Ojcze, daj nam dziś powszedniego chleba

Dotknąć Modlitwy Pańskiej. Rozdział piąty.

Reklama

Po tej robocie jadę w góry – rzuciłem. Kolega spojrzał na mnie w z wyrzutem i zaczął mówić o kolejnej wspaniałej konstrukcji do pomalowania i roztaczać przede mną wizję tego, co będzie można zrobić za zarobione w ten sposób pieniądze. Ale ja nie chciałem. Był ciepły czerwiec. Powoli zaczynało mnie męczyć to codzienne użeranie się na stalowych konstrukcjach z pogodą, rdzą, pędzlami i zbyt szybko parującym rozpuszczalnikiem. Co to za życie? I po co? Fakt, pieniądze z tego były niezłe. Tyle że w dobie coraz bardziej rozpędzającej się inflacji i tak niewiele można było za nie kupić. Inwestować? Hahaha. Kiedy nawet kupowanie dolarów było przestępstwem! A na codzienne potrzeby to, co udało się dotąd zarobić, wystarczało aż nadto. Nie chciałem iść w ślady oszczędnego dziadka, który prócz miłości i uśmiechu zostawił swoim wnukom całkiem pokaźny plik różnych banknotów. Pochodziły z różnych okresów polskich dziejów XX wieku, a łączyło je jedno: po kolejnych wymianach pieniędzy były zupełnie bezwartościowe. Znacznie lepiej niż tracić czas na młotkowanie (konstrukcję, którą malowaliśmy rdza złapała na powierzchniach niewielkich, ale za to była trudna do usunięcia, więc trzeba było ją odbijać młotkiem) było zwyczajnie gdzieś wyjechać. 

Przyszłość? Była całkowicie w rękach Boga. I w tym była też cała nadzieja. Nie wiem, może miałem mniejsze potrzeby niż wielu moich znajomych. W każdym razie Bóg tak jakoś kierował moim losem, że czego jak czego, ale pieniędzy na podstawowe potrzeby to mi jakoś nie brakowało. Wystarczało nawet na znacznie więcej. 

„Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj”... Tylko tego? Chyba nie o sam chleb chodzi. Do tego, by żyć trzeba jednak trochę więcej. Nie tylko ciut bardziej urozmaiconego jedzenia, ale jeszcze ubrania i dachu nad głową. W naszym klimacie bez tego się nie da. I w tym błaganiu Ojca o powszedni chleb chyba kryje się właśnie prośba o to wszystko, co do życie jest niezbędnie potrzebne. Bez czego pozostaje tylko udręka niekończącej się niepewności. To prośba: Boże, Ty wiesz, czego do życia potrzebuję; proszę, spraw, by mi tego nigdy nie zabrakło. 

Prośba leni? Takich co to zamiast zakasać rękawy wolą wołać „daj, daj, daj”? Niekoniecznie. Przecież tak naprawdę także w tym względzie bardzo niewiele zależy od nas samych. Nie tylko lenie mają permanentny kłopot ze znalezieniem stałej pracy. A i ci, którzy dziś ją mają mogą ją przecież stracić. Własny interes? No a co jeśli usługi mojej  firmy staną się niepotrzebne? Stanowisko w administracji? No a zmiana władzy? Jeszcze może przyjść jakaś klęska żywiołowa, w której straci tak wielu, że nie będzie komu przyjść nam z pomocą. No i coś, co zdarza się dość często: choroba. Najlepsze chęci do pracy wtedy nie wystarczą. 

Zapobiegliwość to pewnie dobra cecha. Skierowana do Boga prośba o  powszedni chleb uświadamia jednak nam, konstruktorom Titaniców i budowniczym Wież Babel, że tak naprawdę nasza przyszłość jest w rękach Boga. Zawsze. I dobrze kiedy o tym pamiętamy. 

Zobacz też:

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    « » Grudzień 2017
    N P W Ś C P S
    26 27 28 29 30 1 2
    3 4 5 6 7 8 9
    10 11 12 13 14 15 16
    17 18 19 20 21 22 23
    24 25 26 27 28 29 30
    31 1 2 3 4 5 6

    Reklama

    Pobieranie...

    Reklama