13. tydzień zwykły

Przeczytaj i rozważ


Czereśnie (Mdr 1,13-15;2,23-23; Ps 30; 2 Kor 8,7.9.13-15; 2 Tm 1,10b; Mk 5,21-43)

Z nieba lał się żar. Jechałem samochodem z Januszem. Pędziliśmy na jakiś koncert. Zielone pola Mazowsza zlewały się w jedną niewyraźną smugę. Za zakrętem zauważyliśmy siedzącą babuleńkę. Sprzedawała czereśnie. Stanęliśmy, kupiliśmy owoce, a po chwili „palce mieliśmy na oślep skrwawione ich sokiem”. Pamiętam, że gdy zanurzałem rękę w papierowej torebce, głośniki samochodowego radia ryknęły: „STOP. Śmierci już nie ma”. To piosenka chrześcijańskiej grupy Triquetra.

Stop. Śmierci już nie ma. Będziemy żyli wiecznie: najważniejszy telegram świata.

Rok później Janusz zmarł. „Bóg zatęsknił za swym dzieckiem tak bardzo, że zabrał je do siebie” – wyjaśniał na pogrzebie kapłan. Gdy zamykam oczy widzę Janusza jedzącego soczyste czereśnie. Widzę słońce odbijające się w lusterku samochodu, pachnący las, słyszę refren piosenki: Stop. Śmierci już nie ma.

Dzisiejsze czytanie nie pozostawia wątpliwości: „Bóg śmierci nie uczynił i nie cieszy się ze zguby żyjących” – przypomina Księga Mądrości już w pierwszym rozdziale.

To niezwykle ważne, bo my najczęściej oskarżamy Boga właśnie o śmierć. Podnosimy pięści do nieba, krzyczymy. Kiedy dostrzegę, że śmierć jest wynikiem mojego życia w grzechu? Że pokorny Bóg, by przerwać ten zaklęty krąg sam wszedł w jej doświadczenie? Krzyk Golgoty, rozdarte serce, grób. Śmierć Boga była największym trzęsieniem ziemi. Po trzech dnia zmartwychwstał. Pokazał, że jest pełnią życia. Jak lew, jak orzeł.

Jezus żyje i Janusz żyje.


Krótki SMS (Ef 2,19-22; Ps 117; J 20,29; J 20,24-29)

Stałem w kuchni. Tępo patrzyłem w okno. Nie chciałem nic zobaczyć, ale uciekałem wzrokiem od lustra. – Jestem ostatnim człowiekiem, na którego Bóg chce spojrzeć, tak słabej osoby nie można kochać – ta jedyna myśl kołatała w mojej głowie. Byłem załamany. Z tego letargu, stanu rozdrapywania ran, wyrwał mnie dźwięk komórki. Przyszedł SMS. Znajomy kapłan, nie wiedząc nic o moim stanie napisał: Bóg bardzo cieszy się, wpatrując się teraz w twoją twarz.

Hmmm. Co takiego zrobiłem, że Bóg się mną cieszy? Może coś dobrego powiedziałem? Pomogłem komuś? Napisałem coś? – zacząłem przebiegać myślami ostatnie dni. I zawstydziłem się. Dlaczego Bóg ma mnie kochać „za coś”?

Jestem Jego dzieckiem. To jedyna moja wartość. On zna mnie lepiej niż rodzice, czekał na moje narodziny od początku świata. „Nie jestem już obcym i przychodniem, ale współobywatelem świętych i domownikiem samego Boga”.

Ta myśl była jak krótki przebłysk. Jak puszczenie lusterkiem zajączka na ścianie. Gdybym o tym pamiętał każdego dnia, gdy zwlekam się z łóżka, byłbym najszczęśliwszą osobą na świecie.


Zielonym do dołu (Ef 2,19-22; Ps 117; J 20,29; J 20,24-29)

Ja to przed nimi zgładziłem Amorytów, którzy byli wysocy jak cedry, a mocni byli jak dęby.

Bardzo często dostajemy we wspólnocie podobne słowa. Wysokie góry, wysmukłe drzewa będą ukarane za swą pychę. Im wyżej będę się piął, tym niżej upadnę. Błogosławieni mali, cisi, pokorni. Błogosławione doliny. „Dzień Pański będzie dniem krzyku wojennego przeciwko basztom wysokim” – prorokuje Nahum. Dlaczego nie chcę być niezauważany?

Zapominam o proroczym śnie Nabuchodonozora: „Drzewo wzrastało potężnie, wysokością swą nieba sięgało, widać je było aż po krańce ziemi. Liście jego były piękne, a owoce obfite, dawało ono pożywienie wszystkim. A oto Czuwający i Święty zstępował z nieba. Wołał On głośno i tak mówił: Wyrąbcie drzewo i obetnijcie gałęzie, otrząśnijcie liście i odrzućcie owoce!

A może zapuścić korzenie w niebie? Drzewo rosłoby wówczas do góry nogami. Jak na okładce płyty Magdy Anioł. Bóg i tak wszystko poprzestawiał do góry nogami. Pierwsi są ostatnimi, pokorni – królami, służebnica – królowa aniołów, a odrzucony kamień fundamentem.


Kochany kibol (Am 5,14-15.21-24; Ps 50; AM 5,14; Mt 8,28-34)

Szukajcie dobra, a nie zła, abyście żyli.

Spotkałem go na ulicy: obcięty na łyso, klubowy szalik. Inni na jego widok schodzą z drogi. A ja znam Piotrka od lat. Pamiętam, że kiedyś gdy przychodził do nas na spotkania modlitewne napisał świadectwo: „Najbardziej dotknęło mnie, że Bóg zawsze widział we mnie dobro. Nawet gdy najbliżsi mnie przekreślali, a koledzy omijali na ulicy, Pan Bóg pod warstwą brudu widział we mnie piękno. Dziękuję Tobie Jezu, że kochasz mnie takiego, jakim jestem, pomimo tylu moich wad. Bóg chce dla nas jak najlepiej, tylko nie słuchając Go komplikujemy sobie sami życie!” – pisał kiedyś w świadectwie.

Każdego dnia mam wybór. Bóg prosi: szukaj dobra. Tak, jakby było ukryte, głęboko schowane. Co z tego, że jestem na Mszy, skoro moje serce jest daleko? Co z tego, że inni widzą we mnie pobożnego człowieka? Bóg zna serce. Kiedyś stanę przed Nim i dowiem się prawdy o sobie. Obym nie usłyszał: „Nienawidzę, brzydzę się waszymi świętami. Nie będę miał upodobania w waszych uroczystych zebraniach”.

Panie, Jezu Chryste, zmiłuj się nade mną.


Czułe słówka (Am 7,10-17; Ps 19; 2 Kor 5,19; Mt 9,1-8 (z dnia) lub Iz 58,6-10; Ps 98; J 3,16; J 4,34-38)

Każdy chciałby słyszeć pochlebstwa. Ale to one zamykają nas na słowa prawdy. Znajomy rekolekcjonista zwierzył mi się, że gdy na starcie ktoś go pochwali, zamyka mu tym samym usta. Bo jak w takiej milutkiej, przyjemnej sytuacji powiedzieć bolesną, nieprzyjemną prawdę? Wszyscy uśmiechają się, klepią się po plecach. A tylko prawda może ocalić. Naszą wspólnotę ocaliła.

Kilka lat temu przyszedł kapłan i powiedział nam, zadowolonym z siebie katolikom: jesteście prawdziwą wewnętrzną ruiną. Na zewnątrz uśmiechy, żarty i dobre samopoczucie. I pozornie wszystko głęboko zanurzone w Bogu. Ale sam Bóg przerwał to mocnym stwierdzeniem: jesteście ruiną, wasza świątynia jest skażona trądem. Księga Kapłańska nakazywała: macie zamknąć się, aby kapłan mógł oczyścić świątynię. Nie można wpuszczać nikogo nowego, aby... nie zakaził się trądem.

Zrobiliśmy radykalne i bolesne cięcie i... wydało to same dobre owoce. Wspólnota, która rzeczywiście stała na krawędzi, przetrwała.

Co ciekawe, w dzisiejszym czytaniu gorzkie słowa o Izraelu przepowiadał ktoś, kto sam nie nazywał się nawet prorokiem. „Nie jestem ja prorokiem ani nie jestem uczniem proroków, gdyż jestem pasterzem i tym, który nacina sykomory” – wołał – „Od trzody bowiem wziął mnie Pan i rzekł do mnie Pan: Idź, prorokuj do narodu mego, izraelskiego!”

Tylko upokorzeni, tylko „duchowe pastuchy” mogą powiedzieć nam prawdę w cztery oczy. Inni mają zbyt wiele do stracenia.


Zakurzone Słowo (Am 8,4-6.9-12; Ps 119; Mt 9,12b.13b; Mt 9,9-13)

Słowo Boże leży na wyciągnięcie ręki. Ja jednak ściskam ją na pilocie telewizyjnym. Za chwilkę zaczyna się mecz. Słowo cierpliwie czeka. Później nie mam czasu, muszę popracować. Biblia czeka. Osiada na niej kurz.

Kiedy w końcu uwierzę, że tylko jej słowa ratują moje życie? Kilka razy doświadczyłem mocy ostrego jak miecz słowa Bożego, a jednak nie mam wciąż nawyku sięgania po Biblię tuż po przebudzeniu.

Mój przyjaciel tak rozkochał się w Słowie Bożym, że kiedyś wieczorem, tuż po modlitwie pocałował Biblię i położył ją sobie pod poduszkę. To nie był zabobon. To był gest zakochanego, który woła: uwiodłeś mnie Panie miłością, a ja dałem się uwieść.

Pamiętam, że gdy ujrzałem ten gest zrobiło mi się bardzo głupio. Dzisiejsze słowo działa jak kubeł zimnej wody. Mówi wprost, że może przyjść czas, że będzie już za późno. „Wtedy błąkać się będą od morza do morza, z północy na wschód będą krążyli, by znaleźć słowo Pańskie, lecz go nie znajdą”.


Szczelinka (Am 9,11-15; Ps 85; Jk 1,18; Mt 9,14-17 (z dnia) lub Syr 3,17-24; Ps 131; J 8,12b; Łk 9,57-62)

W tym dniu podniosę szałas Dawidowy, który upada, zamuruję jego szczeliny, ruiny jego podźwignę.

Znów słowo o ruinach. Jak często Bóg zapewnia, że wybuduje swoje święte miasto na zgliszczach. Sam zbawił świat wyrzucony poza Miasto Pokoju na wysypisko śmieci. Sam narodził się w stajni.

Potężne miasto, które przez lata budowałem musi runąć, by odsłoniły się fundamenty. Jeśli nie budowałem na Bogu, nie pozostanie kamień na kamieniu.

Bóg obiecuje, że „zamuruje każdą szczelinę”. To bardzo ważne. W moim życiu duchowym mam uważać na drobne, niezauważalne pęknięcia. Malutkie szczelinki, drobne, pozornie lekkie grzeszki, są miejscem, przez które prześlizguje się wąż. Nie ogromne wyłomy skalne, otwarte na oścież bramy. Szczeliny. To one mogą sprawić, że potężna twierdza rozsypie się w pył.

– W grzechu lekkim jest coś obrzydliwego – opowiada o. Tomasz Kwiecień – Merton odkrył kiedyś z przerażeniem jak obrzydliwy jest grzech lekki, bo wystarczy powiedzieć: „przepraszam” i już go nie ma. Dlatego człowiek czasami sobie „lekko pozwala na lekkie grzechy”. A lekki grzech osadza w człowieku pył i sadzę. Jak się często nie myje szyb, to w pokoju robi się coraz ciemniej, prawda? I mniej w środku widać. Dokładnie tak samo dzieje się z człowiekiem, który nie oczyszcza siebie z tych lekkich grzeszków. Im jest ich więcej, tym mroczniej robi się w środku, a im mroczniej robi się w środku, tym mniej rozpoznaję siebie i łatwiej daję się zwodzić przez tego, który tylko na to czeka.
«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie...
« » Kwiecień 2018
N P W Ś C P S
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
Pobieranie...