5. tydzień zwykły

Przeczytaj i rozważ


Za łaską Boga (Iz 6, 1-2a.3-8; 1 Kor 15, 1-11; Łk 5, 1-11)

Zabłysnąć. Pokazać się od najlepszej strony. Patrzeć, z jakim zachwytem słuchają opowieści o kolejnych sukcesach. Nieustannie wskazywać na swój dorobek, domagając się uznania. Stanąć na najwyższym podium i w geście zwycięstwa pokazać, że jestem najlepszy. Z siecią pełną ryb zameldować się przed Mistrzem i powiedzieć: zobacz, ile złowiłem. To takie ludzkie. Psychologowie twierdzą, że bardzo potrzebne człowiekowi, by mógł budować poczucie własnej wartości.

Potem przychodzi chwila prawdy. Wieczorem, ochłonąwszy z wrażeń, trzeba stanąć przed Panem. Prześwietlić słowa, gesty, czyny. Nade wszystko to, co najważniejsze, czyli intencje. Co chciałem osiągnąć? Na czyjej chwale mi zależało? Komu należny jest laur zwycięzcy? Prawda czasem jest przerażająca.

Ileż jeszcze trzeba rachunków sumienia. Ile żalów wzbudzić za grzech pychy. Ile przejść oczyszczających upokorzeń, by móc szczerze, bez cienia obłudy, powtórzyć za św. Piotrem: „odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny”. I za św. Pawłem: „za łaską Boga jestem tym, czym jestem”.


Jest dobre (Rdz 1, 1-19; Mk 6, 53-56)

Pewnie należy dziękować Bogu za to, że prehistoria człowieka nie zaczyna się na poziomie mikrobiologii, biochemii, mechaniki kwantowej, a nad wszystko komputera i związanej z nim masowej informacji. Dlaczego? Śmiało można przypuszczać, że zamiast ujmującego prostotą i pięknem poematu o stworzeniu świat natychmiast obiegły by informacje o zagrożeniu rakotwórczym, spowodowanym przez promienie słoneczne, mikroorganizmach ukrytych w odkrytych wodach i atakujących jelita, niebezpieczeństwie efektu cieplarnianego… A uważny czytelnik doszedł by po ich lekturze do przekonania, że stworzony przez Boga świat jest kiepski.

Próbuję wyobrazić sobie autora natchnionego poematu. Niespieszny wędrowiec, spędzający w samotności miesiące życia na pustyni. Potrafiący usiąść pod drzewem i patrzeć godzinami w dal. Zafascynowany maleńką roślinką, wegetującą w skalnym zagłębieniu. Co najważniejsze – nie poganiany nieustannym „szybciej, nie zdążysz”.

Nie jest możliwy powrót do poziomu życia sprzed kilku tysięcy lat. Przemian cywilizacyjnych nikt nie cofnie. Zresztą było by to nie wskazane. Natomiast można i warto iść do czasu do czasu w ślady niespiesznego wędrowca. Zaszyć się na kilka dni w leśnej głuszy, spędzić kilka godzin w samotności na górskiej polanie, a jeśli to możliwe zafundować sobie pobyt w kontemplacyjnym klasztorze. Jestem pewny, że zza wykreowanego przez współczesnych pseudo stwórców obrazu złego świata, wyłoni się inny. Ten prawdziwy, dobry świat.


Ryzyko (Rdz 1,20-2,4a; Mk 7,1-13)

- Otwierając drzwi nieznanej osobie ryzykuję, że zostanę napadnięty. Jednak otwieram drzwi.
- Rozmowa na czacie niesie za sobą ryzyko ośmieszenia a nawet obrazy. Jednak rozmawiam.
- Pytany o opinię w danej sprawie ryzykuję, że zostanie ona wykorzystana przeciw mnie. Jednak pytany zabieram głos.
- W przyjaźni ukryte jest ryzyko nadużycia mojej szczerości i zaufania. Jednak mam przyjaciół.
- Narzeczeni, decydując się „miłość, wierność i uczciwość małżeńską… aż do śmierci” ryzykują ból i odrzucenie. Jednak składają przysięgę małżeńską.
- Wybór powołania kapłańskiego i zakonnego to ryzyko samotności, braku zrozumienia, może nawet szykan i prześladowań. Jednak wielu odpowiada na Boże wezwanie.

Bóg, stwarzając człowieka na swój obraz i podobieństwo, czyli obdarzając go rozumem, wolna wolą, zdolnością do kochania i duszą nieśmiertelną też podjął ryzyko. Wielkie ryzyko. A jednak stworzył nas… „Bóg widział, że wszystko, co uczynił, było bardzo dobre”.

Bóg oczekuje, że pozostawię za sobą podejrzliwość i zaryzykuję ufność.


Nie wolno (Rdz 2,4b-9.15-17; Mk 7,14-23)

Gdy przed kilkunastu laty po raz pierwszy znalazłem się w Paryżu największe zdumienie przeżyłem nie w Luwrze i nie na wieży Eiffla, ale na przejściu dla pieszych. Ujrzawszy czerwone światło zatrzymałem się na krawężniku. Tymczasem mieszkający już od kilku lat kolega pchnął mnie delikatnie do przodu i powiedział: chodź, nic nie jedzie.
– Ale przecież jest czerwone światło.
– Nie szkodzi. Tu jest wolność. Tu wszystko można.
- To po co są światła?
- Jak cię potrąci samochód, żeby było wiadomo, czyja wina.
Kolega zaśmiał się i wkroczył na jezdnię. Dokładnie to samo robili inni przechodnie, a stojący opodal policjant leniwie obserwował zachowanie pieszych i samochodów.

Ten drobny epizod pozwolił mi zrozumieć sens Bożego „nie wolno”. Ono nie oznacza, że czegoś absolutnie nie powinienem robić. Wszystko mogę. Nawet to, na co Bóg nie zezwala. Ale na własne ryzyko. Jeśli dojdzie do wypadku, wina nie będzie po stronie Boga.

Pozostaje jeszcze zastanowić się, co ryzykuję. Życie w Biblii to nie tylko biologiczne trwanie. To przede wszystkim święty dar, w którym Bóg objawia swoją tajemnicę i swoją hojność. Przekraczając zakaz nie ryzykuję śmierci biologicznej. Ryzykuję śmierć Jego życia we mnie. Śmierć miłości..

Kiedyś w zakrystii obserwowałem dialog dwóch ministrantów. – Żyjesz? – Żyję. – To dobrze. Wymienili między sobą uśmiechy. A ja sens tego dialogu zrozumiałem podczas Komunii św.



Żeby nie był sam (Rdz 2,18-25; Mk 7,24-30)

To było podczas jednej pielgrzymek. Skrzynka pytań do ojca duchownego. „Jak przeżyć narzeczeństwo, by w przyszłości, pod jednym dachem, nie zamieszkiwało dwoje obcych sobie ludzi, których poza seksem nic nie łączy?” Odpowiedź w marszu siłą rzeczy musiała być „z marszu”. Z pomocą przyszła pocztówka, wręczona wraz z podziękowaniem przez grupę pątników. Pod kolorowym parasolem nad rzeką siedziało dwoje zakochanych. „Kochać to patrzeć w tym samym kierunku”. Obraz i napis stały się inspiracją.

Pierwsze, co słyszę w wyznaniach młodych. Zakochałem się. Zakochałam się. Czyli mimo wszystko na początku jest „JA”. Moja fascynacja. Moje zauroczenie. Moje uczucia. Po jakimś czasie zmienia się forma deklaracji. Kocham ją/jego. Akcent z „JA” zostaje przesunięty na „TY”. Wreszcie przychodzi czas wspólnej refleksji. Jak będzie wyglądało nasze wspólne życie? Nie tylko gdzie i za co będziemy żyć. Również jak podzielimy odpowiedzialność za rodzinę? Jakimi zasadami będziemy kierować się w wychowaniu dzieci? Jak będzie wyglądało życie religijne naszej rodziny? W tym momencie mówią o sobie „MY”. Zaczynają patrzeć w tym samym kierunku.

Dominikanin, ojciec Tomasz Pawłowski, przez kilka lat prowadził w duszpasterstwie akademickim roczny kurs przedmałżeński. Przyjmował tylko pary narzeczeńskie i stawiał warunek, że zakończenie będzie na spływie kajakowym. Podobno w momencie odbierania dyplomów ponad połowa już wiedziała, że nie zawrą związku małżeńskiego. „Wyznawali sobie miłość, ale nigdy nawet nie spróbowali zrobić czegoś wspólnie. Gdy stworzono im taką możliwość odkrywali, że zupełnie do siebie nie pasują” – komentował w jednym z artykułów zakonnik.


Lekcja duchowości (Rdz 3,1-8; Mk 7,31-37)

Było już późno, gdy usłyszeliśmy dźwięk dzwonka. Przed drzwiami stała grupa harcerzy. Jedno spojrzenie wystarczyło, by dostrzec na ich twarzach wyczerpanie.
- Gdzie jesteśmy?
- Daleko stąd do naszej bazy na Bukówce?
- W takim stanie, jak jesteście, półtorej godziny przez góry, trzy godziny szosą. Zaproponowałem nocleg.
- Ale my musimy koniecznie wrócić. Będą nas szukać. Zaalarmują GOPR. Jest ktoś, kto mógłby nas podwieźć?

To był jedyny większy samochód. Żuk cały kryty. Luksus jak na owe czasy.
- Marek, pojedziesz? Oni naprawdę nie dojdą.
- Chętnie, ale nie mogę. Jestem po jednym…
- Po jednym to nawet jak ci dmuchnąć każą, nic ci nie zrobią. Zresztą nikt nie wyczuje.
- Zrozum, nie mogę. Powiedziałem sobie, że nigdy, nawet po jednym, nie siądę za kierownicą. Jeśli raz zrobię wyjątek, furtka zostanie otwarta. Za każdym następnym razem będzie już łatwiej. Dam samochód. Pojadę obok ciebie. Ale prowadził będziesz ty…

Zrozumiałem. Ta rozmowa była jedną z lepszych lekcji duchowości, jakie otrzymałem.

Rozumiesz dlaczego na drzewo poznania dobra i zła lepiej nie spoglądać? Bo wystarczy zrobić jeden wyjątek, uchylić furtkę…



Gdzie jesteś? (Rdz 3,9-25; Mk 8,1-10)

To przesłuchanie było zupełnie niepotrzebne. Przecież Bóg doskonale wiedział, co się wydarzyło. Wyrok mógł zapaść zaocznie. Jaki jest więc sens tego dziwnego dialogu?

Dwa pytania wprawiają w zdumienie. „Gdzie jesteś?” „Dlaczego to uczyniłaś?” W pierwszym pobrzmiewa tęsknota. W drugim pragnienie zrozumienia. Od tego momentu ta tęsknota i to pragnienie będą nicią, łączącą Boga i człowieka. Jak babie lato będzie widoczna nad głowami patriarchów, osnuwać będzie losy proroków, zszyje w całość przypowieści Jezusa, stanie się w jakimś sensie losem Kościoła.

Czasem słyszę pytania czy znalazłem Boga, gdzie Go znalazłem, jak znalazłem. Odpowiedź zawsze musi być jedna. To nie ja znalazłem Boga. To Bóg mnie znalazł.

Jest jeszcze inny wymiar tej opowieści. Psychologowie twierdzą, że początkiem uzdrowienia jest chwila, kiedy człowiek określi swoją chorobę, wypowie swoje bolączki, nazwie po imieniu swoje zranienia. Dopiero wtedy można szukać drogi uzdrowienia. Prarodzice odpowiedzieli Bogu na Jego pytania. Wskazali na miejsce ukrycia i opowiedzieli o bólu nagości. Nie ukrywali, że dali się zwieść. A wtedy usłyszeli obietnicę o Potomku Niewiasty…
«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie...
« » Kwiecień 2018
N P W Ś C P S
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
Pobieranie...