Gorzkie Żale

V Niedziela Wielkiego Postu

Reklama

Droga Krzyżowa

 

„Piłat, chcąc uwolnić Jezusa, ponownie przemówił do nich. Lecz oni wołali: «Ukrzyżuj, ukrzyżuj Go!» Piłat więc zawyrokował, żeby ich żądanie zostało spełnione. Uwolnił im tego, którego się domagali, a który za rozruch i zabójstwo był wtrącony do więzienia; Jezusa zaś zdał na ich wolę.

Gdy Go wyprowadzili, zatrzymali niejakiego Szymona z Cyreny, który wracał z pola, i włożyli na niego krzyż, aby go niósł za Jezusem.
A szło za Nim mnóstwo ludu, także kobiet, które zawodziły i płakały nad Nim. Lecz Jezus zwrócił się do nich i rzekł: «Córki jerozolimskie, nie płaczcie nade Mną; płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmi! Oto bowiem przyjdą dni, kiedy mówić będą: "Szczęśliwe niepłodne łona, które nie rodziły, i piersi, które nie karmiły". Wtedy zaczną wołać do gór: Padnijcie na nas; a do pagórków: Przykryjcie nas! Bo jeśli z zielonym drzewem to czynią, cóż się stanie z suchym?»
Przyprowadzono też dwóch innych złoczyńców, aby ich z Nim stracić.” Łk 23,20.24-32

 

Droga Krzyżowa Jezusa zaczęła się po umyciu przez Piłata rąk i wydaniu Jezusa na ukrzyżowanie. Jezus wziął krzyż i postawił pierwszy krok.

Nasza droga krzyżowa zaczyna się, gdy się rodzimy. Wówczas bierzemy swój krzyż i wydajemy pierwszy krzyk – sprzeciwu wobec tego krzyża.

Uderzające jest milczenie Jezusa podczas niesienia krzyża. Jak bardzo kontrastuje to z naszym narzekaniem na krzyż codziennego dnia, powszednich obowiązków. Prawie w każdej naszej rozmowie to narzekanie się pojawia.

Narzekanie, które tak naprawdę pokazuje, jak wiele w nas sprzeciwu wobec Boga, jak wiele mamy pretensji do Niego o to:

-        że jesteśmy tacy, jacy jesteśmy

-        że wyglądamy tak, jak wyglądamy

-        że mamy takich, a nie innych rodziców i rodzeństwo

-        że nasze życie małżeńskie czy rodzinne wygląda tak, a nie inaczej

-        że żyjemy w takim, a nie innym kraju

-        że mamy takie, a nie inne zdrowie

-        że że mamy taką, a nie inną pracę

i tak dalej, i tak dalej...

Ktoś się obruszy i powie, że przecież to narzekanie nie oznacza pretensji wobec Boga. Owszem, jeżeli się to zdarzy raz czy drugi, jeśli wypływa z naszego zmęczenia – nie musi oznaczać pretensji. Ale jeśli ktoś cały czas narzeka – na siebie, na innych, na świat, na to czy na tamto, to zastanówmy się, w jaki sposób taki człowiek postrzega wypełnianie Bożej woli? W jaki sposób patrzy na niesienie swojego codziennego krzyża? Ile jest w nim postawy Jezusa, który milcząco wziął swój krzyż i go niósł?

Czy w Nim była pretensja wobec Ojca, że musi wziąć krzyż, że Ojciec Mu tego nie oszczędził?

A jak my patrzymy na to, co trudne w naszym życiu?

Jak często narzekamy na ludzi, którzy obok nas żyją i z którymi męczymy się w taki czy inny sposób? Czy patrzymy na nich jak na fragment naszej drogi krzyżowej?

Jezus milcząco niósł krzyż, jednakże Jego milczenie kończyło się zawsze w chwili, gdy wymagało tego dobro drugiego człowieka, nawet oprawcy.

To dlatego spoliczkowany przez żołnierza nie nadstawił milcząco drugiego policzka, ale zadał mu pytanie, pytanie, które zmuszają do refleksji: „Czemu mnie bijesz?”

Ktoś, kto w życiu rodzinnym czy zawodowym doświadcza przemocy, doświadcza policzkowania, też może i ma prawo z odwagą i zatroskaniem spytać tego, który go krzywdzi: „Dlaczego to robisz?”

Kiedy Jezus spotkał płaczące kobiety, zwrócił im uwagę na to, że człowiek nie powinien patrzeć tylko na to, co zewnętrzne, na zewnętrzne objawy cierpienia, ale powinien wchodzić w głąb po to, by dostrzec, że największą żałość i płacz powinny wzbudzać w nim jego własne grzechy, jego odchodzenie od Boga. Jezus przecież cierpiał za nasze grzechy, więc tylko nasze unikanie grzechów sprawia, że Jego męka jest mniejsza.

I to bardzo dobry fragment, by rozważać go podczas wszelkich dyskusji o eutanazji. Do zabicia starszego czy schorowanego człowieka prowadzi bowiem taka właśnie fałszywa litość nad jego zewnętrznym cierpieniem, cierpieniem fizycznym. Do takiego myślenia właśnie prowadzi brak refleksji, brak zastanowienia się nad tym, co ja powinienem zrobić, żeby temu człowiekowi ulżyć.

Na Drodze Krzyżowej Jezusa byli też ludzie, którym nie powiedział ani jednego słowa. Czy to znaczy, że byli Mu obojętni? Szymon z Cyreny, Weronika, Maryja, Jego Matka...

Na naszej drodze krzyżowej Bóg stawia nam też takich ludzi. Czy jednak potrafimy ich przyjąć tak, jak to zrobił Pan Jezus?

Jak my zachowujemy się wobec kogoś, kto pomaga nam tak jak Szymon z Cyreny – bo musi, a nie dlatego, że chce? Czy umiemy także taką pomoc przyjąć z wdzięcznością?

Albo jeśli ktoś tak, jak Weronika, „tylko” otrze nam twarz – czy umiemy dostrzec wielkość tego drobnego w swej istocie gestu? Czy umiemy być wdzięczni za pomoc, którą ktoś nam okaże, mimo że ta pomoc często wygląda inaczej, niż taka, jaką w danym momencie byśmy chcieli otrzymać?

Zobaczmy, jak często nawet w przyjmowaniu czyjegoś drobnego gestu, pomocy, życzliwości oceniamy je przez pryzmat tego, czy jest to zgodne z naszymi wyobrażeniami i oczekiwaniami. Jak często nie umiemy dziękować Bogu za drobne gesty życzliwości i dobroci drugiego człowieka – bo w naszych oczach są za małe, bo są nie takie, bo spodziewaliśmy się czego innego albo od kogo innego...

I spotkanie z Matką...

Trudne spotkanie – i dla Matki, i dla Syna.

Dobrze by było, gdyby tej scenie z uwagą przyglądali się rodzice dzieci, niosących swój krzyż, ale i dzieci, w których życiu jest trud i ciężar.

Maryja nie rzuciła się z płaczem na Syna niosącego krzyż. Nie utrudniała Mu swoim zachowaniem wypełniania woli Ojca. Nie dołożyła Mu ciężaru swego użalania się nad Nim, swego żalu nad sobą i swojego bólu. Ona Synowi towarzyszyła – była obok – co czasem jest najtrudniejszą formą miłości wobec dzieci.

Być obok, a nie ciągle wyręczać, usuwać ciężary, dokładać własnych – i narzekać później na niewdzięczność dzieci.

Być obok – i nie pouczać, nie dawać dobrych rad – pozwolić dziecku nieść swój krzyż tak, jak samo potrafi najlepiej.

Być obok – to znaczy uwierzyć Bogu, że i to dziecko jest Jego ukochanym dzieckiem i On trzyma je z miłością w swoich rękach.

A jaka nauka płynie z tej sceny dla dzieci? Że nawet w największych ich cierpieniach i trudach jest obok nich ktoś, kto o nich myśli, kto się za nich modli – nawet jeśli fizycznie w żaden sposób nie może im pomóc. Że dźwiganie krzyża należy do danego człowieka i nikt nie może – i nie powinien – go w tym wyręczać.

No właśnie. Nasze zachowanie na naszej osobistej drodze krzyżowej pokazuje nam najlepiej, kim jest dla nas Pan Bóg – i czy jest w nas zaufanie wobec Niego. To zaufanie przejawia się właśnie w milczeniu, a nie w narzekaniu; przejawia się we wdzięczności za każde, nawet najmniejsze dobro, a nie w marudzeniu, czy wybrzydzaniu.

To zaufanie przejawia się tez w tym, że pozwalamy się Bogu kierować – Jezus nie starał się uciec od krzyża. A uliczki Jerozolimy – jakże kręte i zawiłe, pełne ludzi i straganów – stwarzały na pewno taką i okazję, i pokusę. My natomiast często jednak staramy się bokiem usunąć z naszej drogi krzyżowej. Sądzimy, że jeśli wybierzemy inną drogę, to będzie nam się lżej niosło krzyż, a może okaże się, że uda się go gdzieś tam pod jakimś sklepikiem czy murem zostawić...

I błądzimy, i trudzimy się coraz bardziej, i krzyż ciąży nam coraz mocniej. Coraz więcej upadków – i coraz mniej ludzi, którzy mogliby nam pomóc.

Zauważmy, ile w nas niecierpliwości. To właśnie ta niecierpliwość popycha nas do poszukiwania innych, alternatywnych dróg niesienia krzyża lub innych sposobów na jego niesienie. A niecierpliwość jest zawsze z diabła, a nie z Boga. To szatan nam podsuwa właśnie tę myśl, że coś musi być już, że musi być teraz, natychmiast, na zawołanie, że czekanie to strata czasu, a cierpliwe niesienie krzyża to idiotyzm.

Bóg jest cierpliwy, jest nieskończenie cierpliwy – i to od Niego tej cierpliwości trzeba się uczyć. Cierpliwości wobec innych, cierpliwości wobec siebie, cierpliwości wobec własnego krzyża. Tej cierpliwości, która rodzi w sercu człowieka pokój – i pogłębia zaufanie Bogu, że On naprawdę rządzi światem i wszystko, nawet najmniejszy wróbel, jest w Jego ręku. A bez Jego wiedzy i woli włos nam z głowy nie spadnie...

Zapatrzmy się więc na Jezusa, cierpliwie i w milczeniu niosącego swój krzyż. Adorujmy Go i otwierajmy nasze serca na przyjęcie łaski cierpliwości, łaski milczenia, łaski wdzięczności, jakie Bóg chce nam hojnie ofiarować.

EKSA

«« | « | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Pobieranie...

Reklama

« » Listopad 2017
N P W Ś C P S
29 30 31 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 1 2
3 4 5 6 7 8 9

Reklama

Pobieranie...

Reklama