Chodźmy także i my

ajm

publikacja 31.03.2026 16:03

... aby razem z Nim umrzeć. Opowieść o drodze Triduum Paschalnego.

Zajasniało nam światło nadziei zmartwychwstania Henryk Przondziono /Foto Gość Zajasniało nam światło nadziei zmartwychwstania
Krzyż okazał się wielkim zwycięstwem

Tytuł tego tekstu i pierwsze słowa zajawki to zdanie, 
które wypowiedział Tomasz, Didymos, 
zachęcając pozostałych uczniów

do powrotu wraz z Jezusem do Judei i Jerozolimy (J 11,16).

Część pierwsza. Postanowione: wracamy do Jerozolimy

Rozpoczął się Wielki Tydzień. Wiosna jakby na chwilę zatrzymała się i zawróciła po zostawiony gdzieś po drodze płaszcz, bo po ciepłych dniach wróciły chłody. Za oknem szarowiosennie; to znaczy nie aż tak szaro jak jesienią, ale jednak, niebo przykryte równą warstwą chmur. I chłodno. Nawet listki na drzewach zatrzymały się w swoim rozkwicie. Jeszcze nie teraz, jeszcze poczekajmy – zdają się mówić. Jakby wiedziały, że zbyt wczesny sukces może okazać się klęską....

Sukces... Ha. Tak to już jest, że kiedy ktoś go osiąga zawsze znajdą się zawistni, których będzie to kłuło w oczy. Zrobią wszystko, by człowieka sukcesu podeptać, a jego działo zniszczyć. Jedni nie mogą znieść tego, że przy tym, który odniósł sukces, ich blask nie jest wystarczająco jasny. Inni tego, że ktoś się wybił, a oni ciągle w tle, w dalekim szeregu. Jeszcze inni dla samej przyjemności niszczenia. Takie historie zdarzają się ciągle. W różnych wariantach, w różnych miejscach świata i różnych czasach. Zdarzyło się to też w 33 roku po Chrystusie w Jerozolimie. Jezusowi zwanemu Chrystusem właśnie. Urósł za bardzo, zbyt był wysoko. Dlatego uwierał, sama jego obecność kłuła w oczy. I trzeba było Go zabić. 

A zaczęło się od wielkiego triumfu. Po wielu miesiącach nauczania gdzieś na opłotkach, po wielu sporach z przywódcami i nauczycielami ludu, przybywa do stolicy, do Jerozolimy, witany jak prorok. „Ogromny tłum słał swe płaszcze na drodze, inni obcinali gałązki z drzew i ścielili na drodze. A tłumy, które Go poprzedzały i które szły za Nim, wołały głośno: Hosanna Synowi Dawida!  Błogosławiony Ten, który przychodzi w imię Pańskie! Hosanna na wysokościach!  Gdy wjechał do Jerozolimy, poruszyło się całe miasto, i pytano: «Kto to jest?» A tłumy odpowiadały: «To jest prorok, Jezus z Nazaretu w Galilei»”. Ale potem atmosfera wokół Niego zaczęła się zagęszczać. Spory z przywódcami, których nazwał przewrotnymi dzierżawcami winnicy, wzbraniającymi się przed oddaniem właścicielowi należnej mu części zbiorów, czy zaproszonymi na królewska ucztę, którzy lekceważąc władcę znajdują różne wymówki, by nie przybyć. Tak, to byli oni: przywódcy Izraela. Już poczuli się właścicielami Bożego ludu. Już uwierzyli, że wiedzą wszystko lepiej od Boga, bo przecież znają Torę od podszewki. Dlatego wzgardzili nawet posłanym do nich przez Boga Bożym Synem....

Ale przecież nie udałoby im się doprowadzić do skazania Jezusa, gdyby nie ich pomagierzy. Wielka rzesza takich, którzy uważali, że żaden prorok nie może pochodzić z Galilei, a już na pewno nie z galilejskiego Nazaretu. No i spora grupa  takich, którzy chętnie dokopią każdemu leżącemu, bo tak wyładowują swoje frustracje. Pewnie też nie udałoby się skazać Jezusa, gdyby nie zdrajca, który wskazał Go działającej pod osłonę nocy, a mieniącej się stróżami porządku, rozbójniczej zgrai. Tak to jest: by przeprowadzić swoje niecne plany, trzeba wsparcia tak zwanych zwykłych ludzi. Albo przynajmniej ich milczenia. 

Siedzę przed ekranem komputera, ale sercem i głową jestem gdzieś tam, daleko w czasie i w przestrzeni, w Jerozolimie 33 roku po Chrystusie. Niemal czuję mieszające się z różnymi odorami zapachy tego miasta, niemal dotykam kamiennych murów domów i słyszę jego zgiełk. Zgiełk powoli zapełniającego się pielgrzymami miasta przygotowującego się na wielkie święta. I podskórnie wyczuwam to towarzyszące normalności napięcie: Jezus musi zginąć, bo jeśli nie, to przyjdą Rzymianie i zburzą to miejsce z jego świątynią – mówi gdzieś w „gabinetach władzy” do starszyzny Izraela arcykapłan Kajfasz. A uliczkami przemyka już niezadowolony z wylania na nogi Mistrza całego flakonu drogocennego olejku Judasz. Niebawem zarobi swoje trzydzieści srebrników...

Czekam na czwartkowy wieczór. To wtedy rozpocznie się finał tego dramatu. Póki co patrzę oczyma duszy na przechodniów, starając się odgadnąć, jak się zachowają, gdy dowiedzą się, że prorok z Nazaretu został przez przywódców Izraela oskarżony i wydany Rzymianom na śmierć. Nie wiem. Oni tego też jeszcze nie wiedzą. To się dopiero okaże. Jak zawsze w życiu, gdy maski deklaracji ustępują prawdzie faktycznych postaw. 

W Jerozolimie dwadzieścia wieków później   Roman Koszowski /Foto Gość W Jerozolimie dwadzieścia wieków później

Część druga. To czyńcie na Moją pamiątkę

Ale co? Sprawujcie Eucharystię? Tak, ale chyba nie tylko...

Trwa przedświąteczna krzątanina. Trzeba jeszcze to i jeszcze tamto, bo wiadomo, święta. „Najchętniej bym przed świętami gdzieś wyjechała, żeby nie musieć tego wszystkiego robić – słyszę stojąc w sklepowej kolejce”. Musieć? Ha... 

To tak jak owego 33 roku w Jerozolimie. Tam też pewnie trwała przedświąteczna krzątanina, a miasto zapełniało się chcącymi godnie obejść paschę pielgrzymami. Sprzątanie, zadbanie o stół, o wybranie odpowiedniego baranka. Tylko jeszcze nie wolno go zabić. To zrobią kapłani dopiero w piątek...

Nie lepiej było zostać za Jordanem? Tam macki przywódców Izraela nie sięgały. Albo przynajmniej w Betanii, gdzie o pojmanie Go i doprowadzenie przed oblicze Sanhedrynu byłoby znacznie trudniej. Jezus jednak wchodzi do paszczy lwa. Chce ze swoimi uczniami spożyć paschę. W Jerozolimie. Po skończonej wieczerzy nie odejdzie gdzieś dalej, a zatrzyma się w posiadłości znajomych, po drugiej stronie Cedronu, u podnóża Góry Oliwnej. Niepokojąco blisko świątyni i domu arcykapłana. On już wie, że zostanie zabity. Że tym razem nie przejdzie niezauważony wśród tłumu, że tym razem Go dopadną. Ale się nie cofa. Jeśli taka Twoja wola Ojcze, jeśli muszą mnie zabić, to niech tak będzie. Skoro to posłuszeństwo Tobie tyle musi kosztować, to nie Moja, ale Twoja wola niech się stanie...

W kościołach uroczyście. Wszak to Msza wyjątkowa, Msza Wieczerzy Pańskiej. Sprawowana na pamiątkę... No właśnie: czego? Nie, nie Ostatniej Wieczerzy. To pascha nowego przejścia. Nie jak kiedyś, Izraela, przez Morze Czerwone z kraju niewoli do wolności w mlekiem i miodem płynącej Ziemi Obiecanej. To przejście Jezusa –   i nas wraz z Nim – ze śmierci do życia. Jak niegdyś krew paschalnego Baranka uratowała od śmierci pierworodnych w Egipcie, tak teraz krew ukrzyżowanego Jezusa, Baranka Bożego, uratuje wierzących w Niego od śmierci wiecznej. Jego Ciało zostanie za nas wydane, Jego krew za nas wylana. I będzie to jednocześnie krew, w której Bóg zawrze ze swoim ludem, Kościołem, nowe i wieczne przymierze... 

O ile w Wieczerniku wszystko to Jezus dopiero zapowiadał, o tyle w każdej Eucharystii, w każdej Mszy, wspominamy to i uobecniamy. Razem w Jezusem przechodzimy ze śmierci do życia. Jego Ciało i Jego Krew stają się dla nas pokarmem dającym życie wieczne... To zapewne dlatego powiedział swoim uczniom: „Gorąco pragnąłem spożyć Paschę z wami, zanim będę cierpiał” (Łk 22,15). Bo chciał, żeby uczniowie zrozumieli sens Jego śmierci. I chciał nam ten obrzęd, obrzęd Nowej Paschy, Eucharystii, zostawić. Byśmy go sprawowali na Jego pamiątkę. Skoro jest uobecnieniem Jego zbawczej męki i śmierci, jest też najlepszym oddawaniem czci Ojcu; bo jest uobecnieniem ofiary Jego posłuszeństwa aż do śmierci. A skoro jest owym uobecnieniem zbawczej ofiary Jezusa, jest jednocześnie tym miejscem w czasoprzestrzeni, w którym spływają na nas nieprzebrane Boże łaski....

Ale ta wielkoczwartkowa Eucharystia różni się trochę od wszystkich innych, sprawowanych codziennie w naszych kościołach. Nie, nie tylko tym, że jest bardziej uroczysta. Obrzędem mycia nóg. W pewnym jej momencie, po homilii celebrujący ją zdejmuje ornat. I na oczach wszystkich myje wybranym przedtem osobom nogi.

To tylko gest. Przypominający to samo zrobił Jezus w Wieczerniku. Ale gest bardzo ważny. Bo choć przecież jest to wieczór, w którym wspominamy zarówno ustanowienie Eucharystii jak i sakramentu kapłaństwa, to Ewangelia Wielkiego Czwartku na tym właśnie geście Jezusa się koncentruje. „Wy Mnie nazywacie Nauczycielem i Panem i dobrze mówicie, bo nim jestem – powiedział swoim uczniom Jezus. – Jeżeli więc Ja, Pan i Nauczyciel, umyłem wam nogi, to i wyście powinni sobie nawzajem umywać nogi. Dałem wam bowiem przykład, abyście i wy tak czynili, jak Ja wam uczyniłem”. Oczyma duszy jakbym to widział: początek uroczystej wieczerzy, przybrudzone drogą nowi uczniów i Jezus jako służący. I rozumiem Piotra, który tak mocno się przed tym wzdragał. On, Pan, Nauczyciel, wykonuje czynność służącego.... 

To nie jakaś chwila egzaltacji. Tego Jezus uczył już wcześniej. Ot, gdy matka Jakuba i Jana prosiła o przyszłe zaszczyty dla swoich synów, powiedział: „Wiecie, że władcy narodów uciskają je, a wielcy dają im odczuć swą władzę. Nie tak będzie u was. Lecz kto by między wami chciał stać się wielkim, niech będzie waszym sługą. A kto by chciał być pierwszym między wami, niech będzie niewolnikiem waszym, na wzór Syna Człowieczego, który nie przyszedł, aby Mu służono, lecz aby służyć i dać swoje życie na okup za wielu”. 

Władcy, wielcy, panowie, mistrzowie.  To chyba jedno z tych najbardziej „zapominanych” wskazań Jezusa. Władza, także wśród chrześcijan, ciągle daje odczuć, że jest ponad, wielkość ciągle się nadyma, panowie ciągle pomiatają, mistrzowie nie znoszą słowa sprzeciwu... 

Służba? Tak się tylko o tym mówi. I można nawet się na to nabrać. Można się łudzić, zachwycać pustymi gestami. Dopóki nie dochodzi do jakiegoś konfliktu, spięcia. Wtedy nie ma wątpliwości, kto może wymusić posłuszeństwo, kto nie ma prawa do sprzeciwu; kto może spojrzeć z góry, kto musi wzrok wbić w ziemię, kto jest od pokazywania palcem, kto od wykonywania poleceń, kto zjadł wszystkie rozumy, kto na niczym się nie zna...

Tak, Jezus przypomniał uczniom, że to wszystko czego ich uczył, powinni wprowadzać w życie; że tych dziewięć błogosławieństw, o których mówił na początku „kazania na górze” i te wszystkie inne wskazania, to nie fakultatywny dodatek to dziesięciorga przykazań, a styl, którym wszyscy jego uczniowie powinni starać się żyć. Niezależnie od tego jakie mają powołanie. A może nawet ci, wyniesieni ponad innych, szczególnie. 

Wieczerza paschalna, pierwsza wieczerza nowej paschy... O czym jeszcze mówiono wtedy w Wieczerniku? O zdradzie. „Jeden z was mnie wyda” mówił Jezus. Ale nawet gdy Judasz wyszedł  uczniowie nie bardzo zrozumieli, że to on. „A była noc” napisał o tej chwili Ewangelista Jan. Noc na dworze, noc w sercu Judasza... 

I w takiej właśnie scenerii umieszcza ów Ewangelista długa mowę Jezusa. To Jego jakby testament, ostatnie pouczenie. O tym, jak bliscy Jemu i Ojcu są Jego uczniowie. I nawet głośno się za nich modli. A potem, już po wieczerzy, idzie nocą z uczniami za Cedron, do Ogrodu Oliwnego. 

Pójdę i ja z Nim, w symbolicznej procesji kończącej wielkoczwartkową celebrację. Procesji, w której przechowywany na co dzień w tabernakulum Najświętszy Sakrament, przy rytmicznym stukocie klekotek, zostanie przeniesiony do tak zwanej ciemnicy; symbolu lęku ogrodu Getsemani i wszystkich tych miejsc, w których rozgrywały się kolejne etapy męki Jezusa Chrystusa. 

A potem pójdę spać. Jak uczniowie w owym oliwnym ogrodzie. Pewnie nic mnie nie zbudzi, żadna zgraja od arcykapłanów i starszych ludu. Poranek też nie zaskoczy mnie wieścią o aresztowaniu Jezusa. Wszak żyjąc dwa tysiące lat później wiem, że tak właśnie się stanie.  Ale myślami wrócę do tamtych chwil i miejsc, by się uczyć...

Chodźmy także i my   Andrzej Macura CC-SA 4.0

Cześć trzecia: Z tej śmierci tryska życie

Jeśli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze....

Przychodzą takie chwile, gdy człowiek ma już dość. Dość tłumaczenia, sporów, dość walki. Nie to, że nic to nie da. Może by i dało. Na chwilę. Potem, jak już wiele razy bywało, wróciłoby stare. Bo upór, bo przemożna chęć, by jednak postawić na swoim. I znów potrzeba tłumaczenia, znów spory, znów walka... Nie, dam już spokój. Przegram, fakt, ale niech to się już skończy....

Ile razy w sporach z różnymi nauczycielami i przywódcami Izraela pokazał, że racja, prawda i sprawiedliwość są po jego stronie? Ile razy Jego przeciwnicy zawstydzeni rzeczową argumentacją musieli ustąpić? W dłuższej perspektywie nic to jednak nie dało. Nie przekonał ich że jest od Boga, bo nie chcieli przyjąć prawdy. Zacięli się w swoim uporze.  A ich pełna poczucia wyższości niechęć przepoczwarzyła się już w nienawiść. I w noc poprzedzającą dzień przygotowania do Paschy wybuchła z całą swą gwałtownością....

Gdzieś po głowie kołacze stara piosenka: „O, Getsemani, srebrzyste cienie tańczą pod drzewami, o Getsemani, najbliższy uczeń nawet śpi”.... Tak było. Nawet najbliżsi zasnęli. Niby słyszeli, co go czeka, bo im powiedział, ale jakby to do nich nie dotarło... Był sam, bał się. Wiedział, co go czeka. Ale się nie wycofał. Wiedział, że teraz nadeszła w końcu ta godzina, w której musi pokazać, że przed posłuszeństwem Ojcu, przed wiernością temu, po co Go posłał na świat, nie cofnie się nawet w obliczu bolesnej śmierci...

Ile godzin trwało przesłuchiwanie Go, zanim w końcu wziął krzyż? Na pewno co najmniej kilka. Pojmano go w nocy, jeszcze nocą stanął przed sądem Sanhedrynu. A rankiem zaprowadzono Go do Piłata. Ten też nie od razu Go skazał.... Mnóstwo czasu na wypowiedzenie wielu słów. Ale, jak zauważyli Ewangeliści, Jezus niechętnie cokolwiek mówił. Nie wdawał się w wielkie dyskusje, nie tłumaczył. Przyznając przed Sanhedrynem, zgodnie z prawdą, że jest Synem Bożym, równym Ojcu, sam dał pretekst, by mieli za co Go skazań. Przed Piłatem też już niespecjalnie się bronił. A wobec Heroda, do sądu którego próbował odesłać Go Piłat, nie powiedział ani słowa... Potem, na krzyżu, też już niewiele mówił... Skoro nie mógł, jak modlił się w Ogrójcu, ominąć Go ten kielich, po prostu go przyjął; wypił do końca. 

Liturgia Wielkiego Piątku też bardziej niż zwykle milcząca. Rozpoczyna się w ciszy. Celebrans z asystą w ciszy idą przed ogołocony ołtarz. Słuchać tylko odgłos ich kroków. Potem wszyscy w ciszy na dłuższą chwilę przed tym ołtarzem klękają.  Kapłan zaś pada krzyżem, twarzą do ziemi.... No bo co mówić? Żadne słowa nie wyrażą dość dobrze tego, co stało się, gdy dawca życia przez tych, którzy życie od Niego otrzymali, został zabity na krzyżu....

A potem, bez żadnych wstępów i powitań, nawet bez znaku krzyża, rozpocznie się liturgia słowa. Przejmująca. W pierwszym czytaniu usłyszę Izajaszowe proroctwo o słudze Pańskim zabitym za grzechy ludu. „Dręczono Go, lecz sam pozwolił się gnębić, nawet nie otworzył ust swoich. Jak baranek na rzeź prowadzony, jak owca niema wobec strzygących ją, tak On nie otworzył ust swoich” – usłyszę. Tak, czasem milczenie jest najsensowniejszym, co można zrobić.... W drugim czytaniu zachętą by zaufać temu, który dla nas umarł. Ewangelia zaś to długa i przejmująca opowieść Apostoła Jana o tym co się w Wielki Piątek wydarzyło. 

Tyle złości. Tyle nienawiści. Zaślepiającej nienawiści. No bo jak bez tego wytłumaczyć, że ci, którzy za swojego jedynego władcę uznawali Boga, w a Rzymianach widzieli tymczasowych, wstrętnych okupantów, teraz tylko po to, by Piłat Jezusa skazał, publicznie zadeklarowali, że poza Cezarem nie mają króla?

Tak, nienawiść zaślepia. Widzę to od lat w naszych polskich, politycznych sporach. I nie tylko. Widzę jak odbiera racjonalność, zdolność do bycia sprawiedliwym, uczciwym i przyzwoitym. Gniew, nienawiść, widzą tylko swoje „ja chcę”, „ja sobie życzę”... Na przeciwnym biegunie takiej postawy jest miłość. Autentyczna miłość. Taka, która nie zadowala się pustymi gestami, ale naprawdę myje nogi. W liturgii Wielkiego Piątku wyrazi się w bardzo rozbudowanej tego dnia Modlitwie Wiernych, w której Kościół stara się objąć cały świat; wszystkich ludzi i wszystkie ich sprawy. A potem nastąpi adoracja krzyża...

„Oto drzewo krzyża na którym zawisło zbawienie świata!” – zaintonuje kapłan. A wszyscy odpowiedzą „Pójdźmy z pokłonem” i padną na kolana... Znów bardziej niż słowa przemawiać będzie cisza. I milczący znak odsłanianego krzyża. Tak, to prawdziwe drzewo życia. Dzięki niemu mamy życie i życie mieć będziemy. O ile wiernie będziemy trwali w  Chrystusie. Tak, „na drzewie rajskim śmierć wzięła początek, na drzewie krzyża powstało nowe życie, a szatan, który na drzewie zwyciężył, na drzewie również został pokonany”. Ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię obumarło, Chrystus został zabity. Ale jego śmierć wydała plon: dla nas nowe życie. 

Potem jeszcze z Hostii konsekrowanych w poprzednich dniach udzielona zostanie zgromadzonym w kościele Komunia. Z konsekrowanych w poprzednich dniach, bo Wielki Piątek to z Wielką Sobotę te dwa dni, w których Kościół nie sprawuje Eucharystii. Na koniec zaś Ciało Chrystusa, ukryte w Eucharystycznym chlebie, złożone zostanie w symbolicznym Bożym grobie. Tego wieczoru i przez cały następny dzień, do zmroku, będzie można rozmyślać nad tym co się wydarzyło. I adorować Tego, który swoją wiernością Ojcu aż do śmierci naprawił niewierność Adama. 

Będzie o czym rozmyślać. Nie tylko przy Bożym grobie. Może wrócą słowa Izajasza „Dręczono Go, lecz sam pozwolił się gnębić, nawet nie otworzył ust swoich. Jak baranek na rzeź prowadzony, jak owca niema wobec strzygących ją, tak On nie otworzył ust swoich”. Tak, można tłumaczyć, spierać się, walczyć. Ale czasem już nie warto. To nic nie da. Najwyżej odsunie nieuchronne jeszcze na jakiś czas. Zaciętych w zawziętości, zaślepionych wyrastającą z wszechogarniającej pychy nienawiścią, to już nie zmieni. Pozostaje ufać, że obumarłe w ziemi ziarno jednak przyniesie jakieś dobre owoce....

Na drzewie rajskim śmierć wzięła początek, na drzewie krzyża powstało nowe życie   Józef Wolny /Foto Gość Na drzewie rajskim śmierć wzięła początek, na drzewie krzyża powstało nowe życie

Część czwarta. Cisza

Wydawać by się mogło, że cisza utrwala wcześniejsze rozstrzygnięcia. Niekoniecznie: odzierając ze złudzeń pomaga odkryć sens. Kto zaś zwyciężył, a kto poniósł klęskę, pokaże czas. 

Mawia się, że nieobecny nie ma racji. Słusznie. Ani jej nie obroni, ani jej nie dowiedzie. Z milczącym jest podobnie. Nikogo nie przekona. Jego przeciwnicy mogą tryumfować. Póki co. Bo przyjdzie czas - choćby był to dopiero dzień Sądu Ostatecznego - gdy okaże się, kto ją miał, a kto głęboko się mylił. Tak było w Wielka Sobotę z Jezusem. Już po problemie – mogli uznać Jego przeciwnicy. Prawdziwy miał się dopiero zacząć. Najbliższej nocy...

Wielka Sobota. Dzień ciszy. Wspominamy... Tak, dzień, w którym Chrystus leżał w grobie. A więc dzień, gdy Jego uczniowie przeżywali gorycz klęski Mistrza, uczyli się żyć z zawiedzionymi nadziejami, konfrontowali z pytaniem czy naprawdę nic w obronie Jezusa nie dało się zarobić, na ile w tej sprawie zawiedli.... A może i próbowali się czepiać z ludzkiej perspektywy nadziei: On powiedział, że zmartwychwstanie... Wiele pytań, jeszcze więcej niewiadomych. Jakoś prowokujących i nas. O nasze zawiedzione nadzieje, o te, które jeszcze pozostały. O to, na ile jesteśmy wierni, na ile zawodzimy... A więc ciszej. 

Paradoksalnie ten właśnie dzień w naszych kościołach jest jednym z głośniejszych. Z powodu zwyczaju święcenia tego dnia wielkanocnych potraw. Cóż... To w sumie dość wymowny znak. Wtedy też, gdy Chrystus leżał w grobie, a Jego bliscy, którym świat zawalił się na głowę, z tymi wszystkimi kłębiącymi się w głowach pytaniami opłakiwali Go, mieszkańcy Jerozolimy i liczni pielgrzymi obchodzili radosne święto paschy. Wielu ważnych przy tym mocno z siebie zadowolonych, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. Przecież w końcu udało się uśmiercić człowieka, który podważył fundamenty ich jedynie słusznych religijnych przekonań. Stało się, co zapowiadał Jezus uczniom: „Wy będziecie płakać i zawodzić, a świat się będzie weselił” (J 16,20a). Przegrani, skuleni, odarci z nadziei...  Choć niebawem spełnić miała się druga część tej zapowiedzi: „Wy będziecie się smucić, ale smutek wasz zamieni się w radość” (J 16, 20b)...

Ten kontrast jest znamienny. W Wielką Sobotę trzeba by się zatrzymać, zadumać. Ale świat wokół pędzi. Prędzej nawet niż zwykle. Przecież to ostatni dzień przed świętami. Jeszcze to, jeszcze tamto, zapiąć na ostatni guzik wszystkie przygotowania, by potem... No właśnie: Po co? Rankiem następnego dnia zjeść wielkanocne śniadanie, za parę godzin wielkanocny obiad, po nim deser, potem kolację... 

Takie to jest to nasze życie. Biegniemy. Często nie wiadomo po co. Nie ma czasu, by się zatrzymać. Do chwili, gdy zatrzymuje nas los. Jakieś nieszczęście, choroba, umieranie bliskich. Wtedy człowiek zupełnie inaczej patrzy na to, co trzeba, a co niekoniecznie; co warto, a co wartości właściwie nie ma...

Gdzie wtedy był Chrystus? Nie było Go ani ani w świątyni, ani w Wieczerniku, ani ogrodzie Getsemani. Nie było w domu Marty, Marii i Łazarza w Betanii, nie było w drodze powrotnej do Galilei. Leżał w grobie. Jego ciało. A co z duszą i bóstwem?„Zstąpił do piekieł” – powtarzamy w Wyznaniu Wiary. Nie piekła, a piekieł, otchłani. Tam, gdzie przebywały dusze sprawiedliwych czekając na otwarcie bram nieba. Bo przecież zanim Chrystus człowieka zbawił, nie było takiej możliwości... Ewangelista Mateusz napisał, że po Jego śmierci  „groby się otworzyły i wiele ciał Świętych, którzy umarli, powstało, i wyszedłszy z grobów po Jego zmartwychwstaniu, weszli oni do Miasta Świętego i ukazali się wielu” (Mt 27,52). Tak, Chrystus uwolnił z jarzma grzechu i śmierci także tych sprawiedliwych, którzy żyli przed nim. Pewnie też, jak przedstawia się to często na ikonach zmartwychwstania, także Adama i Ewę. Oni zawinili. On ich grzech naprawił...

Wielka Sobota, czas ciszy, czas milczenia. Nie da się wszystkiego wyrazić słowami – mówił Kohelet. Czasem lepiej milczeć. I pozwolić przemówić ciszy. By dotknąć ciszy. By doświadczyć niewysłowionego. Nawet jeśli to głównie pustka. Z otchłani ciszy wcześniej czy później wyłoni się jakiś sens. A kto ma rację,  kto się mylił, pokaże czas... 

Cisza   Andrzej Macura CC-SA 4.0 Cisza

 

Część piąta. Zmiana reguł gry

To jak dobry sen. Spadasz w przepaść i jesteś przekonany, że już nic cię nie uratuje. Nagle okazuje się, że nie, że wszystko OK, że żyjesz i jest super. Tyle że to nie sen, a rzeczywistość. 

Kto nie odczuwa niepokoju przed ciemnością? Nie tylko w czeluściach różnych podziemi, ale nawet przed pełnymi uroku nocami? To chyba atawizm. Biorący się najpewniej z tego, że nocą, nawet jeśli człowiek nie śpi, jest najbardziej bezbronny. W ciemności łatwo czaić się złu, bo trudniej je zauważyć. Dlatego wszystko wydaje się bardziej groźne. Nocą lęki budzi nawet to, czego za dnia nawet byśmy nie zauważyli. Jakieś trzaśnięcie drzwiami na korytarzu, jakiś zakapturzony młodzian na ulicy. Noc to czas knowań, podstępów, spisków. Bo wcale albo znacznie mniej świadków.  Znaleźć bezpieczne schronienie – podpowiada zaniepokojony instynkt. Doczekać poranka. W świetle dnia te średnio racjonalne obawy znikają. Jakby ich nigdy nie było....

Była noc, gdy dwa tysiące lat temu Jezus Chrystus przyszedł na świat. Niewielu to widziało. I gdyby nie zaalarmowani przez aniołów pasterze, niewielu by w tych godzinach ten cud zobaczyło. I była noc, gdy Chrystus pokonawszy śmierć powstał z grobu. Świadkowie... Ci pilnujący grobu Jezusa strażnicy chyba też nie. Wszyscy Ewangeliści piszą o pustym grobie, ale... Napisał Ewangelista Mateusz: „Po upływie szabatu, o świcie pierwszego dnia tygodnia przyszła Maria Magdalena i druga Maria obejrzeć grób. A oto powstało wielkie trzęsienie ziemi. Albowiem anioł Pański zstąpił z nieba, podszedł, odsunął kamień i usiadł na nim”. Chrystus z grobu zniknął. Jakby wyparował. Świadectwem takiego obrotu spraw jest zdumienie Jana, który jako pierwszy wszedł do grobu i zobaczył płótna, w które był owinięty Jezus (J 20,1-9). Napisał w swojej Ewangelii, że wtedy uwierzył. Musiało być w nich coś dziwnego. Przecież gdyby ktoś z tych pogrzebowych całunów zwyczajnie wydobył ciało Jezusa, zwyczajnie je rozwinął, nie przekonałyby Jana o zmartwychwstaniu.... 

Charakterystyczne, prawda? Wielkie wydarzenia w naszym świecie zazwyczaj związane są z tłumnymi obchodami: wszystko świetnie przygotowane, wyreżyserowane, są bohaterowie, są widzowie, w dzisiejszych czasach nawet media. Największe wydarzenie w historii świata – pokonanie przez Chrystusa śmierci – dokonało się bez świadków. Wiemy, że tak się stało, bo opowiedzieli nam o tym ci, którzy widzieli tego wydarzenia skutki – pusty grób, a potem samego Zmartwychwstałego, który z nimi jadł, którego mogli dotknąć. Ale świadków samego zmartwychwstania Jezusa nie było. No, być może prócz jednego, ale niemego: tych płócien, w  które był zawinięty po śmierci Jezusa. Tyle że ten świadek przemówił dopiero, gdy ludzkość nauczyła się odczytywać zawarte na nich świadectwo...

A więc noc. Nie wiemy dokładnie kiedy. Gdzieś między wieczorem a porankiem. Dlatego nasze świętowanie zmartwychwstania, liturgia Wigilii Paschalnej, rozpoczyna się nocą. Dzięki temu towarzyszący jej znak światła staje się bardziej czytelny, świeca wnoszonego do pogrążonej w ciemności świątyni naprawdę rozprasza ciemności. A potem, kiedy podzieli się płomieniem ze świecami zgromadzonych w kościele, sprawia, że ciemności całkiem pierzchają. Światło zwycięża mrok. To symbol. Światło Chrystusa też zwycięża mrok. Nie, nie tę fizyczną ciemność. Rozprasza mroki grzechu i śmierci. Ludzkości, siedzącej w mroku i cieniu śmierci, wschodzi (z wysoka, nie na wschodzie!) Słońce. Możemy żyć wiecznie. W wiecznym szczęściu. Warunek? Uwierzyć w Chrystusa.  On już pokonał śmierć. 

Znaczenie tego symbolu szeroko wyjaśnia odśpiewywany na początku tej liturgii Exultet. „Weselcie się już zastępy aniołów w niebie, weselcie się słudzy Boga, niechaj zabrzmią dzwony głoszące zbawienie, gdy Król tak wielki odnosi się zwycięstwo. Raduj się ziemio opromieniona tak niezmiernym blaskiem, a oświecona jasnością Króla wieków poczuj, ze wolna jesteś od mroku, co świat okrywa”...

Tak, Jezus sprawił, że pokonany został największy wróg człowieka, śmierć. On jest Panem, czyli władcą wszystkiego, wszystkich rzeczy, wszystkich ludzi, wszystkich istot duchowych.... Przypomina o tym zresztą liturgia na samym początku, zanim jeszcze świeca paschalna zostanie zapalona. Kapłan, symbolicznie kreśląc znaki na paschale wypowiada słowa: „Chrystus wczoraj i dziś, Początek i koniec, Alfa i Omega. Do Niego należy czas  i wieczność.  Jemu chwała i panowanie przez wszystkie wieki wieków. Amen”. Tak, Amen, to najszczersza prawda. Choć może się czasem wydawać, że siły zła mocniejsze, że Bóg za daleko, to nieprawda. To do Niego, Ojca i Jego Syna i Ducha Świętego, należy czas i wieczność.

W tym duchu właśnie warto słuchać czytań liturgii słowa tej celebracji. Przypominają parę wydarzeń z historii zbawienia. Pokazują Wszechmocnego, który chce dobra człowieka – stworzył nas, byśmy byli szczęśliwi, nie po to, by nas dręczyć – ale szanuje ludzką wolność. Nie zmusza, byśmy Go kochali, nie zmusza, byśmy Mu oddawali cześć, ale dając nam różne znaki czeka, aż sami pójdziemy po rozum do głowy. I choć nie dajemy rady być przed Bogiem idealni, nasze grzechy obmywa krew Jego Syna; obmyci mamy życie wieczne. I nawet gdy umrzemy, będziemy dalej żyć...

A potem? Potem jest liturgia wody.... To przypomnienie sakramentu, który wszczepia nas w śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa: chrztu. Tej nocy Kościół chrzci katechumenów i zachęca nas, dawno już ochrzczonych, byśmy wrócili do korzeni: byśmy uświadomiwszy sobie jak wielki dar otrzymaliśmy, jeszcze raz wyrzekli się zła i jeszcze raz opowiedzieli się za dawcą życia, Trójjedynym Bogiem. Ojcem, Synem i Duchem...

Tak, woda obmywa. Nie trzeba wyjaśniać: wszyscy codziennie się myjemy. Bez tego zaroślibyśmy brudem.  Woda chrztu obmyła nas z z brudu grzechu. W czasach kaw, herbat i słodkich napojów trochę mniej oczywistym chyba stało się, że woda daje też życie. Że bez niej... Cóż, potrzebuje jej nasz organizm. Regularniej niż jedzenia. Potrzebują jej służące nam za pokarm rośliny i zwierzęta. Nie, bez niej nie ma życia. Bez wody chrztu, bez wody żywej – jak to mówił Jezus przy studni Samarytance o Duchu Świętym – nie ma życia wiecznego. Bez Boga człowiek jest tylko to życie. Z Bogiem, z Chrystusem, Duchem Świętym, jest życie, które nigdy się nie kończy... Ta część Liturgii Paschalnej uświadamia nam, jak wielkim dartem zostaliśmy przez Boga w Chrystusie obdarzeni: mamy życie. Mamy życie w obfitości tu, na ziemi, i mamy życie wieczne w niebie;  na nowej ziemi pod nowym niebem – jak to ujął święty Jan Apokalipsie... Ale – przypomina też znak wody – woda może się też stać narzędziem zagłady. Jak niegdyś wody potopu, jak niegdyś, przy wyjściu Izraela z Egiptu, wody Morza Czerwonego. Jednych uratowały, drugich zatopiły. Nas woda chrztu ratuje. Ratuje nas Duch Święty którego źródłem w nas stał się chrzest. Ale jeśli ktoś nie idzie do tego źródła, jeśli ktoś je w sobie zakopał...

A potem jest czwarta część Liturgii Wigilii Paschalnej: liturgia eucharystyczna. Taka, jak w każdej Mszy. Może nam ten obrzęd już spowszedniał, ale... W  noc, kiedy wspominamy zmartwychwstanie Chrystusa dobrze znane słowa nabierają szczególnego wyrazu. Przynajmniej w moim odczuciu są bardziej wyraziste niż w każdy inny dzień. Bardziej nawet niż w Wielki Czwartek. Wtedy słowa „bierzcie i jedzcie, to test Ciało moja”, bierzcie i pijcie to jest Krew Moja” były bardziej zapowiedzią. W noc zmartwychwstania wiemy: to już się stało. Jego Ciało już zostało wydane, Jego krew już przelana. Dzięki dobroci Boga zajaśniała nam perspektywa zmartwychwstania i życia wiecznego. On już teraz, w sakramencie chrztu, dał nam nowe życie. I ciągle, w każdej Eucharystii, karmi nas, by to życie w nas nie umarło; byśmy doczekali obietnicy Chrystusa (J 6):

Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli nie będziecie spożywali Ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie. Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym. Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a Krew moja jest prawdziwym napojem. Kto spożywa moje Ciało i Krew moją pije, trwa we Mnie, a Ja w nim. Jak Mnie posłał żyjący Ojciec, a Ja żyję przez Ojca, tak i ten, kto Mnie spożywa, będzie żył przeze Mnie.

Tak, Wielka Noc. I tamta, kiedy Chrystusa zmartwychwstał i te, podczas których Jego zmartwychwstanie w tak szczególny sposób celebrujemy.... To wszystko zmieniło. Przygnieciony ciężarem życia, już bez nadziei, że te ziemskie utrapienia przed moją śmiercią jeszcze kiedyś się skończą, oddycham głębiej, spokojniej. To życie, przecież mimo wszystko piękne, kiedyś jednak się skończy. Chwała Bogu, że po nim jest jeszcze to szczęśliwe życie, które nie skończy się nigdy. 

Spotkanie ze Zmartwychwstałym   Andrzej Macura Spotkanie ze Zmartwychwstałym
Jeśli w to wierzysz, wszystko jest inne

Ta historia nie ma końca

Chrystus zmartwychwstał. I ciągle żyje. Choć kończy się ten tekst, choć kończy się Triduum Paschalne, historia Jezusa zmartwychwstałego ciągle trwa. Ciągle przemienia. Nas, żyjących w trzeciej dekadzie XXI też może. 

Tylko tamta noc poznała godzinę zmartwychwstania Chrystusa – śpiewa kapłan w orędziu wielkanocnym. Tylko tamte ściany wykutego w skale grobowca – moglibyśmy dodać. Ale żaden człowiek. Chrystus dokonał największego cudu w ukryciu jeszcze większym niż to, które towarzyszyło Mu w dniu narodzin. Bóg nie afiszuje się swoją potęgą. Bóg nikomu niczego nie narzuca. 

O Jego zmartwychwstaniu dowiedzieliśmy się, bo kobiety, a potem też Jego uczniowie, nie znaleźli Go w grobie. Bo potem przez czterdzieści dni ukazywał się im. Widzieli Go, rozmawiali z Nim, mogli Go dotknąć, a nawet widzieli, jak jadł i pił. Raz nawet, nad Jeziorem Galilejskim, sam przyrządził im śniadanie... Ale nawet gdy wstąpił do nieba, to nie był koniec. Wszak uczniowie doświadczali Jego mocy. Napełnieni posłanym przez Niego od Ojca Duchem Świętym doświadczyli w sobie czegoś, czego nigdy wcześniej nie mieli. Głosili z mocą, a ludzie ich słuchali. Czynili wiele znaków i cudów. Nie, oni, zwykli przedtem ludzie, nie daliby rady odnosić takich sukcesów, gdyby historia Jezusa zakończyła się w grobie. 

Piszą Ewangeliści, że rankiem, pierwszego dnia po szabacie, kobiety poszły do grobu Jezusa. Ale już uczniowie Piotr i Jan, usłyszawszy, że grób był pusty, biegli. To była wieść, wobec której nie można było zachować spokoju. To ciągle jest wieść, która wstrząsa myśleniem tych, do których historia o zmartwychwstaniu Jezusa wcześniej nie dotarła. A my? Nie, nie dziwne, że nie zmusza nas do biegu; nie dziwne, że nas już mocno nie porusza. Wszak znamy ją od wielu lat, często od dzieciństwa. Ale czy dostrzegamy jeszcze, jak ważna i wiele zmieniająca to wieść?

W części parafii procesja rezurekcyjna nie odbywa się nocą, ale w wielkanocny poranek. Przypomina wtedy te procesje ludzi, którzy chcieli zobaczyć pusty grób Jezusa, którzy na własne oczy chcieli się przekonać. Przypomina głośnym porannym śpiewem, biciem dzwonów i dźwiękiem dzwonków raban tamtego poranka: Chrystus zmartwychwstał! Prawdziwie Zmartwychwstał! Świat jeszcze nie wie? To się dowie. 
Tak, dowie się. Tyle że niekoniecznie uwierzy. Tak było wtedy, tak jest i dziś. Dlaczego? Wie pewnie tylko znający dobrze ludzkie serca Bóg. Ci, którzy uwierzyli nie są w stanie na niczyją decyzję wpłynąć. Ale mogą dać szansę...

To musiało być piękne zamieszanie. Wtedy, w dzień zmartwychwstania w Jerozolimie. Niedawno jeszcze triumfujący teraz wpadali w popłoch. Niedawno jeszcze przegrani, teraz mogli cieszyć się, że stanęli po właściwej stronie. Chciałoby się nacieszyć tym wszystkim ale.... Ale dlaczego nie? Tam, w Jerozolimie, w Judei, w Galilei, nic się tego pierwszego dnia nie skończyło. Trwało jeszcze czterdzieści dni. A potem, już inaczej, trwało dalej i rozlało się aż na krańce świata. Kościół w liturgii proponuje, byśmy i my na procesji rezurekcyjnej nie kończyli, ale w tej radości trwali dalej. W Oktawie Wielkiej Nocy, w całym wielotygodniowym Okresie Wielkanocy. Ta historia trwała wtedy, ale i teraz może trwać. Dalej możemy się nią cieszyć.

Życie każe po kilku dniach święta wrócić do codzienności. Ale ja tak do końca wracać nie chcę. Chcę myślą i sercem być przy spotkaniach uczniów ze Zmartwychwstałym. Chcę czuć się zaskoczony ich zaskoczeniem, cieszyć się ich radością, stawać się razem z nimi mądrzejszy mądrością Chrystusa. A przede wszystkim trwać w tym przekonaniu, że i moje życie, choćby nie wiadomo jak wielkie spadły na mnie klęski, ostatecznie dobrze się skończy. Wszak Zmartwychwstały obiecał, że i ja zmartwychwstanę. Z taką ubezpieczeniową polisą wszystko dużo jaśniejsze. 

Zajasniało nam światło nadziei zmartwychwstania   Henryk Przondziono /Foto Gość Zajasniało nam światło nadziei zmartwychwstania
Krzyż okazał się wielkim zwycięstwem