24. tydzień zwykły

Przeczytaj i rozważ

Reklama


Bez ambicji (prywatnych) (Wj 32,7-11.13-14; Ps 51; 1 Tm 1,12-17; 2 Kor 5,19; Łk 15,1-32)

Mojżesz nie wykorzystał nadarzającej się okazji. Miał szansę zostać ojcem wielkiego narodu. Ba, ojcem Narodu Wybranego. Wystarczyłoby, że okazałby się trochę nielojalny wobec swoich ziomków. Że w chwili Bożego gniewu kiwnąłby pokornie głową słysząc słowa Boga „Widzę, że lud ten jest ludem o twardym karku. Zostaw Mnie przeto w spokoju, aby rozpalił się gniew mój na nich. Chcę ich wyniszczyć, a ciebie uczynić wielkim ludem”.

A on nie. Ze wszystkich sił bronił potomków Abrahama, Izaaka i Izraela. Nie wykazał ani trochę politycznego sprytu, aby wykorzystać swoje pięć minut i wylansować siebie. Zachował się jak człowiek bez ambicji. Przynajmniej bez osobistych ambicji. Wyżej stawiał dobro wspólnoty niż swoje własne. Dziś to dla wielu niepojęte. Dziś króluje zasada, że jak ktoś się chwieje, to trzeba go popchnąć, żeby się przewrócił, a nie ratować przed kompletnym upadkiem. Że to niechrześcijańskie? A któżby się takimi szczegółami przejmował?

Uczniowie Chrystusa chowają do kieszeni swoje ambicje i biegną na ratunek każdemu upadającemu. Bo każdy i każda z nich może powiedzieć o sobie z całą szczerością „dostąpiłem miłosierdzia po to, by we mnie pierwszym Jezus Chrystus pokazał całą wielkoduszność jako przykład dla tych, którzy w Niego wierzyć będą dla życia wiecznego”.


Pozory mylą (1 Tm 2,1-8; Ps 28; J 3,16; Łk 7,1-10)

Ci, którzy chcieli od Jezusa pomocy, zwykle z mniejszą lub większą nieśmiałością przychodzili do Niego, przedstawiali pokornie swoje prośby lub cichaczem dotykali Jego szaty. A setnik nie. Setnik wysłał do Chrystusa umyślnego. Nie pofatygował się osobiście.

Zaraz można pomyśleć, że jako przedstawiciel wojsk okupacyjnych, był tak pyszny, że nie uważał za stosowne, aby rozmawiać z Jezusem twarzą twarz. Może uznał, że on, Rzymianin, może rozkazywać jakiemuś tam rabinowi?

Dalszy bieg wydarzeń pokazuje, że motywacje setnika były zupełnie inne. Że nie był pyszny, lecz pokorny i pełen wiary. Jezus nie tylko się nie obraził, ale go pochwalił. Mimo, że nie widział człowieka na oczy, mimo że nie został nawet wpuszczony do jego domu, Chrystus wygłasza wielką pochwałę jego wiary.

Pozory często mylą. Aby wiedzieć, jakie są prawdziwe intencje i zamiary człowieka, trzeba zajrzeć w jego serce. A to potrafi tylko Bóg.


Nieposłuszni? (Mdr 4,7-15; Ps 148; 1 J 2,12-17; Mt 5,8; Łk 2,41-52)

Droga Stanisława Kostki do chwały ołtarzy zaczęła się od ucieczki. I od sprzeciwienia się woli rodziców. Bo oni nie chcieli, żeby Stanisław został jezuitą. Jak to rodzice - chcieli dla swego dziecka jak najlepiej. Nie zapytali jednak Boga, co dla ich potomka naprawdę będzie najlepsze. Albo może zapytali, tylko nie dosłyszeli odpowiedzi? Bo nie chodzi o to, żeby mieć pretensje do rodziców.

We wspomnienie św. Stanisława Kostki Kościół wskazuje do czytania opowieść o poważnej wpadce Jezusa. U progu dorosłości doprowadził do tego, że od swej Matki usłyszał „Synu, czemuś nam to uczynił?”. Sprawił Jej i św. Józefowi ból serca. Jak każde nieposłuszne dziecko.

To dziwne, że decydując się na pełnienie woli Ojca, który jest w niebie, czasami sprawia się ból najbliższym ludziom. Ale ten ból przemija. A radość z wierności Bogu pozostaje.


Tak źle i tak niedobrze (1 Tm 3,14-16; Ps 111; J 6,63b.68b Łk 7,31-35)

Ludziom strasznie trudno dogodzić. Zawsze się znajdą niezadowoleni, który szybko pociągną za sobą innych. Zderzenie z czymś, co redaktorzy Biblii Tysiąclecia nazwali „duchem przekory” było dla Jezusa wyraźnie irytujące. Do tego stopnia, że porównał swój naród do rozkapryszonych dzieci.

Dlaczego jesteśmy wciąż niezadowoleni z tego, czym obdarza nas Bóg? Dlaczego wciąż mamy kwaśne miny i mnożymy prośby, a właściwie żądania pod jego adresem? Dlaczego nie doceniamy Jego darów? Dlaczego nieustannie szukamy dziury w całym?

To nie są pytania do sesji u psychoterapeuty. To są pytania do rachunku sumienia.

W gorzkiej wypowiedzi Jezusa jest nutka optymizmu. „A jednak wszystkie dzieci mądrości przyznały jej słuszność” - powiedział Boży Syn. Tak niewiele - być dzieckiem mądrości... A nie dzieckiem malkontenctwa. To naprawdę jest możliwe.


Mamy cię! (1 Tm 4,12-16; Ps 111; Mt 11,28; Łk 7,36-50 (z dnia) lub 2 Mch 7,1-2.9-14; Ps 116B; Mt 5,10; Mt 10,17-22)

Być może ten faryzeusz, który zaprosił Jezusa na posiłek, gdy zobaczył, że pozwala On, aby znana w całym mieście grzesznica (ciekawe, że wszyscy od razu myślą o jednym rodzaju grzechów, chociaż św. Łukasz nie sprecyzował, co miała na sumieniu) oblewała łzami Jego stopy i całowała je, pomyślał sobie coś w rodzaju „Mam Cię!”.

Jeśli tak, to popełnił fatalny błąd. Jezus wiedział. A mimo to pozwalał.

Jak się chwilę później okazało, Jezus wiedział też, co sobie pomyślał ów faryzeusz. I tę jego myśl wykorzystał, aby doprowadzić do konkluzji „Odpuszczone są jej liczne grzechy, ponieważ bardzo umiłowała. A ten, komu mało się odpuszcza, mało miłuje”.

No i kto tu powinien powiedzieć „Mam cię”? Ale to nie po Bożemu. Wbrew temu, co myśli wielu - także pobożnych katolików - Bóg nie jest zajęty zbieraniem haków na człowieka i zastawianiem na niego pułapek. Bóg chce każdego człowieka zbawić, a nie udowodnić mu, jaki jest słaby i grzeszny. Bóg mówi „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy jesteście utrudzeni i obciążeni, a Ja was pokrzepię”.


Doczekał się (Ef 4,1-7.11-13; Ps 19; Mt 9,9-13)

Mateusz-Lewi źle wybrał. Został celnikiem. Dlatego wiódł życie człowieka wykluczonego. Jeżeli już ktoś na niego spojrzał, to tylko po to, aby obdarzyć go pogardą.

Któregoś dnia spojrzał na niego Jezus. Inaczej niż wszyscy. Bez pogardy. Z miłością. I powiedział: „Pójdź za Mną”.

Sądząc z natychmiastowej reakcji Mateusza, który po prostu wstał i poszedł za Chrystusem zostawiając całe swoje dotychczasowe życie, czekał na to od dawna. Czekał, aż ktoś dostrzeże w nim nie urzędnika, który pracuje na rzecz okupanta odnosząc przy tym osobiste korzyści, lecz człowieka. Być może pogubionego, ale człowieka. No i się doczekał.

Ludzi wykluczonych ze swych społeczności pełno jest w każdych czasach. Dziś w Polsce dla jednych powodem wykluczenia może być nawet to, że słuchają pewnego radia, dla innych nawet to, że go nie słuchają. Albo że czytają pewną gazetę lub jej nie czytają.

Łączy ich jedno. Czekają na spojrzenie pełne miłości. Bez pogardy. I na pewno się doczekają.


Ziarenko (1 Tm 6,13-16; Ps 100; Łk 8,15; Łk 8,4-15)

Jakoś rzadko myślę o sobie, jako o glebie, o ziemi, czyli o podłożu, na którym ma coś wyrastać. A właśnie w taki sposób powinien myśleć o sobie słuchacz Jezusowej przypowieści o siewcy. Łatwiej by mi było uważać siebie za ziarenko, które pada i stara się w zaistniałych warunkach jakoś nie tylko przetrwać, ale jeszcze wydać plon.

Nic z tego. Ziarnem jest słowo Boże. A ja jestem ziemią. Czyli to ja stwarzam warunki. Ode mnie zależy, czy ziarno przyniesie plon czy nie. Mało tego. Ode mnie zależy, czy w ogóle coś z tego ziarna wyrośnie. To ogromna odpowiedzialność!

Gotowość przyjęcia ziarna to dużo, ale jednak serdecznie za mało. To tak, jakby zaprosić gości i nie tylko nie posprzątać domu, ale nawet nie zagotować wody na herbatę.
«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie...

Reklama

« » Luty 2018
N P W Ś C P S
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 1 2 3

Reklama

Pobieranie...

Reklama