Refleksja na dziś - 11. tydzień zwykły

Przeczytaj i rozważ.


Ziarno (Ez 17,22-24; Ps 92; 2 Kor 5,6-10; Mk 4,26-34)

Dwoje dzieci włożyło w ziemię po ziarenku, pragnąc by wykiełkowały. Jedno cierpliwie czekało, codziennie podlewając. Drugie co chwila wyjmowało je z ziemi, żeby obejrzeć „jak wygląda od drugiego końca”. Tylko pierwsze doczekało się wzrostu.

Królestwo Boże jest takim ziarnem, zasianym w nas. Ziarna oddanego ziemi nie widać. Na posiane ziarno człowiek nie ma wpływu. Reszta zależy od niego samego, od ziemi, od warunków. Królestwo Boże rośnie nie wiadomo kiedy i w jaki sposób. Niewiele mogę zrobić, poza staraniem, by być dobrą glebą dla wzrostu, by nie zabrakło wody.

Frustrujące?

Czy śpisz, czy czuwasz, we dnie i w nocy nasienie kiełkuje i rośnie – słyszę dzisiaj. - Mnie zostaw wzrost. I nie sprawdzaj co chwila, czy już coś wykiełkowało…


Sługa przez wszystko (2 Kor 6,1010; Ps 98; Mt 5,38-42)

Zastanawiam się ile lat mógł mieć święty Paweł, gdy pisał te słowa: „Nie dając nikomu sposobności do zgorszenia, aby nie wyszydzono naszej posługi, okazujemy się sługami Boga przez wszystko”… I wymienia trudy, które ponosi dla Chrystusa i Ewangelii. Skąd czerpał siły? To dobre dla młodzieńców. Ciągle się narażać, ciągle być we wzgardzie, ciągle niczego nie mieć. Nawet domu, do którego można by wrócić…

Ale myślę też, że choć nie pójdę jego śladami w licznych apostolskich podróżach, to przecież mogę – tak jak on – być sługą Boga we wszystkim. W tym co mnie przynosi los. W pracy, obowiązkach, zmęczeniu, wypoczynku, codziennych radościach i kłopotach. Nie tylko przez cierpliwe znoszenie przeciwności. Przede wszystkim, gdy zawsze staram się żyć jak Chrystus żyłby będąc na moim miejscu.

On chyba mniej niż taką czy inną sprawę zawsze bardziej widział człowieka...


Pusty trzos (2 Kor 8,1-9; Ps 146; Mt 5,43-48)

„Skrajne ich ubóstwo zajaśniało bogactwem prostoty”…
Człowiek nie powinien dziadować. Tak sobie czasem tłumaczę swoją troskę o dobra materialne. Franciszkańskie ideały ubóstwo dawno poszły w kąt. Po co być biednym skoro można mieć tyle fajnych rzeczy?

Dziś święty Paweł uzmysławia mi, że bycie ubogim nie musi oznaczać dziadowania. Jeśli ubóstwo jest świadomym wyborem prostych środków, wyborem skromności, umiaru, wtedy może stać się bogactwem. Bogactwem prostoty…

Wierni Kościołów w Macedonii, choć sami mieli niewiele, zdecydowali się hojnie wesprzeć bardziej potrzebujących. Kto wie, może przeczuwali, że pusty brzuch i pusty trzos ułatwiają wznoszenie się ducha ku niebu?


Radosnego dawcę miłuje Bóg (2 Kor 9,6-11; Ps 112; Mt 6,1-6.16-18)

Czerwone słońce chyliło się już za horyzont. Dunajec szumiał, a on szedł kilkanaście metrów przede mną. Ze starym, brezentowym plecakiem i w z leksza zdezelowanych lakierkach. Nagle się zatrzymał. Odwrocił się, wyciągnął z plecaka kupiony przed chwilą chleb i smalec i prawie przymusił, bym z nim zjadł kolację. Na ławce. Bo kiedy sam ma, to chętnie się dzieli…

Tych dziesięć minut posiedzieliśmy razem. Potem nasze drogi się rozeszły. Nigdy więcej się nie spotkaliśmy. Przypomniałem sobie o nim dzisiaj, gdy przeczytałem, że radosnego dawcę miłuje Bóg.

Pewnie tego wariata też. Bo jak tu nie cieszyć się kimś, kto choć sam nie śmierdzi groszem, chciałby ludziom nieba przychylić?


O prostotę dziecka (2 Kor 10,1-11; Ps 111; Mt 6,7-15)

„Obawiam się jednak, ażeby nie były odwiedzione umysły wasze od prostoty i czystości wobec Chrystusa w taki sposób, jak w swojej chytrości wąż uwiódł Ewę”.

Jak łatwo zamienić wiarę na puste rytuały i sztywne, nie zawsze ewangeliczne obyczaje. Mogę tego u siebie nawet nie dostrzegać, podobnie jak przestałem dostrzegać treść internetowych reklam. Dlatego muszę się pilnować. Ciągle wracać do wiary czystej, prostej, dziecięcej; ciągle budować ją na modlitewnej relacji z Bogiem, nie przyjmowaniu jakiegoś –izmu. Choćby miał to być katolicyzm…

Bo kiedy wobec Boga tracę prostotę dziecka, a próbuje zgrywać mądralę, diabeł już zaciera ręce. Wcześniej czy później omota mnie, jak niegdyś uwiódł Ewę. Wszak pycha to pierwszy z grzechów głównych…


Twarda miłość Oz 11,1.3-4.8c-9; Ps: Iz 12; Ef 3,8-12.14-19; J 19,31-37

Zawsze mnie niepokoi, gdy przed czytaniem widzę w lekcjonarzu zapis w stylu 11,1.3-4.8c-9. Zastanawiam się wtedy czego nie usłyszę. I dlaczego.

Dany mi dziś przez Kościół test z księgi Ozeasza więcej mi mówi o Bożej miłości do człowieka, niż teologiczne traktaty. „Kocham i dlatego musze was też uderzyć” – zdaje się wyzierać z kart świętej księgi. „Muszę, bo zapominacie, kto jest waszym dobrodziejem i pokładacie nadzieję w tych, którzy was nie obronią”. Szkoda tylko, że ręka redaktora lekcjonarza zatroskanego o słuchaczy skreśliła z biblijnego tekstu kilka zdań. Chyba niepotrzebnie, bo przez to jego wymowa mocno się spłaszczyła. Lepiej żebym jasno widział, że miłość Boga bywa wymagająca niż łudził się, że mogę z Niego szydzić, a On – naiwny – zawsze wybaczy…

Czytam jeszcze raz. Spokojnie. W rytmie wyznaczonym biblijnym tekstem. Zadziwiony żarem, z jakim wszechmocny Bóg walczy z człowiekiem o człowieka…

Miłowałem Izraela, gdy jeszcze był dzieckiem,
i syna swego wezwałem z Egiptu.
Im bardziej ich wzywałem,
tym dalej odchodzili ode Mnie,
a składali ofiary Baalom
i bożkom palili kadzidła.
A przecież Ja uczyłem chodzić Efraima,
na swe ramiona ich brałem;
oni zaś nie rozumieli, że troszczyłem się o nich.
Pociągnąłem ich ludzkimi więzami,
a były to więzy miłości.
Byłem dla nich jak ten, co podnosi
do swego policzka niemowlę -
schyliłem się ku niemu i nakarmiłem go.
Powrócą do Egiptu
i Aszszur będzie ich królem,
bo się nie chcieli nawrócić.
Miecz będzie szalał w ich miastach,
wyniszczy ich dzieci,
a nawet pożre ich twierdze.

Mój lud jest skłonny
odpaść ode Mnie -
wzywa imienia Baala,
lecz on im nie przyjdzie z pomocą.
Jakże cię mogę porzucić, Efraimie,
i jak opuścić ciebie, Izraelu?
Jakże cię mogę równać z Admą
i uczynić podobnym do Seboim?
Moje serce na to się wzdryga
i rozpalają się moje wnętrzności.
Nie chcę, aby wybuchnął płomień mego gniewu
i Efraima już więcej nie zniszczę,
albowiem Bogiem jestem, nie człowiekiem;
pośrodku ciebie jestem Ja - Święty,
i nie przychodzę, żeby zatracać.



Przyodział mnie w szaty zbawienia Iz 61,9-11; Ps: 1 Sm 2; Łk 2,41-51

Bywają ludzie nieszczęśliwi, którym obiektywnie rzecz biorąc wiedzie się dobrze. Bywają ciągle uśmiechnięci, choć dotyka ich wiele przeciwności. Radość, pokój, szczęście chyba stosunkowo rzadko biorą się z tego, co człowieka spotyka. Częściej wypływają z serca. To ono sprawia, że w deszczową pogodę człowiek potrafi się uśmiechać. Ale gdy ono jest nieszczęśliwe, niespełnione, zalęknione, żadne słońce nie potrafi rozświetlić ludzkich mroków.

„Ogromnie się weselę w Panu, dusza moja raduje się w Bogu moim, bo mnie przyodział w szaty zbawienia, okrył mnie płaszczem sprawiedliwości, jak oblubieńca, który wkłada zawój, jak oblubienicę strojną w swe klejnoty”. Tak. Kiedy wiem, że zmierzam do niebieskiego domu, w drzwiach którego czeka dobry Ojciec, mogę się cieszyć każdą chwila pielgrzymki. Choćby czasem było źle. Wszak nawet w największej niedoli weselna szata jest znakiem dobrej nadziei.
«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie...
« » Lipiec 2018
N P W Ś C P S
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
Pobieranie...