem musiał patrzyć na to, że ten, w którym tyle pokładał nadziei, zatrzymał się, by rozmawiać jeszcze z jakąś kobietą? Co się z nim działo, gdy usłyszał wyrok: „twoja córka umarła, czemu jeszcze trudzisz Nauczyciela?”

I kobieta. Onieśmielona swoją dolegliwością, ukradkiem przemykająca się do Jezusa, jakby chciała Mu ukraść kawałek Jego mocy. Sponiewierana przez lekarzy, beznadziejnie chora. Trzymająca się okrucha nadziei jak największego skarbu.

Oboje uwierzyli i mieli odwagę dać temu świadectwo. Ona, gdy wobec tłumu wyznała tak wstydliwą dla niej prawdę (przecież według prawa była nieczysta) i on, gdy pewien poniesionej klęski naraził się na pośmiewisko jeszcze większe, prowadząc Jezusa do zmarłej córeczki.

Oboje uczą mnie zaufania do Jezusa. Choć wydaje się czasem absurdalne, choć naraża mnie na pośmiewisko, wiem, że ludzka mądrość wobec mocy Boga jest niczym. Choćby więc w moim sercu był tylko strach, chcę powiedzieć mojemu Bogu: „wierzę”.

Adoracja Najświętszego Sakramentu

Dlaczego, o Panie, tak trudno mi utrzymać serce skierowane ku Tobie? Dlaczego nieważne rzeczy, które chcę robić, i wielu ludzi, których znam tłoczą się w mym umyśle, nawet w czasie, kiedy jestem całkiem wolny, by być z Tobą, z Tobą samym? Dlaczego dusza moja wędruje w tak wielu kierunkach i dlaczego me serce pragnie rzeczy, które sprowadzają mnie z drogi? Czy Ty nie wystarczasz mi? Czy ciągle nie dowierzam Twej miłości i opiece, Twemu miłosierdziu i łasce? Dlaczego zastanawiam się w głębi duszy, czy dasz mi wszystko, czego potrzebuję, jeśli będę wpatrywał się w Ciebie?

Przyjmij me roztargnienie, zmęczenie, gniew i moją niewierną ciekawość. Znasz mnie głębiej i pełniej niż ja sam siebie. Kochasz mnie większą miłością, niż ja kocham siebie. Ofiarujesz mi nawet więcej niż pragnę. Spójrz na mnie, zobacz mnie w całej biedzie i wewnętrznym pomieszaniu i pozwól mi odczuć Twoją obecność w środku mego zgiełku. Wszystko co mogę zrobić, to pokazać się Tobie. Jak dotąd boję się tego zrobić. Boję się, że mnie odrzucisz. Ale wiem - wiedzą wiary - że Ty pragniesz mi dać swoją miłość. Jedyną rzecz, o jaką mnie prosisz, to bym nie chował się przed Tobą, nie uciekał w rozpaczy, nie zachowywał się tak, jakbyś był bezwzględnym despotą.

Weź me zmęczone ciało, pomieszany umysł, niespokojną duszę w Twoje ramiona i daj mi odpocznienie, po prostu ciche odpocznienie. Czy proszę zbyt wiele, zbyt szybko? Nie powinienem się martwić o to, Ty dasz mi znać. Przyjdź, Panie Jezu, przyjdź. Amen.
(H.J.M. Nouwen, Wołanie o miłosierdzie)

Środa


Lekceważony prorok (Ofiarowanie Pańskie: Ml 3,1-4; Ps 24; Hbr 2,14-18; Łk 2,32; Łk 2,22-40; środa 4 zw.: Hbr 12,4-7.11-15 Mk 6,1-6)

Czasami jestem zasmucony małą skutecznością naszych apostolskich wysiłków. Tylu ludzi trudzi się nad głoszeniem Bożego słowa. Poświęcają mu często całe życie. Efekty tej pracy często są mizerne, a czasami nie widać ich wcale. W takich sytuacjach pytam, czy rzeczywiście jesteśmy w swoich działaniach tak nieudolni?

Kiedy pochylam się nad dzisiejszym Słowem Bożym, odkrywam, że tak było zawsze. Nawet sam Jezus wielu swoich słuchaczy nie przekonał. A przecież nie tylko z mocą nauczał, ale jeszcze potrafił uzdrawiać, wskrzeszać, wypędzać złe duchy, a nawet cudownie nakarmić wielką rzeszę ludzi. Nie pytam, dlaczego Mu nie wierzyli. Ludzkie serce bywa niepojęte. Ale rozumiem, że z takim lekceważącym powątpiewaniem głosiciele Ewangelii będą się spotykali zawsze. Dzięki temu łatwiej mi znosić codzienne przeciwności losu.

Adoracja Najświętszego Sakramentu

Dziś, Panie, ogarnął mnie silny strach. Całe moje istnienie wydało się przez niego opanowane. Nie było pokoju, nie było odpocznienia; tylko sam strach. Strach przed odrzuceniem, strach przed potępieniem, strach przed Tobą. O Panie, dlaczego tak trudno pokonać strach? Dlaczego tak trudno pozwolić Twej miłości uwolnić mnie od niego? Jedynie gdy ręce mam pracą zajęte, wydaje mi się przez chwilę, że strach jakby nieco zmalał.

Czuję się tak bezsilny, gdy mam go pokonać. A może jest to droga, którą wiedziesz mnie do solidarności ze wszystkimi ludźmi na świecie, którzy się boją: z tymi, którzy cierpią głód i zimno, z tymi, którym zagraża niespodziewany atak, i z tymi, których zamknięto w więzieniach, szpitalach i zakładach dla psychicznie chorych. O Panie, ten świat jest pełen strachu. Przemień mój strach w modlitwę za wystraszonych. Niech ta modlitwa podniesie ich serca. Być może wtedy moje ciemności staną się światłem dla innych, a mój wewnętrzny ból źródłem ich uleczenia.

Ty, Panie, także poznałeś strach; Twój pot i łzy były jego znakiem. Uczyń mój strach, o Panie, częścią Twojego, tak by nie prowadził mnie w ciemność, lecz ku światłu, i aby dał mi nowe zrozumienie nadziei Twego krzyża. Amen.
(H.J.M. Nouwen, Wołanie o miłosierdzie)

Czwartek


Boży entuzjazm (Hbr 12, 18–19. 21–24; Ps 48;Mk 6, 7-13)

Kiedy Jezus powołuje do swoich spraw, trzeba mieć odwagę pójść nie oglądając się na materialne zabezpieczenie. Ewangelia jest zbyt wielką rzeczą, by do jej głoszenia podchodzić małodusznie czy wręcz tchórzliwie. Wymaga oddania całego siebie i nie oglądania się na zapłatę inną, niż nagroda u Boga. Bez wielkich środków, sercem ogrzanym Boża miłością, można zawojować świat.

Tak myślą zapaleńcy. Trochę im zazdroszczę. Bo tchnie z nich świeżość i entuzjazm. Ale wiem, że tak można na krótką metę. Że kiedy poświęca się dla Jezusa całe życie, trzeba pomyśleć też o sprawie tak przyziemnej, jak utrzymanie. Inaczej łatwo można zacząć wyzyskiwać tych, którym się miało służyć.

A jednak jest w słowach Jezusa ważna przestroga. Zbytnie troski o sprawy materialne mogą odwodzić od tego, co najistotniejsze. Można niepostrzeżenie Ewangelię zamienić na pieniądz. Dlatego każdy głosiciel Dobrej Nowiny musi zawsze pamiętać o tym, co najważniejsze: by gorliwie pełnić posługę, Bogu poświęcając swoje niedostatki.

Adoracja Najświętszego Sakramentu

Dzięki Ci, Panie, za ten dzień. Nie czułem Twej obecności, nie słyszałem Twego głosu, nie widziałem Twej łagodnej Twarzy, ale wczorajszy, szaleńczy strach minął, przynajmniej na parę godzin. Dziękuję za spokojne godziny w piekarni, spokojne godziny w mym pokoju i spokojne godziny w kościele. Mogłem trochę pomyśleć, poczytać i pomodlić się; przez chwilę nawet wyobraziłem sobie, że mógłbym pewnego dnia odczuć znów spokój i radość.

Dziękuję Ci, Panie, za te dobre rzeczy. Czytałem o „poznawaniu" Ciebie, o drogach, którymi dochodzi się do Ciebie, i modliłem się o to, by to co poznaję mym umysłem, pewnego dnia zstąpiło do mego serca i dało mi światło wewnętrzne.

Wołam do Ciebie, Panie, z mej spokojnej ciemności. Ukaż mi swe miłosierdzie i miłość. Niechaj zobaczę Twą Twarz, usłyszę Twój głos, dotknę rąbka Twej sukni. Chcę Cię kochać, być z Tobą, rozmawiać ż Tobą i po prostu stać w Twej obecności. Ale nie mogę tego sprawić. Zaciskanie oczu dłońmi to nie modlitwa, i czytanie o Twej obecności nie jest jeszcze życiem w niej.

Ale nadejdzie taka chwila, w której przyjdziesz do mnie, jak przyszedłeś do wystraszonych uczniów, i powiesz: „Nie lękaj się, Ja jestem”. Niechaj ta chwila nastanie jak najszybciej, Panie. A jeśli chcesz zwlekać, daj mi cierpliwość. Amen.
(H.J.M. Nouwen, Wołanie o miłosierdzie)

Piątek


Drogą Jana Chrzciciela (Hbr 13, 1–8; Ps 27; Mk 6,14–29)

Kłaniam się przed wielkością Jana i wzdrygam przed małostkowością Heroda i jego otoczenia. Jan zawsze był twardy i bezkompromisowy. Wobec siebie i innych. Miał odwagę mówić prawdę, choć przez to narażał się na ludzką nienawiść. Jednak ganiąc zło nigdy nie unosił się pychą. Zawsze trwał w pokorze świadom, że za nim idzie mocniejszy od niego. Chyba właśnie dlatego ludzie chętnie go słuchali, choć nie mówił im rzeczy miłych.

Herod (Antypas) był zupełnie innym człowiekiem. Był próżny. Lubił władzę i wygody. Prawda dla niego się nie liczyła. Kazał uwięzić Jana, bo śmiał wytknąć mu grzech. A kiedy córka Herodiady poprosiła o głowę proroka, wolał popełnić zbrodnię, niż wycofać się z nieopatrznie złożonej i głupiej obietnicy. Trudno szanować człowieka, który dla ratowania swojego źle pojętego honoru gotów jest poświęcić czyjeś życie.

Czym kierowała się Herodiada i jej córka? Osobistą urazą wobec Jana? Obawą, że Herod może w końcu posłuchać Jana i odsunąć je od siebie, skazując na porzucenie dostatniego życia? Nie wiadomo. Ale straszny musi być człowiek gotowy żądać śmierci z powodu osobistej urazy. Nie lepiej, gdy na wszelki wypadek eliminuje mądrych i uczciwych, by przypadkiem nie stracić swojej pozycji.

Wielkość i małość. Kim jestem ja? Czasami Herodem. Gdy małostkowość nie pozwala mi przyznać się do błędu i brnę w nim dalej gotów poświęcić innych. Czasami Herodiadą, gdy osobiste urazy czy ambicje biorą górę nad zwyczajną ludzka przyzwoitością. Modlę się, by być jak najbardziej podobny do Jana Chrzciciela. By trwać w prawdzie i pokorze. Bo jeśli pójdę za dzisiejszymi modami, będzie jednego świadka prawdy o Bogu i człowieku mniej. Zamienię Dobrą Nowinę na tani poklask. Ale jeśli w trwaniu w prawdzie zabraknie mi pokory, wtedy odepchnę od niej wielu zagubionych. Nie mogę o pokorze zapominać...

Adoracja Najświętszego Sakramentu

Panie mój, rozmyślałem dzisiaj nad słowami Wincentego van Gogha: „To prawda, że są odpływy i przypływy, ale morze ciągle pozostaje to samo”. Tyś jest morzem. I choć w swych emocjach zaznaję wielu wzlotów i upadków i często doświadczam wielu zmian w mym życiu wewnętrznym, Ty pozostajesz ten sam. Twoja stałość nie jest jednak stałością skały, lecz stałością wiernego kochanka. Dzięki Twej miłości urodziłem się do życia; Twoja miłość mnie pokrzepia i wciąż przyzywa do siebie. Są dni smutku i dni radości; są uczucia winy i uczucia wdzięczności; są chwile przegranych i chwile sukcesów; ale wszystkie one są ogarnięte Twą niezachwianą miłością.

Moją jedyną prawdziwą pokusą jest wątpić w Twą miłość, myśleć, że jestem poza zasięgiem Twojej miłości, usunąć się z jej uzdrawiającego promieniowania. Zrobić to — znaczy wejść w ciemność rozpaczy.

O Panie, morze miłości i dobroci, pozwól mi nie bać się sztormów i wiatrów mego codziennego życia, i niechaj wiem, że są odpływy i przypływy, ale morze pozostaje zawsze to samo. Amen.
(H.J.M. Nouwen, Wołanie o miłosierdzie)

Sobota


Odpoczynek głosiciela Dobrej Nowiny (Hbr 13,15-17.20-21; Ps 23; J 10,27; Mk 6,30-34)

Ewangelie wydają się czasem tak dalekie i wzniosłe. A jednak kiedy wczytać się w drobiazgi, wtedy odkrywa się, jak bliskie są normalnych ludzkich spraw. Widzę, jak bardzo są w tym prawdziwe. I dostrzegam, jak mądry był Jezus, o którym opowiadają. Dziś czytam, że posłał swoich apostołów na miejsce pustynne, aby nieco odpoczęli. Wiedział, że nawet nad głoszeniem Dobrej Nowiny nie można pracować bez odpoczynku. Ale sam, choć na pewno też zmęczony, ulitował się nad poszukującymi Go ludźmi, bo byli – jak napisał Ewangelista - jak owce bez pasterza.

W życiu głosiciela Dobrej Nowiny jest podobnie. Musi czasem odpocząć. Musi jeść. Trzeba mu też porozmawiać z bliskimi: rodziną i przyjaciółmi. Potrzebuje poczytania książki, gazety, zachwycenia się muzyką, obejrzenia filmu. Nie może zajmować się tylko innymi, bo szybko zabraknie mu sił. Ale musi mieć wielkie serce. Czasami trzeba to wszystko, co się należy, co jest potrzebne, zostawić. By sami nie byli ci, którzy potrzebują jego wsparcia, dobrego słowa czy rozgrzeszenia.

Muszę odpocząć. Ale trzeba mi też wielkiego serca. Między tymi dwoma koniecznościami wiedzie ścieżka Jezusowej mądrości.

Adoracja Najświętszego Sakramentu

Panie mój, będę smutny, rozdarty i niezadowolony dopóki nie spocznę w Twoim domu. Wciąż jestem w drodze, podróżuję, wciąż jestem zmęczony i znużony i ciągle nie wiem, czy dotrę kiedykolwiek do miasta na wzgórzu. Z Wincentym van Goghiem pytam ciągle anioła, którego spotykam w drodze: „Czy ta droga wciąż biegnie pod górę?” A odpowiedź brzmi: „Tak, do samego końca”. I pytam znów: „I czy ta podróż zajmie cały dzień?” A odpowiedź jest: „Tak, od rana do nocy, mój przyjacielu”.

A więc idę dalej, Panie, zmęczony, często zniechęcony, rozdrażniony, ale zawsze pełen nadziei, że pewnego dnia osiągnę wieczne miasto, lśniące w oddali w wieczornym słońcu.

Nie mam żadnej pewności, że w latach, które są przede mną, moje życie będzie łatwiejsze albo że serce moje będzie bardziej spokojne. Ale mam pewność, że czekasz na mnie i powitasz mnie w domu, kiedy dotrę do niego po mej długiej podróży. O Panie, daj mi odwagę, nadzieję i zaufanie. Amen.
(H.J.M. Nouwen, Wołanie o miłosierdzie)
«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Pobieranie...

Reklama

« » Listopad 2017
N P W Ś C P S
29 30 31 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 1 2
3 4 5 6 7 8 9

Reklama

Pobieranie...

Reklama