Gorzkie Żale

dodane 30.03.2003 13:46

IV Niedziela Wielkiego Postu

Gorzkie Żale Henryk Przondziono/GN Jezus w Getsemani. Scena z kościoła w Lourdes....

Nabożeństwo zawdzięcza swe powstanie księżom Misjonarzom, którzy je wprowadzili na początku XVIII wieku w Kościele Świętego Krzyża w Warszawie, skąd szybko rozpowszechniło się we wszystkich polskich katolickich diecezjach.
Umieszczenie Gorzkich Żalów w naszym serwisie ma na celu przede wszystkim przypomnienie i pokazanie piękna tego nabożeństwa. Pragniemy zachęcić do udziału w nim w kościele.


Pobudka

Posłuchaj...

1. Gorzkie żale przybywajcie, * Serca nasze przenikajcie,
2. Rozpłyńcie się, me źrenice, * Toczcie smutnych łez krynice.
3. Słońce, gwiazdy omdlewają, * Żałobą się pokrywają.
4. Płaczą rzewnie Aniołowie, * A któż -żałość ich wypowie?
5. Opoki się twarde krają, * Z grobów umarli powstają.
6. Cóż jest, pytam, co się dzieje? * Wszystko stworzenie truchleje!
7. Na ból męki Chrystusowej * Żal przejmuje bez wymowy.
8. Uderz, Jezu, bez odwłoki * W twarde serc naszych opoki!
9. Jezu mój, we krwi ran swoich * Obmyj duszę z grzechów moich!
10. Upał serca swego chłodzę, * Gdy w przepaść męki Twej wchodzę.


CZĘŚĆ I

Śpiewana w I i IV niedzielę Wielkiego Postu

Intencja

Przy pomocy łaski Bożej przystępujemy do rozważania męki Pana naszego Jezusa Chrystusa.
Ofiarować je będziemy Ojcu niebieskiemu na cześć i chwałę Jego Boskiego majestatu, pokornie Mu dziękując za wielką i niepojętą miłość ku rodzajowi ludzkiemu,
Iż raczył zesłać Syna swego, aby za nas wycierpiał okrutne męki i śmierć podjął krzyżową.
To rozmyślanie ofiarujemy również ku czci Najświętszej Marii Panny, Matki Bolesnej oraz ku uczczeniu Świętych Pańskich, którzy wyróżniali się nabożeństwem ku męce Chrystusowej.
W pierwszej części będziemy rozważali, co Pan Jezus wycierpiał od modlitwy w Ogrójcu aż do niesłusznego przed sądem oskarżenia. Te zniewagi i zelżywości temuż Panu
Za nas bolejącemu ofiarujemy za Kościół święty katolicki, za najwyższego Pasterza z całym duchowieństwem nadto za nieprzyjaciół krzyża Chrystusowego i wszystkich niewiernych, aby im Pan Bóg dał łaskę nawrócenia i opamiętania

HYMN

Posłuchaj...

1. Żal duszę ściska, serce boleść czuje, * Gdy słodki Jezus na śmierć się gotuje, * Klęczy w Ogrojcu, gdy krwawy pot leje, * Me serce mdleje.
2. Pana świętości uczeń zły całuje, * Żołnierz okrutny powrózmi krępuje! * Jezus tym więzom dla nas się poddaje, * Na śmierć wydaje.
3. Bije, popycha tłum nieposkromiony, * Nielitościwie z tej i owej strony, * Za włosy targa, znosi w cierpliwości, * Król z wysokości.
4. Zsiniałe przedtem krwią zachodzą usta, * Gdy zbrojną żołnierz rękawicą chlusta; * Wnet się zmieniło w płaczliwe wzdychanie, * Serca kochanie.
5. Oby się serce we łzy rozpływało, * Że Cię, mój Jezu, sprośnie obrażało! * Żal mi, ach żal mi, ciężkich moich złości, * Dla Twej miłości!

LAMENT DUSZY NAD CIERPIĄCYM JEZUSEM

Posłuchaj...

1. Jezu, na zabicie okrutne, Cichy Baranku od wrogów szukany, * Jezu mój kochany!
2. Jezu, za trzydzieści srebrników * Od niewdzięcznego ucznia zaprzedany, * Jezu mój kochany!
3. Jezu, w ciężkim smutku żałością, * Jakoś sam wyznał, przed śmiercią nękany, * Jezu mój kochany!
4. Jezu, na modlitwie w Ogrojcu, * Strumieniem potu krwawego zalany, * Jezu mój kochany!
5. Jezu, całowaniem zdradliwym * Od niegodnego Judasza wydany, * Jezu mój kochany!
6. Jezu, powrozami grubymi * Od swawolnego żołdactwa związany, * Jezu mój kochany!
7. Jezu, od pospólstwa zelżywie * Przed Annaszowym sądem znieważany, * Jezu mój kochany!
8. Jezu, przez ulice sromotnie * Przed sąd Kajfasza za włosy targany, * Jezu mój kochany!
9. Jezu, od Malchusa srogiego * Ręką zbrodniczą wypoliczkowany, * Jezu mój kochany!
10. Jezu, od fałszywych dwóch świadków * Za zwodziciela niesłusznie podany, * Jezu mój kochany!

Posłuchaj...

Bądź pozdrowiony, bądź pochwalony, * dla nas zelżony i pohańbiony! * Bądź uwielbiony! Bądź wysławiony! Boże nieskończony!

ROZMOWA DUSZY Z MATKĄ BOLESNĄ

Posłuchaj...

1. Ach! Ja matka tak żałosna! * Boleść mnie ściska nieznośna * Miecz me serce przenika.
2. Czemuś Matko ukochana, * Ciężko na sercu stroskana? * Czemu wszystka truchlejesz?
3. Co mnie pytasz, wszystkam w mdłości, * Mówić nie mogę z żałości, * Krew mi serce zalewa.
4. Powiedz mi, o Panno moja, * Czemu blednieje twarz Twoja? * Czemu gorzkie łzy lejesz?
5. Widzę, że Syn ukochany, * W Ogrojcu cały zalany * Potu krwawym potokiem.
6. O Matko, źródło miłości, * Niech czuję gwałt Twej żałości! * Dozwól mi z sobą płakać!

Posłuchaj...

Kazanie pasyjne



Przez cały Wielki Post katolicy polscy krok po kroku, chwila po chwili, ból po bólu rozważają podczas nabożeństw Gorzkich Żali mękę Pana naszego Jezusa Chrystusa. Pragniemy także my podążać za Naszym Zbawicielem, aby rozpamiętywać cierpienia, jakich doznał dla nas, aby odkupić nasze grzechy, choć sam był bez grzechu. Podstawą naszych rozważań jest opis pasji zawarty w Ewangelii według świętego Mateusza.
 

Oto człowiek, oto Bóg



Ktoś zadał pełne bólu pytanie: „czy to prawda, że Bóg czasem traci cierpliwość wobec nas i wtedy nas upokarza? Czy to prawda?”. Nie. Nieprawda. Bóg tym różni się od ludzi, że szanuje godność człowieka.
Nie wiadomo kiedy ludzie wykryli, że poniżanie drugiego może być przyjemne. Nie wiadomo również, kiedy zauważyli, że poniżanie sprawia człowiekowi większe cierpienie, niż niejeden ból fizyczny.
Kolejne pokolenia osiągają coraz większą doskonałość w upokarzaniu osoby ludzkiej. Istnieją nawet podręczniki, podające szczegółowo, jak upodlić drugiego człowieka. Jak go umniejszyć, jak wyśmiać, wyszydzić, odebrać mu szacunek nie tylko otoczenia, ale sprawić, aby przestał szanować samego siebie. Aby uwierzył, że jest gorszy, że się nie liczy, że istnieje tylko po to, aby być zabawką dla innych. Niektórzy do takich praktyk próbują nawet wykorzystywać religię, starają się wmieszać w to autorytet Boga. Ale zawsze jest to działanie szatańskie.

Wśród cierpień jakich doświadczył Jezus, nie zabrakło poniżenia. Został upodlony na wiele sposobów. Mnóstwo ludzi czerpało zadowolenie z wyśmiewania Go i wyszydzania. Zarówno ci na stanowiskach, jak i ci anonimowi, ukrywający się w tłumie.

Czyż nie było poniżeniem to, co zrobił Piłat, ustawiając Jezusa na równi z jakimś wichrzycielem i zabójcą? Być może nawet miał dobre intencje, gdy wołał do tłumu: „Którego chcecie, żebym wam uwolnił, Barabasza czy Jezusa, zwanego Mesjaszem?” (Mt 27,17). Ale czy zastanowił się nad tym, co w takich chwili czuł Ten, którego on, Piłat, miał osądzić? Co czuł stając się przedmiotem jakiegoś referendum, plebiscytu, głosowania nad własną popularnością? Chrystus nigdy nie zabiegał o to, aby być sławnym, nie starał się zdobyć przychylności innych, nie składał obietnic bez pokrycia. Nie mówił: „Jeśli Mnie poprzecie, dostąpicie zaszczytów i osiągniecie bogactwo”. Nie mieszał się polityki. Nie namawiał do walki z okupantem. W zestawieniu z Barabaszem był na straconej pozycji. Czyżby Piłat naprawdę nie zdawał sobie z tego sprawy? Skoro wiedział, że Jezus jest niewinny, to po co wyreżyserował takie widowisko?

Wydaje się, że miał mentalność podobną do mentalności twórców programów typu reality show. „To wy zdecydujcie o losie człowieka”. Nie był głupcem. Wiedział, że tłum wybierze Barabasza. A jednak zadał jeszcze bardziej upokarzające Jezusa pytanie: „Cóż więc mam uczynić z Jezusem, którego nazywają Mesjaszem?” Chyba się nie zdziwił, że „zawołali wszyscy: Na krzyż z Nim!” (Mt 27,22). Czegóż innego mógł się spodziewać? Sprytnie to sobie wykombinował. I wrednie. Bo na takie określenie zasługuje poniżająca manipulacja, jakiej dokonał wobec Chrystusa. Zrobił wszystko, aby odebrać Mu jakiekolwiek przypuszczenia, iż ktoś w ogóle może wystąpić w Jego obronie. Sporo wysiłku włożył Piłat w to, aby powiedzieć Chrystusowi: „Popatrz, jesteś nikim, dla nich się po prostu nie liczysz. Dla nich jesteś tylko przedmiotem zabawy. Chcą widzieć, jak umierasz, bo się śmiertelnie nudzą. Maja Cię dość. Niczego wobec nich nie osiągnąłeś. Widać źle się za to wszystko zabrałeś. Trzeba było inaczej. Ale teraz już za późno. Przegrałeś. Musisz mieć tego świadomość. Czyż to nie wyjątkowy paradoks, że Ciebie, podobno wysłanego do nich przez Boga Mesjasza, tak przecież upragnionego, ja, cudzoziemiec, przedstawiciel znienawidzonego okupanta, muszę bronić przed własnym narodem? Cóż za ironia...”.

Dla kogo właściwie przeznaczony był teatralny gest obmycia rąk przez Piłata? Dla Żydów? Dla jego zwierzchników? A może dla Jezusa, jako kolejne upokorzenie? Na zasadzie: „Nie jesteś wart, aby cię ratować. Mnie też znudziłeś”.

Może właśnie z nudów Piłat pozwolił na dalsze upokarzanie Chrystusa? Przecież nie musiał się zgadzać na to, co potem nastąpiło: „Wówczas uwolnił im Barabasza, a Jezusa kazał ubiczować i wydał na ukrzyżowanie. Wtedy żołnierze namiestnika zabrali Jezusa z sobą do pretorium i zgromadzili koło Niego całą kohortę. Rozebrali Go z szat i narzucili na Niego płaszcz szkarłatny. Uplótłszy wieniec z ciernia włożyli Mu na głowę, a do prawej ręki dali Mu trzcinę. Potem przyklękali przed Nim i szydzili z Niego, mówiąc: Witaj, królu żydowski! Przy tym pluli na Niego, brali trzcinę i bili Go po głowie. A gdy Go wyszydzili, zdjęli z Niego płaszcz, włożyli na Niego własne Jego szaty i odprowadzili Go na ukrzyżowanie” (Mt 27,26-31). Nie zapobiegł. Nie zakazał. Zgodził się na dalsze cierpienia niewinnego człowieka. Na totalne kpiny połączone z zadawaniem fizycznego bólu. Zapomniał, że ten skazaniec również jest obdarzony godnością ludzką?

A przecież, jak przypomina ks. Andrzej Zuberbier, godność człowieka oznacza jego wyjątkową pozycję w całym otaczającym go świecie. Tylko człowiek jest istotą świadomą i wolną, dzięki czemu panuje nad światem materialnym, nad innymi istotami żywymi, poznaje i organizuje wszystko dla swojego dobra. Tylko człowiek, korzystając z doświadczeń przeszłych pokoleń, świadomy jest swojej historii, wytycza swą przyszłość i tworzy kulturę, przekształcając świat. Księga Rodzaju mówi, że Bóg stworzył człowieka na swój obraz, podobnego do siebie, nakazując mu, by uprawiał ziemię, czynił ją sobie poddaną i panował nad wszystkim, cokolwiek zostało przez Boga stworzone (por. Rdz. 1,26-30).

Świadomość i wolność, właściwe człowiekowi, czynią z niego autonomiczny podmiot działania. Poznając siebie w otaczającym świecie ludzi i rzeczy, człowiek decyduje i ma prawo decydować o sobie. Toteż godności człowieka uwłacza wszystko, co go zniewala i sprowadza do poziomu rzeczy, którymi można się posługiwać. Uwłacza mu zniewolenie ze strony innych ludzi, ale także i ze strony własnych, nieujarzmionych pragnień czy popędów. Człowiekowi — istocie świadomej i wolnej — drugi człowiek winien świadomie i dobrowolnie służyć. Tak właśnie, jako służbę, określa Jezus Chrystus swoje zbawcze posłannictwo (por. Mt 20,28) i odwołuje się dla jego przyjęcia do osobistej decyzji każdego człowieka: „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię...". „Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony..." (Mk 1,155 16,16).

Chrystus chciał, byśmy dzięki wierze dostrzegali godność i wielkość każdego człowieka, zwłaszcza wszystkich ubogich, głodnych, spragnionych, bezdomnych, nagich, chorych, uwięzionych... Chciał, żebyśmy w każdym z naszych braci i sióstr dostrzegali Jego samego: „ ...wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, mniescie uczynili" (Mt 25,40). Tymczasem nie uszanowano nawet Jego godności. Godności Bożego Syna, godności Boga-człowieka...

Na zakończenie pieśń JEZU CHRYSTE, PANIE MIŁY. Posłuchaj

Ból pojednania


Kazania pasyjne 2003

Dając możliwość zapoznania się z ubiegłorocznymi rozważaniami, proponujemy w tym roku w ramach kazań pasyjnych spojrzenie na cierpienie z innej strony. Zatytułowaliśmy cykl rozważań pasyjnych „Ból pojednania”. Ich głównym wątkiem będzie sakrament pokuty i pojednania.

Bolesne zerwanie


Doświadczeni spowiednicy wiedzą, że ten „środkowy”, będący czymś rodzaju zwornika całej piątki, warunek sumienia często jest przez penitentów pomijany lub całkowicie niezrozumiany. Tymczasem, jak wyjaśnia Adrienne von Speyr, postanowienie poprawy ma być odpowiednikiem tego momentu, w którym Syn postanowił ocalić świat dla Ojca, stać się człowiekiem po to, by po wcieleniu Ojciec miał w Nim przyjaciela na ziemi. Ma ono wynikać z konsekwentnego realizowania tej przyjaźni w całym Jego ziemskim życiu, z pełnienia woli Bożej, bez najmniejszego jej uchybienia, z ciągłego spotykania z Ojcem, jak przyjaciel z przyjacielem. My zaś, grzesznicy, powinniśmy się decydować na poprawę po to, by Ojciec i Syn mieli z nas radość.

Istotnie, sensem postanowienia poprawy podejmowanego przez człowieka jest radość. Boża radość. Dopiero ta Boża radość udziela się człowiekowi.

Niektórzy słysząc o częstym zaniedbywaniu podczas przygotowywania do spowiedzi postanowienia poprawy, bardzo się dziwią. Tłumaczą, że takie postanowienie jest nieuniknioną konsekwencją szczerego żalu za grzechy. Snują wnioski, że jeśli ktoś nie podjął postanowienia poprawy, to znaczy, że naprawdę nie żałuje, że trwa w przywiązaniu do swych grzechów. Takie wnioski wydają się – choć na pozór logiczne – jednak krzywdzące. O ile rzeczywiście przy żalu doskonałym trudno sobie wyobrazić brak postanowienia poprawy, to przecież przy żalu niedoskonałym, który wystarcza, aby uzyskać przebaczenie grzechów, podjęcie postanowienia poprawy wcale nie jest takie oczywiste. Strach przed karą nie zawsze prowadzi do głębokiej wewnętrznej przemiany i gotowości zerwania ze złem. Strach przed karą może skłaniać nie tyle do zaniechania czynienia zła, ile do prób lepszego „zakamuflowania”, ukrycia go, czynienia w ten sposób, aby „nie dać się złapać”. Chociaż ten sposób myślenia w kwestii grzechów, których nie da się ukryć przed Bogiem, wydaje się zupełnie nierozsądny, to jednak ten przeniesiony z relacji międzyludzkich mechanizm pojawia się także w relacjach człowiek-Bóg. Trzeba dopiero poważnej refleksji nad sobą, nad tym, jaki jest Bóg, w którego wierzę, aby odkryć i zrozumieć absurdalność tego typu pomysłów.

Postanowienie poprawy jest nierozerwalnie związane z dwoma pierwszymi warunkami spowiedzi. Rachunek sumienia jest rozpoznaniem własnych czynów, oddzieleniem dobrych od złych. Żal to skonfrontowanie uczynionego zła z Prawdą i Miłością, uświadomienie sobie czym jest popełnione zło, jakie są jego skutki dla człowieka, dla świata, dla Boga. Skrucha oznacza przerażenie oddaleniem od Boga, które zostało wywołane przez grzech. Oznacza rosnącą tęsknotę za utraconą bliskością Boga. Stąd płacz, stąd ból, stąd poczucie strasznego dystansu i dysonansu pomiędzy Bożą Miłością a odpowiedzią na nią daną przez konkretnego człowieka.

Dlaczego o postanowieniu poprawy można mówić w ramach kazań pasyjnych, skupiających się na różnych wymiarach cierpienia w relacjach człowieka z Bogiem? Ponieważ postanowienie poprawy składa się z dwóch elementów, niosących ból i trud.

Po pierwsze, postanowienie poprawy jest odrzuceniem zła. Jest oderwaniem, usunięciem z mojego życia tego, co złe, co niezgodne z wolą Boga. Nie ma tu czasu i miejsca na operacje w znieczuleniu lub pod narkozą. Usunięcie z życia człowieka narośli grzechu niejednokrotnie powoduje krwawiącą ranę. Przełamanie samego siebie, złamanie wygodnego przyzwyczajenia do obecności zła w różnych sytuacjach mojego życia (zło niemal zawsze sprawia wrażenie wygody, stabilności, sytuacji znanej i bezpiecznej), właściwie zawsze wiąże się z mniejszym lub większym cierpieniem. Taka konieczna amputacja obcego elementu czasami może się wydawać niebezpieczna. W niektórych sytuacjach sensowniejsze wydawać by się mogło pozostawienie go na podobnej zasadzie, jak czasem chirurg zostawia w ciele człowieka odłamki granatu lub pocisk z obawy, że usuwając naruszy jakiś inny ważny dla ludzkiego życia organ. W kwestiach życia duchowego takie myślenie zawsze jest błędne.
Pozostawione zło bardzo szybko staje się źródłem zakażenia. Dlatego trzeba drastycznie, radykalnie, aż do bólu odciąć, usunąć zło. Trzeba jasno i zdecydowanie powiedzieć „koniec z tym, nie chcę tego więcej, to nie jest zgodne z wolą Boga”.

Po drugie, postanowienie poprawy jest wyborem dobra. Trudnym wyborem, odrzucającym wszelkie zgniłe kompromisy. Jest przyjęciem z całą konsekwencją i z wszystkimi konsekwencjami jako życiowej zasady „bądź wola Twoja”, powtarzanej tyle razy w modlitwie „Ojcze nasz”. Wybór dobra to nie wybór mniejszego zła. Wybór dobra to zgoda na to, że będzie się nieakceptowanym, czasami wyśmiewanym, niezrozumianym. Wybór dobra to początek całej serii kolejnych większych i mniejszych wyborów, decyzji łatwiejszych i trudniejszych, niejednokrotnie połączonych z koniecznością przeciwstawienia się innym, byciem znakiem sprzeciwu, pójścia pod prąd.

Postanowienie poprawy można porównać do decyzji podjętej przez Jezusa w Ogrójcu, podejmowanie go przypomina zmagania, jakie toczył Chrystus, pocąc się aż do krwi, by ostatecznie powiedzieć „nie moja, ale Twoja wola”.

Zwykle konkretnym wyrazem postanowienia poprawy jest nie tylko ogólna deklaracja, ale także decyzja o podjęciu walki z jakimś wybranym grzechem lub doskonaleniu określonej cnoty. To ważne, ponieważ skupienie się na czymś jednostkowym, na wyraźnie postawionym zadaniu, pomaga człowiekowi utrzymaniu wybranej postawy także w innych sytuacjach życiowych. Dlatego niektórzy spowiednicy pytają: „Z czego chcesz się po tej spowiedzi poprawić w sposób szczególny?”.
Adrienne von Speyr przypomina, że postanowienie poprawy jest tym, co z sakramentu pokuty i pojednania ma nam najskuteczniej towarzyszyć w dalszym życiu, pod warunkiem jego dopełniania. Nasze postępy między dwoma spowiedziami poznajemy właśnie po tym, czy i w jakim stopniu realizujemy powzięte postanowienie...

Bez końca?


Kazania pasyjne 2004

„Czy to cierpienie nigdy się nie skończy?” - pytał człowiek chory na raka. - „Pozwólcie mi wreszcie umrzeć” - prosił lekarzy.

W potocznym rozumieniu cierpienie jest czymś przemijalnym. Powinno być. Problemem jest tylko znalezienie odpowiedniej metody, aby je zakończyć. Boli mnie głowa - łykam pigułkę i cierpienie mija. Dolega mi coś poważniejszego - biorę zastrzyk lub jakąś inną terapię. Cierpię przez męża lub żonę, którzy nie spełniają moich oczekiwań? Biorę rozwód i przyczyna cierpienia znika. Doznaję udręki w szkole lub w pracy? Przestaję tam chodzić i już. A co jeśli jestem nieuleczalnie chory? Konsekwencją tylko takiego widzenia cierpienia jest zgoda skracanie ludzkiego życia przez lekarzy, a nawet żądanie eutanazji. Konsekwencją takiego myślenia jest zdanie, którym pewne matka w Ameryce wyjaśniała, dlaczego zabiła przed urodzeniem swoje drugie dziecko: „Po 11 września moja pierwsza córka tak wiele wycierpiała, że chciałam oszczędzić cierpień memu drugiemu dziecku”.

Nie wiadomo, czy ta kobieta była chrześcijanką. Na pewno nie myślała po chrześcijańsku. Chrześcijanin wie, że nie wystarczy usunięcie tego, co człowiek uznaje za przyczynę cierpienia. Wie, że przezwyciężenie całkowite cierpienia jest działaniem przekraczającym możliwości ludzkie. W ziemskiej perspektywie, nawet jeśli dla konkretnego człowieka, cierpienie może mieć koniec, to dla całego rodzaju ludzkiego okazuje się zjawiskiem nie mającym końca. Wymyślane nieustannie od wieków i proponowane wciąż nowym pokoleniom iluzje świata szczęśliwego, bez bólu, cierpienia, zła, realizowane przez tych, którzy w nie uwierzyli, zwykle prowadzą do pomnożenia cierpienia.

Ze względu na ścisły związek cierpienia ze złem, aby cierpienie przeminęło, konieczny jest koniec zła. Papież przytaczając słowa Chrystusa „Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne” wyjaśnia: „Wedle słów wypowiedzianych do Nikodema, Bóg daje swego Syna ‘światu’ w tym celu, aby wyzwolić człowieka od zła, które niesie w sobie ostateczną i absolutną perspektywę cierpienia”.

Jest dla nas czymś absolutnie tajemniczym i niezrozumiałym, że to wyzwolenie dokonało się właśnie przez cierpienie.

Słowa z rozmowy Chrystusa z Nikodemem dotyczą cierpienia w jego znaczeniu podstawowym i ostatecznym. „Człowiek ‘ginie’, gdy traci ‘życie wieczne’. Przeciwieństwem zbawienia nie jest więc samo tylko doczesne cierpienie — jakiekolwiek — ale cierpienie ostateczne: utrata życia wiecznego, odrzucenie od Boga, potępienie. Syn Jednorodzony został dany ludzkości, aby ochronić człowieka przede wszystkim od tego ostatecznego zła i ostatecznego cierpienia” - napisał Jan Paweł II.

Wypada więc postawić pytanie: czy wierzę w cierpienie, które nie zna końca? Cierpienie, które potocznie nazywane jest piekłem?

Walka z cierpieniem


Kazanie pasyjne 2005

„Czasem sobie myślę, że zamiast chrystianizować cierpienie i prosić, by Bóg przyjął ofiary cierpiących Kosowian, może naturalniej byłoby walnąć pięścią w stół i jaka by nie była sytuacja geopolityczna, zrobić wszystko, by ich nie mordowano. Mówienie, że cierpienie dziecka może wywołać przełom w życiu jego rodziców, to dla mnie horror. Nie wyobrażam sobie Boga, który przez cierpienie dziecka chce zmieniać światopogląd rodziców, to nie mógłby być mój Bóg” - tak kilka lat temu mówiła o cierpieniu młoda lekarka pracująca w klinice onkologii dziecięcej w Centrum Zdrowia Dziecka w Międzylesiu. Swoją pracę pojmuje ona jako wojnę z cierpieniem. Wypytywana o sens tej wojny dodała: „To donkiszoteria, ale oparta na zdrowych podstawach naukowych”.

Na świecie mnóstwo pieniędzy przeznaczanych jest na walkę z cierpieniem w najróżniejszych jego przejawach. Ale, jak zapewne stwierdzi niejeden realista, znacznie więcej pieniędzy przeznacza się, aby sprawiać ludziom cierpienie.

W drugim tegorocznym kazaniu pasyjnym była mowa o przyjmowaniu cierpienia. Przywołana została sparaliżowana kobieta, która się nie buntuje, nie narzeka, lecz mówi: „Zgodziliśmy się wszyscy, ja, mój mąż, moje dzieci, przyjąć nasze cierpienie”.

Przecież do przyjmowania cierpienia tak wiele razy wzywał Jezus. Przecież powiedział „Kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje!”. Przecież On sam przyjął cierpienie. Zgodził się cierpieć dla zbawienia świata, dla naszego zbawienia.

Papież, na którego cierpienie z taką bezradnością patrzymy, kilka lat temu powiedział do młodych ludzi: „Krzyż jest pierwszą literą Bożego alfabetu”. Krzyż, symbol cierpienia.
„Krzyż jest wpisany w życie człowieka. Kto próbuje usunąć go ze swojego życia, nie zna prawdy ludzkiej kondycji. Tak jest! Jesteśmy stworzeni do życia, ale nie możemy usunąć z naszej indywidualnej historii cierpienia i trudnych doświadczeń. Czyż i wy, młodzi przyjaciele, nie doświadczacie na co dzień rzeczywistości Krzyża? Gdy brak jest harmonii w rodzinie, gdy piętrzą się trudności w nauce, gdy uczucia pozostają nie odwzajemnione, gdy znalezienie pracy wydaje się prawie niemożliwe, gdy problemy ekonomiczne każą zrezygnować z założenia rodziny, gdy trzeba walczyć z chorobą czy samotnością i kiedy grozi wam pogrążenie w próżni wartości — czyż właśnie wtedy Krzyż nie staje się dla was wyzwaniem” (Jan Paweł II).

Krzyż staje się wyzwaniem... Dziwne sformułowanie. Co to znaczy?

Wyzwanie kojarzy się przecież z walką. Niegdyś ludzie wyzywali jeden drugiego na pojedynek.

Jak to w końcu jest. Czy mamy prawo walczyć z bólem, cierpieniem, starać się je zmniejszać, starać się im zapobiegać, starać się je przezwyciężać, czy też powinniśmy zrezygnować, bezradnie rozłożyć ręce i poddać się bezwolnie każdemu cierpieniu, jakie spotykamy na swej drodze? Czy mamy prawo prosić Boga o uchronienie przed cierpieniem, o to, aby - jeśli już go doświadczamy - było mniejsze, o to, aby inni nie cierpieli? Czy powinniśmy się modlić o zdrowie dla Ojca Świętego, skoro on przecież wyraźnie pokazuje, że przyjmuje cierpienie?

Nie ma nic gorszego, niż pełne rezygnacji poddanie się cierpieniu. Taka postawa nie ma nic wspólnego z jego przyjęciem. Wtedy nie można mówić o akceptacji, o zgodzie na obecność bólu i cierpienia w moim życiu, ale trzeba mówić o katastrofie, o klęsce, o przegranej człowieka, przegranej dobra, przegranej miłości. Bóg nie chce takiego podejścia człowieka do cierpienia. Gdyby Bóg chciał, aby człowiek traktował cierpienie jako Jego dopust, jako coś, co trzeba bez protestu brać na siebie w każdej ilości, to przecież Jezus nie uzdrowiłby tylu ludzi! Gdyby było tak, że każdy ma obowiązek zmieścić w swoim życiu określoną ilość bólu, to inaczej wyglądałaby modlitwa Chrystusa w Ogrójcu. Jezus powiedziałby po prostu „Niech będzie co ma być”. A tymczasem w Ewangelii czytamy że modlił się: „Ojcze, jeśli możliwe, oddal ode mnie ten kielich, ale nie moja, ale twoja wola niech się stanie”.

Chrystus nie szukał cierpienia dla cierpienia. Wiele razy czytamy w Nowym Testamencie, że się ukrywał, że nie szedł w jakieś miejsce, bo tam czyhali na Niego źli ludzie. Jezus nie jest cierpiętnikiem.

Tydzień temu była mowa o sprawianiu innym bólu. Jeśli właściwą postawą człowieka wobec każdego cierpienia byłoby pełne rezygnacji uleganie mu, jeśli na tym miałaby polegać zasługa przed Bogiem, najgorsi dranie byliby w cenie, bo ich działalność przyczynia się do wzrostu ilości cierpienia na świecie. Jezus nie zgadzał się na bezsensowne sprawianie innymi cierpienia. Nie pozwolił także, aby Jemu człowiek sprawiał bezsensowne cierpienie, które odziera człowieka z godności. Wielu ludzi wierzących całkowicie nie rozumie sceny z pałacu arcykapłana, gdy Chrystus spoliczkowany przez jednego ze sług wcale nie nadstawił drugiego policzka, lecz zaprotestował: „Jeżeli źle powiedziałem, udowodnij, co było złego. A jeżeli dobrze, to dlaczego Mnie bijesz?”.

Wymowa tego wydarzenia jest niezwykle ważna. Ono pokazuje nie tylko, że człowiek nie ma prawa sprawiać cierpienia drugiemu człowiekowi, ale także, że nikt nie musi się bez protestu, bez skargi, zgadzać na cierpienie zadawane mu przez drugiego człowieka.

W środkach przekazu pojawia się ostatnio dość często zarzut sformułowany przez ludzi nie znających Ewangelii i Kościoła, że księża namawiają na przykład ofiary przemocy w rodzinie do przyjmowania jej w cichości ducha, bez protestów, jako krzyż, który się należy. W pewnej gazecie powtórzono tę opinię w wywiadzie z jednym z księży-społeczników. Co odpowiedział? „Jak przychodzi bandzior, który kobietę oblał benzyną i podpalił na oczach dzieci, to będę go traktował wyłącznie jak bandziora. Jak ojciec rzuca dziećmi o ścianę, a kobietę gwałci w niewyobrażalny sposób, to ja mam kazać jej do niego wrócić? Przecież to byłby absurd! Kobiety muszą bronić swojej godności, ciała i duszy. Trzeba im w tym pomagać. Dlatego zorganizowaliśmy kurs samoobrony dla pań, poprowadzi go policjant, ja sam się do niego przyłączę”.

Nigdy nie wolno pozwalać na to, aby cierpienie odbierało człowiekowi godność. Dotyczy to także ludzi chorych. Nie wolno nikomu, także pracownikom służby zdrowia, zapominać, że człowiek cierpiący jest tak samo jak wszyscy, stworzony na obraz i podobieństwo Boga samego i przez ból nie traci ani odrobiny swej godności. Człowiek cierpiący nie staje się przedmiotem. Jest nadal kimś, jest osobą, choćby nie wiem jak bardzo cierpiał.

Tym bardziej nie wolno odbierać nikomu godności zadając mu w jakiejkolwiek formie ból. Nikt nie jest uprawniony, aby stawać się dla innych źródłem i przyczyną cierpienia. Ktokolwiek przypisuje sobie to prawo, popełnia grzech. Stawia się nie tylko na równi z Bogiem, ale próbuje stawiać się ponad Nim. Bóg nigdy nie jest przecież sprawcą cierpienia.

Jezus mówi: „Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je”.

„Jezus nas nie zwodzi. Prawda Jego słów, które wydają się twarde, ale napełniają serce pokojem, wyjawia nam sekret prawdziwego życia. Chrystus, przyjmując ludzką kondycję i przeznaczenie, zwyciężył grzech i śmierć, a przez swoje zmartwychwstanie przekształcił Krzyż z drzewa śmierci w drzewo życia. On jest Bogiem z nami, który przyszedł, aby dzielić całe nasze życie. Nie pozostawia nas samych na Krzyżu. Jezus jest Miłością wierną, która nie opuszcza nikogo i potrafi przemienić noc w świt nadziei. Jeżeli Krzyż zostaje przyjęty, przynosi zbawienie i pokój, jak to ukazują liczne piękne świadectwa młodych chrześcijan. Bez Boga Krzyż nas przygniata; z Bogiem daje nam odkupienie i zbawienie” (Jan Paweł II).

Krzyż cierpienia może i powinien być przez człowieka przyjęty. Ale nigdy wbrew jego woli.

Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?


Kazanie pasyjne 2006 - ks. Tomasz Jaklewicz

„Od godziny szóstej do godziny dziewiątej ciemność okryła całą ziemię. Około godziny dziewiątej Jezus zawołał donośnym głosem: »Eli, Eli Lema sabachthani?«. To znaczy: »Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?«” (Mt 27, 45-46).
Krzyk Jezusa płynie z wnętrza ciemności. To jednak nie jest wołanie przeciwko Bogu, ale wołanie do Boga. To słowo mówi o najgłębszej samotności, dotykającej granic ludzkiej rozpaczy. To słowo jest zarazem świadectwem „absolutnej solidarności Jezusa (czyli Boga) z każdym z nas” (J. Szymik). W najgłębszych nawet ciemnościach ludzkiego losu nie jesteśmy sami. Stąd nadzieja.

Ciemności świata

W świecie, w którym żyjemy, doświadczamy potęgi zła. Nie brakuje zła, którego sprawcą jest sam człowiek – wojna, terror, gwałt, przemoc. Boleśnie dotyka nas także zło, w którym nie ma ludzkiej winy - trzęsienia ziemi, fala tsunami, AIDS i inne epidemie, tragiczne wypadki. Obraz świata przepełnionego złem obserwujemy codziennie na ekranach telewizyjnych dzienników. W tym świecie człowiek jest zgubiony, pełen lęków, bezradności i niemocy. Nie potrafi lub nie chce wejść w zmaganie ze złem, które sam rodzi. Odwraca też oczy od prawdy o cierpieniu i śmierci. Zagłusza pytania o sens na różne sposoby - lekami, alkoholem, narkotykami, seksem, głośną muzyką, komputerem, serialami telewizyjnymi, pracoholizmem, rozrywką. A jednak przychodzi taka ciemność, takie cierpienie lub taka samotność, w których wszystkie środki znieczulające zawodzą. Co wtedy? Alternatywa jest jedna: albo czarna rozpacz, albo Bóg, a dokładniej Chrystus na krzyżu.
„Cierpienie ludzkie budzi współczucie, budzi także szacunek i na swój sposób onieśmiela. W głębi każdego z osobna cierpienia doświadczanego przez człowieka, a zarazem u podstaw całego świata cierpień, nieodzownie pojawia się pytanie: dlaczego ?” – pisał Jan Paweł II w Liście apostolskim o chrześcijańskim sensie ludzkiego cierpienia „Salvifici Doloris”.
W chwilach wielkich tragedii, takich jak ta, która miała miejsce niedawno na Śląsku, pytanie „dlaczego?” przybiera często formę: „gdzie jest Bóg?”. Wymówione głośno lub zduszone płaczem, może nawet wykrzyczane z pięścią wzniesioną ku niebu. To znak, że szukamy oparcia poza tym światem. Widzimy bowiem, aż nadto wyraźnie, że tu, na tym świecie, nie mamy nic pewnego. Doświadczamy kruchości naszego życia. Rozumiemy, że zostaje nam tylko zwrócić się do Boga. Tylko ON, nikt inny, może mieć słowo, które położy bandaż na ranę, zapali światło. Możemy powtórzyć za św. Piotrem: „Panie do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego” (J 6,69).

Bóg nie głosi kazań

„Przez Chrystusa i w Chrystusie rozjaśnia się zagadka cierpienia i śmierci, która przygniata nas poza Jego Ewangelią” (Gaudium et spes, 23) – czytamy w soborowym dokumencie. Krzyż Chrystusa rozjaśnia ciemności ludzkiego cierpienia. Rozjaśnia, czyli nie wyjaśnia do końca. Tajemnica pozostaje tajemnicą, ciemność nie ustępuje, ale w mroku pojawia się światło. Krzyż Chrystusa daje tyle światła, aby człowiek wytrzymał próbę. „Pytamy, dlaczego umarła moja córka, matka, ojciec, kuzyn - mówił podczas pogrzebu ofiar katowickiej tragedii biskup Józef Kupny. - Nie jest dane nam poznać, dlaczego Bóg powstrzymuje rękę, zamiast interweniować. Gdybyśmy mogli zobaczyć Jezusa, zobaczylibyśmy go teraz płaczącego. On także na krzyżu powtarzał słowa: »Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił«. Chociaż nie rozumiemy tego wszystkiego, nasza miłość do Boga nie może ulec osłabieniu”.
„Bóg odpowiada Słowem, którym jest On sam. Odpowiada z Krzyża, ze środka własnego cierpienia. Bóg-Miłość jest odpowiedzią Boga na pytanie o sens cierpienia. Nie odpowiada swoim nauczaniem, ale własnym cierpieniem. Nie tłumaczy cierpienia, ale je przezwycięża, cierpiąc aż do końca”. (J. Szymik)
Ktokolwiek był blisko cierpiącego lub nawet umierającego człowieka, wie, że na łożu boleści nikt już nie potrzebuje kazań, wyjaśnień czy fałszywie brzmiących optymistycznych zapewnień typu „nie martw się, wyjdziesz z tego”. Cierpiący potrzebuje obecności. Potrzebuje miłości, która pomoże mu przyjąć najtrudniejszą prawdę. „Świat cierpienia nieustannie przyzywa świat miłości” (Jan Paweł II).
Bóg nie głosi kazań. On po prostu jest tam, gdzie człowiek cierpi. Jest obok niego, jest z nim. Co więcej, Bóg współcierpi. To znaczy utożsamia się z każdym cierpiącym, solidarny z człowiekiem schodzi na dno jego bólu, samotności, aż po krawędź rozpaczy, aż po wołanie: „Boże mój, czemuś mnie opuścił?”. Dzięki temu człowiek może złączyć swój krzyż z krzyżem Chrystusa i z niego zaczerpnąć siłę i sens. „Zło cierpienia zostaje w tajemnicy Odkupienia Chrystusowego przezwyciężone, w każdym razie przemienione: staje się ono mocą do wyzwolenia od zła, do zwycięstwa dobra” (Jan Paweł II).
Nie sądźmy jednak, że chrześcijaństwo głosi pochwałę cierpienia. Cierpienie było, jest i pozostanie złem. Postawą fałszywą jest tzw. doloryzm, czyli szukanie bólu czy nawet zadawanie sobie cierpienia jako drogi do Boga. Jezus nie szukał męki i krzyża, wręcz przeciwnie starał się oddalić od siebie godzinę ciemności. Jezus szukał jedynie woli Ojca. Przyjął cierpienie ze względu na miłość. „To nie cierpienie Jezusa nas zabawia, lecz miłość, z jaką on przeżył to cierpienie” (I. Congar). To ważne, by o tym pamiętać, kiedy patrzymy na krzyż Chrystusa. Krzyż bez miłości byłby tylko szubienicą.

Samotny człowiek, samotny Bóg

Chrześcijanin nie szuka stanów trudnych i bolesnych. Szuka Bożej woli, próbuje naśladować Chrystusa. Chce zmniejszyć ilość cierpienia w świecie, modli się o zdrowie dla siebie i innych. Na drodze naszego życia prędzej czy później pojawiają się jednak chwile ciemności. Najtrudniej jest wtedy, kiedy tracimy Boga sprzed naszych oczu. Kiedy dopada nas samotność tak wielka, że czujemy się opuszczeni i zapomniani przez Boga. W tych chwilach zbliżamy się jakoś do tajemnicy samotności Chrystusa na krzyżu.
Wielcy mistycy doświadczali stanów opuszczenia, głębokiej samotności. Św. Jan od Krzyża nazwał to doświadczeniem nocy ciemnej. Historyk mistyki opisuje przeżycia św. Róży z Limy: „Święta codziennie doświadczała straszliwych mgieł i ciemności ducha i uczuć. Całymi godzinami cierpiała taką udrękę, że nie wiedziała w końcu, czy jest jeszcze na ziemi, czy już w piekle. Chciała iść ku miłości, ale wydawała się jakby zlodowaciała. Lęk i udręka opanowywały ją całkowicie, a jej serce krzyczało: »Boże mój, Boże czemuś mnie opuścił«. Jednak nikt nie odpowiadał”. Św. Teresa od Dzieciątka Jezus mówi o przebywaniu w ciemnym, nie kończącym się korytarzu, idzie nim nie znają jego końca. Św. Ignacy Loyola był kuszony do popełnienia samobójstwa. Jego duszę przenikało tak przerażające strapienie, że chciał się rzucić przez wielki otwór wykuty w podłodze swojego pokoju. Opisał to potem zdaniach bardzo trzeźwych i wyważonych, ale te doświadczenia nazwał „straszliwymi”. W „Ćwiczeniach duchowych” opisał tzw. strapienie duchowe jako „ciemności duszy, zamieszanie, poruszenia w kierunku rzeczy niskich i ziemskich, niepokój wywołany przez różne podniety i pokusy, co prowadzi do nieufności pozbawionej nadziei i miłości. Człowiek doświadcza wtedy, że jest leniwy, letni, smutny i jakby oddzielony od swego Stwórcy i Pana”.
Nie uciekniemy od nocy. Ona jest częścią naszego życia. Samotność, strapienie, poczucie opuszczenia przez Boga – te stany pojawiają się na drodze wiary. Trzeba się z tym zgodzić, wejść w chwile ciemności w taki sposób, aby stanąć z tym wszystkim przed Jezusem Ukrzyżowanym. Zanieść własne ciemności pod krzyż. Albo inaczej - odkryć, że moje ciemności mieszczą się, są ukryte w ciemnościach samego Chrystusa na krzyżu. Na końcu ciemności krzyża jest światło zmartwychwstania. Z Chrystusem moja bezsilność i niemoc przemienia się w całkowitą ufność. W jednym z kanonów z Taize śpiewamy: „Z Tobą ciemność nie będzie ciemna wokół mnie, a noc tak jak dzień zajaśnieje”.

Zamień przekleństwo w modlitwę

Wołanie Jezusa jest modlitwą. Słowa „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?” pochodzą z Psalmu 22. To modlitewna skarga człowieka doświadczonego przez los. Psalm nie jest jednak w całości lamentacją. W drugiej części staje się pieśnią dziękczynienia. Kto rozpoczyna ten psalm ogarnia duchem jego całość. Poczucie opuszczenia przez Boga w cierpieniu zmienia się w nadzieję ocalenia i nowego życia. Bóg jako Pan życia i śmierci ma moc wyrwać człowieka z ciemności utrapienia i śmierci.
Jezus „kona jako modlący się. Idzie drogą, którą wytyczył Hiob: z wyniszczającym poczuciem bezbożności świata, woła do Boga i idzie ku Niemu. Jeśli On to robi, to czy istnieje taka otchłań, z której nie można by wołać do Ojca?” (J. Szymik). „Gdzie jest taka rozpacz, która nie mogłaby się sama stać modlitwą?” (Karl Rahner).

Modlitwa:

Panie! Ty skarżysz się. Więc wolno tak? Wołasz do Boga słowami Psalmu. To modlitwa boleści, bezsiły, samotności. Jeśli Ty, Jezu, modlisz się na dnie nędzy, to czy jest taka otchłań, z której nie można by wołać do Ojca? Czy jest taka rozpacz, która nie mogłaby stać się modlitwą?
Jezu, przemień każdą moją skargę w modlitwę do Ojca. Choćbym szedł przez ciemną dolinę, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną.

Zły i dobry łotr - przyznać się?


Kazanie pasyjne 2007 - ks. Artur Stopka

- Czy ty wiesz jak wyglądasz? Lustra w domu nie masz? - spytał nauczyciel ucznia, który przypominał stracha na wróble. Reakcja na taką uwagę jest niemal zawsze taka sama - gwałtowna chęć spojrzenia w lustro, choćby najmniejsze, po to, aby sprawdzić, co naprawdę jest źle, co jest nie tak, co trzeba poprawić.

Ludzie rozsądni i doświadczeni mają prosty sposób, aby nie dopuścić do takich wpadek. Przed wyjściem z domu spoglądają w lustro. Sprawdzają, czy nie zawinął się im kołnierzyk, czy na bluzce lub marynarce nie widać jakiejś plamy, czy fryzura jest taka, jak trzeba. Sprawdzają wszystko zanim zobaczą nas inni ludzie, próbując zapobiec jakiejś przykrej wpadce.

Sumienie nie śpi

Sumienie bywa nazywane lustrem. Zwykle ludzie przypominają sobie o nim po popełnieniu grzechu, gdy odczuwają wyrzuty sumienia. Wtedy czują, że sumienie ich rusza. A przecież ono nie budzi się dopiero po grzechu. Sumienie jest w człowieku cały czas i także zanim coś zrobi, podpowiada mu, czy jest to dobre czy złe. Sumienie pozwala uniknąć złych czynów i pomaga czynić dobro. Sumienie pozwala dokonywać właściwych wyborów. W każdej chwili, w każdej sytuacji.

Jesteśmy poddawani wielu pokusom. Czasami pokusa dotyczy spraw wielkiej wagi. Zdarzają się pokusy, aby zrobić drugiemu człowiekowi dużą krzywdę, żeby ukraść coś bardzo wartościowego, żeby sfałszować jakiś ważny dokument, żeby zdradzić kogoś, kto mnie kocha i mi ufa. O wiele częściej pokusy dotyczą spraw mniejszych, drobnych oszustw, niewielkich kłamstw, małych przykrości sprawianych innym, krótkich kłótni o byle co, niedużych sum wręczanych „dla życzliwości”, jazdy po pijanemu na niewielkim odcinku. Ale wybór, którego trzeba dokonać, jest zawsze taki sam - pomiędzy dobrem a złem.

Przez całą swoją mękę Jezus nieustannie znajdował się między dobrem a złem. Również stawał przed wieloma wyborami. W czasie modlitwy w Ogrójcu widać, że musiał podjąć decyzję i że nie była ona łatwa. Podejmowanie trudnych decyzji często sprawa ludziom ból. Opis tego, co wydarzyło się w ogrodzie oliwnym pokazuje, że i Chrystus cierpiał, gdy stanął przed tym niesłychanie ważnym dla dziejów świata wyborem. To był dalszy ciąg tego, co z wydarzyło się u początków publicznej działalności Jezusa, gdy trzykrotnie był kuszony przez szatana na pustyni. Wtedy Jezus nie uległ, dokonał wyboru zgodnego z wolą Ojca w niebie, ale w biblijnym opisie tamtego wydarzenia znajduje się na zakończenie stwierdzenie, że szatan odstąpił od Niego „aż do czasu”. W Ogrójcu powrócił, znów kusząc.

Przez cały proces i drogę krzyżową Chrystus znajdował się między dobrem i złem, otaczali Go ludzie dobrzy i źli, ludzie, którzy starali się Mu sprawić cierpienie i tacy, którzy próbowali Jego ból zmniejszyć. W sposób szczególnie wyraźny to umieszczenie Jezusa między dobrem i złem widoczne było, gdy został przybity do krzyża. Znalazł się między dwoma skazańcami. Jednego z nich nazywamy dziś dobrym łotrem, o drugim mówimy, że był złym łotrem.

Dobry jak łotr

Czy łotr może być dobry? Czy człowiek, który popełnił w życiu coś bardzo złego, może okazać się jednak kimś wielkim? Niedawno Ojciec święty Benedykt XVI wyjaśniał tę sprawę. „Także wśród świętych możliwe są spory, rozdźwięki i zatargi - mówił Papież. - Mnie się wydaje to bardzo pocieszające, widzimy bowiem, że święci "nie spadli z nieba". Są ludźmi takimi jak my, mającymi nawet złożone problemy. Świętość nie polega na tym, że nigdy się nie pobłądziło czy zgrzeszyło. Świętość wzrasta w zdolności do nawrócenia, pokuty, gotowości do rozpoczęcia od nowa, przede wszystkim zaś zależy od zdolności do pojednania i przebaczenia”.

Dobry Łotr jest czczony jako święty (jego wspomnienie przypada 26 marca). Jest nawet patronem jednej z polskich diecezji. O tym, że został zaliczony do grona świętych zadecydowało kilka chwil. Chwil wyjątkowych, gdy wisiał na krzyżu obok Jezusa.

Chrystus nawet w chwilach największego cierpienia był kuszony. Członkowie Wysokiej Rady drwiąco mówili: „Innych wybawiał, niechże teraz siebie wybawi, jeśli On jest Mesjaszem, Wybrańcem Bożym”. Szydzili z Niego także rzymscy żołnierze, krzycząc „Jeśli Ty jesteś królem żydowskim, wybaw sam siebie”. Do tych drwin, zawierających straszną pokusę sprzeniewierzenia się woli Ojca i odrzucenia misji Odkupiciela, dołączył jeden ze złoczyńców, powieszonych na krzyżu obok Chrystusa. Ewangelista Łukasz zapisał: „Jeden ze złoczyńców, których tam powieszono, urągał Mu: «Czy Ty nie jesteś Mesjaszem? Wybaw więc siebie i nas»”.

To ogromna pokusa, nawołująca do okazania swojej wielkości, pokazania swej ważności i siły. To pokusa, która dotyka nie tylko ludzi sprawujących władzę w państwie, w samorządzie, w przedsiębiorstwie. Doznają jej także rodzice wobec swych dzieci, mąż wobec żony, żona wobec męża, brat wobec siostry, uczeń wobec ucznia. Nie jest łatwo pokonać tę pokusę. Wie o tym, każdy, kto jej doświadczył. Kto miał szansę za wszelką cenę postawić na swoim, odkuć się za doznane krzywdy i upokorzenia.

W pokonywaniu tej wielkiej pokusy ukrzyżowany Jezus otrzymał pomoc z niespodziewanej strony. Jeden złoczyńca przyłączył się do kusicieli, „Lecz drugi, karcąc go, rzekł: «Ty nawet Boga się nie boisz, chociaż tę samą karę ponosisz? My przecież - sprawiedliwie, odbieramy bowiem słuszną karę za nasze uczynki, ale On nic złego nie uczynił». I dodał: «Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa». Jezus mu odpowiedział: «Zaprawdę, powiadam ci: Dziś ze Mną będziesz w raju»”.

Na pozór nie zrobił niczego wielkiego. Po prostu się przyznał. Jednak nie jest łatwo się przyznać. To bardzo trudny wybór, przed którym staje się wielokrotnie w życiu. Nie jest łatwo przyznać się do złego. Niemal każdego dnia można zobaczyć w telewizji różnych ludzi, którzy na stawiane im zarzuty odpowiadają zaprzeczeniem. Niektórzy nawet wobec bezspornych faktów nie są w stanie powiedzieć „Tak, zbłądziłem, popełniłem zło”. Postępują jak „zły łotr”. Do końca nie chcą, aby ruszyło ich sumienie. Nawet wobec Ukrzyżowanego Chrystusa. Są smutnym ostrzeżeniem, że można stać pod krzyżem, patrzeć na cierpiącego Jezusa i ze wszystkich sił zagłuszać w sobie głos Boży.

Dobry Łotr pozwolił, aby ruszyło go sumienie. Pozwolił, aby ukazało mu wielkość zła, jakie popełnił. Nie uciekał przed prawdą. Odważnie wyznał ją publicznie. Zgodził się ponieść konsekwencje swych grzesznych czynów. To są wszystko trudne wybory dokonywane pod wpływem sumienia.

Moja wina

Podczas aktu pokuty w czasie Mszy świętej wypowiadamy słowa „Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina”. Stojąc pod krzyżem Jezusa trzeba się zastanowić, czy wypowiadam je świadomie, rozumiejąc jaką niosą treść? Czy zdaję sobie sprawę, że publicznie, przed Bogiem i ludźmi przyznaję się do swej grzeszności? Czy raczej wypowiadam je w taki sposób, jakby dotyczyły wszystkich innych, z wyjątkiem mnie? Czy bijąc się w piersi mam przed oczami duże i małe zło, jakie ostatnio zostało przeze mnie popełnione

Księża skarżą się, że podczas spowiedzi penitenci coraz częściej nie podają liczby ciężkich grzechów, że próbują się usprawiedliwiać, minimalizować grzech. Zdarza się, że ktoś wyznaje grzech, dodając, że on w tym nie widzi nic złego, ale wymienia uczynek, bo tak każe Kościół. Niejeden spowiednik usłyszał od kogoś klękającego przy kratkach konfesjonału „Ja właściwie nie mam grzechów. Nikogo nie zabiłem, niczego nie ukradłem...”. Coraz częściej grzechy ciężkie traktowane są jak lekkie, a lekkie w ogóle lekceważone. Coraz częściej można usłyszeć tłumaczenie, że ktoś nie chodzi do spowiedzi, bo nie widzi powodu, aby przed jakimś człowiekiem wyznawać swoje grzechy.

Historia Dobrego Łotra pokazuje, jak ważne jest uczciwe spojrzenie na wielkość popełnionego zła i przyznanie się do niego nie tylko przed Bogiem, ale także przed człowiekiem. Złoczyńca wyznał swoje grzechy nie tylko Jezusowi, ale również ludziom, których skrzywdził. Dlatego usłyszał z ust Jezusa obietnicę tak niezwykłą i dającą nadzieję wszystkim grzesznikom.


Modlitwa: Panie Jezu, kuszony nawet na krzyżu, umacniaj mnie, gdy doznaję pokusy. Daj mi mądrość i rozum, które pomogą mi przyjąć wskazania sumienia i według nich postępować. Dodaj mi odwagi, gdy muszę przyznać się do zła, zarówno w konfesjonale, jak i wobec skrzywdzonych przeze mnie ludzi.

W ucho


Kazanie pasyjne 2008

To zadziwiające, że fakt odcięcia ucha Malchosowi przez jednego uczniów Jezusa podczas pojmania Go w Ogrójcu odnotowali wszyscy czterej Ewangeliści, natomiast o uzdrowieniu wspomina tylko jeden – Łukasz. Ale zanim na tym skupimy uwagę, przyjrzyjmy się z perspektywy miłosierdzia wszystkiemu, co się w owych chwilach wydarzyło.

Gdy dotyka mnie nawet niewielkie cierpienie oczekuję od mojego otoczenia niemal stałego zainteresowania, pochylania się nade mną z troską, skutecznej pomocy i współodczuwania. Podobnie postępuje w cierpieniu wielu ludzi. Takie zachowanie wydaje się zrozumiałe, a może nawet naturalne. Rozumiemy je. Akceptujemy, jak pewna córka, która całą noc czuwając przy łóżku ciężko chorej matki, nad ranem nie dała rady zmęczeniu i zdrzemnęła się chwilę, za co natychmiast otrzymała niezwykle ostrą i niesprawiedliwą reprymendę od cierpiącej. Usłyszała nawet zarzut braku miłości. Nie odpowiedziała jednak żadnymi tłumaczenia ani pretensjami, lecz… przeprosiła.

Jezus w Ogrójcu cierpi. Bardzo cierpi. Ktoś miał nawet odwagę sugerować, że tam cierpiał bardziej, niż na krzyżu. Czy tak było w istocie? To raczej zagadnienie dla psychologów.

„Wtedy przyszedł Jezus z nimi do ogrodu, zwanego Getsemani, i rzekł do uczniów: «Usiądźcie tu, Ja tymczasem odejdę tam i będę się modlił». Wziąwszy z sobą Piotra i dwóch synów Zebedeusza, począł się smucić i odczuwać trwogę. Wtedy rzekł do nich: «Smutna jest moja dusza aż do śmierci; zostańcie tu i czuwajcie ze Mną!» I odszedłszy nieco dalej, upadł na twarz i modlił się tymi słowami: «Ojcze mój, jeśli to możliwe, niech Mnie ominie ten kielich! Wszakże nie jak Ja chcę, ale jak Ty». Potem przyszedł do uczniów i zastał ich śpiących. Rzekł więc do Piotra: «Tak, jednej godziny nie mogliście czuwać ze Mną? Czuwajcie i módlcie się, abyście nie ulegli pokusie; duch wprawdzie ochoczy, ale ciało słabe». Powtórnie odszedł i tak się modlił: «Ojcze mój, jeśli nie może ominąć Mnie ten kielich, i muszę go wypić, niech się stanie wola Twoja!» Potem przyszedł i znów zastał ich śpiących, bo oczy ich były senne. Zostawiwszy ich, odszedł znowu i modlił się po raz trzeci, powtarzając te same słowa. Potem wrócił do uczniów i rzekł do nich: «Śpicie jeszcze i odpoczywacie? A oto nadeszła godzina i Syn Człowieczy będzie wydany w ręce grzeszników. Wstańcie, chodźmy! Oto blisko jest mój zdrajca»”.

Ten sugestywny opis świętego Mateusza nie pozostawia wątpliwości, co do faktu strasznego cierpienia, jakie doświadczał jeszcze przed pojmaniem Jezus. Święty Łukasz pisze nawet o tym, że krew Chrystusa była gęsta jak krew. Niektórzy mówią, że istotą kary śmierci jest oczekiwanie na wykonanie wyroku, a nie sam moment utraty ziemskiego życia jest raczej końcem kary, niż nią samą. Wydaje się uprawnione porównanie cierpień Jezusa w ogrodzie Getsemani do cierpień skazanego na śmierć. Zwłaszcza, jeśli ten skazany jest całkowicie niewinny.

Uczniowie w tych trudnych, bolesnych chwilach, nie zdołali udzielić Jezusowi wsparcia. Z punktu widzenia ludzkiego został sam. I można odnieść w pierwszych chwili wrażenie, że ma o to do uczniów pretensje. Trzeba jednak wsłuchać się w Jego słowa. Chrystus nie stawia im zarzutów. On jest o nich zatroskany. „Czuwajcie i módlcie się, abyście nie ulegli pokusie”. To jest przecież przestroga i rada, a nie pretensja. To jest akt miłosierdzia wobec tych zmęczonych, zagubionych ludzi. Jezus stara się ich umocnić przed jeszcze większymi próbami, które ich czekają w najbliższych minutach i godzinach.

Tym bardziej, że sprawy nabierają dużego przyspieszenia. Oto już w Ogrójcu pojawia się Judasz na czele zbrojnych. I jego słynny pocałunek, który po wsze czasy będzie symbolem wyjątkowo obrzydliwej i obłudnej postawy. Czy równie symbolicznie i niepodzielnie funkcjonuje w świecie reakcja Jezusa? Czy wszyscy, którzy wiedzą, że Judasz użył pocałunku, gestu miłości, po to, aby dokonać zdrady, równie dobrze wiedzą, że nawet w takiej chwili Chrystus nazwał go przyjacielem? Że nie obrzucił go stekiem wyzwisk ani nie odsunął się z obrzydzeniem, lecz próbował kolejny raz odwołać się do jego judaszowego sumienia? Czy chrześcijanie żyjący na całym świecie dostrzegają ten desperacji akt miłosierdzia, jakiego doświadczył zdradzający Judasz? Czy zdają sobie sprawę, że ten szczególny Boży „mechanizm” funkcjonuje w odniesieniu do każdego człowieka, który staje wobec pokusy popełnienia zła, grzechu? Czy wierzą, że Bóg do ostatniej sekundy, ostatniego ułamka, stara się pomóc człowiekowi w dokonaniu właściwego wyboru, a nie mówi „A niech sobie grzeszy, co mnie to obchodzi, sam poniesie konsekwencje”?

Wreszcie sam fakt pojmania. Jezus stara się chronić swoich uczniów. Skupia uwagę zbrojnych na sobie, aby przypadkiem wraz z Nim nie zaaresztowano któregoś z Apostołów lub uczniów. Ale oni nie chcą być bierni. Na przemoc chcą odpowiedzieć przemocą. Ewangeliści różnie przedstawiają szczegóły tych wydarzeń. Nic dziwnego. Każdy, kto kiedykolwiek słyszał opowieści świadków jakichś dramatycznych, pełnych emocji wydarzeń, wie, że każdy widzi je i zapamiętuje po swojemu. Nic wiec dziwnego, że trzech Ewangelistów przypisuje sięganie do miecza jakimś anonimowym uczniom, a Jan twierdzi, że to osobiście Szymon Piotr uciął ucho słudze najwyższego kapłana. Jan podaje nawet imię poszkodowanego.

Nic więc dziwnego, że o fakcie uzdrowienia przez Jezusa ucha Malchosa napisał tylko jeden Ewangelista. Można przypuszczać, że dla pozostałych ten akt miłosierdzia Chrystusa wobec jednego z agresorów jest czymś oczywistym, tak bardzo, że nie trzeba go odnotowywać, bo trudno oczekiwać, znając całą działalność Jezusa, że dopuści do tego, aby jakiś człowiek doznał krzywdy i nie otrzymał pomocy. Zwłaszcza, że ta krzywda w jakiś sposób może być pośrednio związana z samym Chrystusem.

Jednak z naszego, ludzkiego punktu wiedzenia, jest czymś niesłychanie trudnym do pojęcia, że nawet w takim momencie Jezus, Boży Syn, jest pełen zatroskania o człowieka. Człowieka, który nie jest Jego uczniem ani wyznawcą. Człowieka, który jest Mu wrogiem. Trudno nam pojąć, że Bóg nie stawia swemu miłosierdziu granic, także czasowych. I każda chwila jest dla Niego dobra, aby okazać je człowiekowi.

Łaska i nasze otwarcie


Ks. Leszek Smoliński - rozważanie 2009

1. Chrystus frasobliwy zatrzymał się, przysiadł przy drodze wielkopostnej, zmierzającej w kierunku wielkanocnym. I patrzy na ludzkie zakłopotania, smutki i bezradność. Co widzi? Widzi tych, których „do końca umiłował”, jak nie zawsze chcą przyjąć i dobrze wykorzystać w życiu dar łaski. Bóg daje różne dary. Zdrowia czy pokarmu potrzebujemy dla ciała, pamięci czy różnorakich zdolności - dla duszy. Te wszystkie dary naturalne są potrzebne i pożyteczne dla naszego życia na ziemi, ale Bóg nie tylko o nie się troszczy - zabiega o nasze szczęście wieczne, o zbawienie. Temu służy łaska, udzielana duszy w sposób dla nas niewidzialny.

Nikt własnymi siłami, choćby przez pełnienie dobrych uczynków, nie może zasłużyć na łaskę. Jest ona całkowicie darmowym darem Boga: „nie za dokonane czyny, aby się nikt nie chełpił” (Ef 2,9). Bóg udziela nam tego daru ze względu na zasługi Jezusa Chrystusa.

2. Jak trudno jest zrozumieć Bożą bezinteresowność w dobie chorego „wyścigu szczurów”, kiedy dajemy i otrzymujemy „coś za coś”. Jeśli słyszymy o jakiejś promocji, coś otrzymujemy gratis, to rodzi się w nas pytanie: kto za to zapłaci? W odniesieniu do łaski Bożej jest zupełnie inaczej. Tu kategorie myślenia czysto naturalnego nie wystarczą. Potrzeba wnieść się ponad nasze ludzkie wyobrażenia i utarte schematy, gdyż Bóg jest Bogiem żywych.

Trudność w przyjęciu bezinteresownej łaski rodzi się z niezrozumienia, czym ona jest, a także z chęci uzyskania natychmiastowych efektów. Chrystus frasobliwy widzi tłumy nieprzygotowanych do przyjęcia łaski, szukających łatwego i szybkiego rozwiązania swoich życiowych spraw. Wśród „środków znieczulających” o szybkim działaniu pojawia się u takich osób lektura o wywoływaniu duchów, które mogą pomóc w poznaniu przyszłości, przepowiednie na przyszłość, medytacja dalekowschodnia, jest lektura o rzekomo zbawiennych sposobach uprawiania treningu psychologicznego czy odstresowującej gimnastyki. Można by pewnie wymieniać dość długo, ponieważ zawsze istnieje zapotrzebowanie na to, co w łatwy sposób przynosi spektakularny efekt.

3. Chrystus na drodze wielkopostnej czeka na nasze otwarte serca. Sam natomiast daje nam przede wszystkim pomoc do nawrócenia z grzechów i pełnienia dobrych uczynków. „Ściga” nas swoją łaską, podsuwa różne sytuacje, okoliczności, spotkania z ludźmi czy lekturę pozornie nie zawierającej nic nowego książki, byśmy zastanowili się nad swoim życiem, postępowaniem, nad rozwojem wiary, nadziei i miłości. Bóg skłania nasze serce do refleksji nad zaniedbaniami okazji do dobra czy pragnienie naprawienia popełnionego zła. Swoją łaską ogarnia nas, byśmy potrafili stawić czoła pokusom, doskonalić się w słabościach, byśmy lepiej poznali wolę Bożą i dzięki temu wytrwali w dobrym aż do końca naszej ziemskiej wędrówki do domu Ojca. Bez pomocy łaski nikt sam siebie zbawić nie może.

4. Chrystus, w którym ,,przyszła do nas łaska i prawda” (J l,17), pragnie uczynić nasze życie pięknym i świętym. Na ile? Na tyle, na ile otworzymy drzwi naszego serca i zaprosimy Go do środka. Jako umiłowane dzieci Boże bardzo łatwo gubimy pragnienie przywdziewania odświętnej szaty, jaką jest łaska Boża. Traktujemy ją zbyt często jako mało atrakcyjną biżuterię, bez której na co dzień można przecież żyć. Tłumaczymy się tym ciągłym zabieganiem, stresem, brakiem czasu na modlitwę czy zastanowieniem nad własnym życiem. A miejsca łaski – kościoły – studnie, z których możemy czerpać „wodę żywą” na pustyni naszych miast wciąż zapraszają do zatrzymania.

Ze wszystkich darów Bożych łaska jest darem największym i najważniejszym. Mamy modlić się o łaskę Bożą, szanować ją, unikać starannie sposobności do grzechu, zwłaszcza ciężkiego. Trzeba się starać, by przez dobre uczynki, modlitwę, częste i godne przyjmowanie sakramentów świętych pomnażać i umacniać w sobie łaskę uświęcającą.

5. Pan Bóg nie zmusza nas swą łaską, byśmy czynili dobro, ale szanuje naszą wolną wolę. Możemy korzystać z pomocy Bożej i zbawić się, ale możemy też zmarnować nawet największą łaskę Bożą. Bóg daje nam w każdym czasie na miarę naszego otwarcia i zaufania. Sprawia, że postępujemy w rozwoju duchowym ku wiecznemu zjednoczeniu z NIM w miłości, nasza wiara rodzi uczynki i jest czynna przez miłość. Na tej drodze wspierają nas zastępy świętych, którzy – jak powiedział Benedykt XVI – „dają nam przykład miłości do Boga i do ludzi, owocnej współpracy z łaską Bożą”. A więc otwartego serca, uszu i oczu w czasie wielkopostnej wędrówki ze Zbawicielem.

Cierniem ukoronowanie

Rozważanie 2011

Wtedy żołnierze namiestnika zabrali Jezusa z sobą do pretorium i zgromadzili koło Niego całą kohortę. Rozebrali Go z szat i narzucili na Niego płaszcz szkarłatny. Uplótłszy wieniec z ciernia włożyli Mu na głowę, a do prawej ręki dali Mu trzcinę. Potem przyklękali przed Nim i szydzili z Niego, mówiąc: «Witaj, Królu Żydowski!» Przy tym pluli na Niego, brali trzcinę i bili Go po głowie. A gdy Go wyszydzili, zdjęli z Niego płaszcz, włożyli na Niego własne Jego szaty i odprowadzili Go na ukrzyżowanie. (Mt 27,27-31)

Żołnierz, który splatał dla Jezusa koronę z cierni, nieźle się namęczył. I nacierpiał. Te cierniowe kolce i jego raniły w ręce, gdy je naginał, skręcał, by przybrały kształt korony, by można je było włożyć Skazańcowi na głowę bez obawy, że się rozplotą i spadną na ziemię. Podczas szykowania narzędzia szyderstwa też trzeba się nieźle „napracować”.

W tej scenie jesteśmy bardzo obecni: jako ci, którzy szykują cierniową koronę i jako ci, którzy ją z boleścią dźwigają.

Czym jest ta korona, której ciernie stale człowiekowi zadają ból, ranią do krwi, nie pozwalają o sobie zapomnieć nawet na chwilę? Może być brakiem przebaczenia wobec nas samych i tych, którzy nas skrzywdzili. Może być również niechęcią przed wybaczeniem, przed pojednaniem się z drugim człowiekiem.

Jezus nawoływał ludzi do wzajemnego nieustannego przebaczania sobie nawzajem i wskazywał, że i Ojciec zawsze chce nam przebaczać zło, które czynimy.

Jezus wielokrotnie wskazywał, że wybaczanie innym jest obowiązkiem chrześcijanina – niezależnie, czy krzywdziciel o wybaczenie prosi, czy nie. Mamy wybaczać, gdyż i nam nasze grzechy i winy są zawsze przez Boga wybaczane. Co więcej, mamy przebaczać, jeśli chcemy, by Bóg nam przebaczył: „Jeśli bowiem przebaczycie ludziom ich przewinienia, i wam przebaczy Ojciec wasz niebieski.” (Mt 6,14) Jeśli my nie wybaczymy tym, którzy nas skrzywdzili, to i Bóg nie wybaczy nam naszych grzechów: „Lecz jeśli nie przebaczycie ludziom, i Ojciec wasz nie przebaczy wam waszych przewinień.” (Mt 6,15)

To twarde i trudne słowa, ale taki jest sens codziennej modlitwy „Ojcze nasz”, w której te słowa padają: „odpuść nam nasze winy, JAKO I MY ODPUSZCZAMY naszym winowajcom”. Te słowa jasno wskazują, że przebaczenie jest warunkiem naszej relacji z Bogiem.

Nasze nieprzebaczenie bliźnim oddziela nas od Ojca i nie możemy wówczas żyć z Nim w bliskości. Co to jednak znaczy: żyć w bliskości z Bogiem? Czy do tego nie wystarczy coniedzielna Msza święta, rekolekcje, modlitwa i czytanie Pisma Świętego? Czy naprawdę musi być jeszcze przebaczenie?

Nie, samo spełnianie rozmaitych religijnych gestów nie wystarczy. Bo można wiele wiedzieć o Bogu, można studiować teologię, Pismo Święte, wiele się modlić, być codziennie na Mszy świętej i często na Adoracji, a mimo to można nie spotkać Pana, można nie wejść z Nim w relację miłości i przyjaźni. Nasze serce może pozostać zimne i znieczulone na Jego głos, mimo że bardzo będziemy pragnęli spotkać się z Nim. A znieczula je niechęć, by wybaczyć i niechęć, by poprosić o wybaczenie.

Często nie chcemy wybaczyć tym, którzy nas skrzywdzili, bo wydaje nam się, że okażemy się przez to jeszcze bardziej słabi, jeszcze bardziej bezbronni, a krzywdziciel poczuje się bezkarny. Nie zauważamy, że to właśnie brak przebaczenia związuje nas z tym, który nas skrzywdził. Krzywdy zadane kiedyś cały czas nas bolą, jątrzą się, a my – poprzez brak przebaczenia – nie pozwalamy im się zabliźnić, zagoić. Nie pozwalamy, by Jezus nas uleczył, gdyż nie zgadzamy się na lekarstwo, które nam zapisał: nieustanne wybaczanie.

Wybaczenie krzywd nie jest ich zapomnieniem. Nie jest też grzecznościową formułą, którą wypowiadamy mniej lub bardziej szczerze. Wybaczenie to darowanie długu, pozwolenie, by drugi człowiek odszedł wolnym. Oznacza to uwolnienie winowajcy od popełnionej winy, ale jednocześnie dokonuje się uwolnienie tego, kogo skrzywdzono. Przebaczenie wyzwala osobę skrzywdzoną od zła, którego doznała, ale też uwalnia od sprawcy tego zła. Ta zadana kiedyś krzywda przestaje królować w życiu osoby pokrzywdzonej, a na jej miejsce człowiek może postawić Pana Boga. Bo i krzywda może stać się bożkiem.

W przypowieści o synu marnotrawnym Jezus pokazuje też, że przebaczenie to coś więcej, niż darowanie długu czy wyzwolenie obu stron – to przywrócenie więzi miłości między ludźmi. A przecież Jezus wezwał nas, swoich uczniów, byśmy miłowali naszych nieprzyjaciół. To właśnie tak w praktyce możemy realizować to wezwanie – wybaczając z serca tym, którzy nas w czymkolwiek skrzywdzili. Bo miłość, która nie przebacza, nie jest miłością. (Paulette Boudet)

Warto jednak wiedzieć, że przebaczenie to nie tolerancja, czy pobłażliwość dla zła. To nie jest także akceptacja niesprawiedliwości. Przebaczenie odnosi się do człowieka, a nie do czynu. Zły czyn zawsze pozostaje zły.

Jezus mówi nam również: Jeśli więc przyniesiesz dar swój przed ołtarz i tam wspomnisz, że brat twój ma coś przeciw tobie, zostaw tam dar swój przez ołtarzem, a najpierw idź i pojednaj się z bratem swoim! Potem przyjdź i dar swój ofiaruj! (Mt 5,23-24)

Aby nasza ofiara i modlitwa zostały przyjęte przez Boga, musimy wybaczyć osobie, która wyrządziła nam krzywdę. Co więcej, naszym obowiązkiem jest też prosić o wybaczenie każdego człowieka, o którym wiemy, że ma coś przeciwko nam. Mamy tak postępować nawet wtedy, gdy czyjś żal uważamy za niesłuszny.

Przebaczenie i przebaczanie nie jest łatwe. Trzeba krzyżować swój egoizm, swoją pychę, miłość własną. Trzeba pogodzić się z tym, że nie jesteśmy idealni i krzywdzimy innych, choć często nieświadomie, bez takiej intencji. Trzeba uznać, że skoro i my chcemy, by nam wybaczono, to i sami jesteśmy do tego zobowiązani. Żeby z serca przebaczyć, musimy – jak Pan Bóg – dostrzec w każdym człowieku dobro, dostrzec swojego brata i siostrę w Chrystusie – i zobaczyć, że w niczym nie jesteśmy od nich lepsi, co więcej – wszyscy jesteśmy słabi, grzeszni i nieustannie potrzebujemy czyjegoś przebaczenia.

Często tłumaczymy się z naszych przewinień niewiedzą, brakiem złych intencji, nieumiejętnością, słabością. Ale trudno nam te same wytłumaczenia odnieść do tego, kto nas krzywdzi. Trudno nam, jak Jezus, przyjąć taką postawę serca: „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią.” (Łk 23,34)

A tymczasem to były pierwsze słowa, jakie ukrzyżowany Jezus skierował do Ojca – słowa przebaczenia, nie złorzeczenia, wymówek, żali i pretensji. Jezus potrafił w chwili tej strasznej męki wybaczać oprawcom, bo całe swoje życie ukazywał i głosił przebaczenie Boga. Bo im częściej przebaczamy i prosimy o przebaczenie, tym łatwiej nam przebaczać i o wybaczenie prosić. Bo przebaczenie również potrzebuje ćwiczeń.

Nauka Jezusa jest radykalna: bez przebaczenia i pojednania człowiek nie może oddawać prawdziwie czci Bogu, nie może modlić się do Niego i żyć w bliskości z Tym, który jedynie jest Dobry. Oznacza to, że jeśli odrzucamy Jego naukę o przebaczeniu, to zarówno Jemu, jak i sobie wijemy wieniec z bolesnych cierni i wciskamy go na głowę. Nie przebaczając, odcinając się od wybaczenia sami nie pozwalamy, by Jezus nam tę cierniową koronę nieprzebaczenia zdjął z naszej głowy.

A jeśli krzywda jest przeogromna i człowiek – mimo chęci – nie umie jej wybaczyć? Zawsze można o pomoc poprosić Tego, który jest Mistrzem w wybaczaniu: Jezusa. I można wypowiadać słowa błogosławieństwa. Bóg pomoże człowiekowi, który chce wybaczyć, by przebaczenie z warg zeszło do serca i objęło całego człowieka. Ważne, by chcieć wybaczyć.

(EKSA)

Świadkowie Męki Chrystusa

oprac. ks. Mateusz Pietruszka

Weronika

W czasie pasyjnych rozważań, obserwując postawy różnych świadków drogi krzyżowej Chrystusa, odkrywamy, w jaki sposób krzyż jest obecny w naszym życiu. Zauważamy, że chociaż nie jest to obecność łatwa, to konieczna, by stać się prawdziwym uczniem Jezusa i osiągnąć życie wieczne. Uczymy się zbliżać się do Chrystusa umęczonego oraz żyć według Jego miłości.

Dziś na Jezusowej drodze na Kalwarię spotykamy Weronikę. I choć w Ewangeliach nie znajdziemy o niej żadnej wzmianki, tradycja przekazuje, że ta dzielna niewiasta była obecna na drodze krzyżowej. Zbliżyła się do Chrystusa, by otrzeć Mu twarz, ulżyć w cierpieniu. Zrobiła to mimo rozkrzyczanego tłumu, żołnierzy rzymskich, którzy otaczali Jezusa. Zdobyła się na ten odważny czyn, aby pomóc, tak jak potrafiła, swemu Panu. Nie zrobili tego nawet Jego uczniowie. Otrzymała za to wielką nagrodę – odbicie twarzy Chrystusa na chuście.

Weronika uczy nas, że ten kto kocha, nie może mówić: „Ja przecież nic nie mogę zrobić; co ja poradzę, jestem za słaby”. Prawdziwa miłość znajdzie sposób, by pomóc, ulżyć w cierpieniu. Weronika tylko otarła Chrystusowi twarz, która za kilka chwil znów była ubrudzona potem, pyłem ulicznym, krwią. Czy nie wiedziała o tym?

Wiedziała, a to zrobiła. Bo oprócz pomocy fizycznej, widocznej, niosła jeszcze inną pomoc. Pokazała Chrystusowi, że jest przy Nim i chce mu pomóc tak, jak potrafi.

Każdy z nas ma taką chustę Weroniki. Są nią zdolności, którymi zostaliśmy obdarzeni przez Boga. I chociaż może niektórym z nas się wydaje, że nie otrzymał żadnych, bo nie potrafi pięknie malować, śpiewać, w sporcie też nie jest asem, nie zrobił szczególnej kariery zawodowej i nie jest na pierwszych stronach gazet, to każdy otrzymał czas oraz wolność działania. To jest właśnie nasza chusta, którą mamy służyć innym ludziom. Nie nośmy jej w kieszeni ładnie poskładanej, ale bezużytecznej. Tak robimy, gdy podejmując jakieś działanie zastanawiamy się: co ja z tego będę miał, czy to nie za wiele będzie mnie kosztowało, czy się opłaca? I rezygnujemy z działania, gdy nie jesteśmy pewni, że przyniesie nam ono opłacalny skutek.

Nie bójmy się spalać dla drugiego człowieka, nawet wtedy gdy wydaje się nam, że nasz trud nic nie da, bo nie widzimy natychmiastowych rezultatów naszego wysiłku. Weronika nie zrezygnowała, pomogła tak jak potrafiła. I wielką nagrodę otrzymała: portret Zbawiciela.

Imię Weronika; wywodzi się z greckiego: iere eikon - święte oblicze albo z łacińskiego: vera icon - prawdziwy obraz (oblicza Jezusa). Weronika otrzymała prawdziwy obraz Chrystusa, bo się do Niego zbliżyła. Zauważyła Chrystusa, który był obecny na jej drodze życia i wyszła Mu z pomocą. Nie wstydziła się Go. A ja - czy nie wstydzę się znaku krzyża? Przy kościele, na drodze… Czy krzyż jest obecny w moim domu i czy go jeszcze zauważam?

Aby poznać Boga, musimy - jak Weronika – zbliżyć się do niego. Nieraz, jak w przypadku naszej dzisiejszej bohaterki, będzie to spotkanie trudne, spotkanie z cierpieniem. Nie będzie łatwe, ale tylko to co cenne dużo nas kosztuje. Musimy, jak Weronika, schylić się i uklęknąć przed umęczonym Chrystusem obecnym w drugim człowieku. Czy pamiętasz o tym? Tylko tak będziemy mogli zrozumieć mękę naszego Pana – na kolanach. Musimy zatrzymać się, aby zobaczyć Chrystusa. Spotkanie to zaowocuje prawdziwym obliczem Chrystusa, ale już nie na chuście, lecz w naszych sercach. Jest to nagroda, której nikt nam nie odbierze.

Aby to się stało, potrzeba nam odwagi Weroniki. Ona odważyła się pomóc Chrystusowi, a ty - czy odważysz się pomóc bratu, który jest koło ciebie. Być może tak jak Chrystus nie ma już sił, by wołać o pomoc. To twoim zadaniem jest go dostrzec i pomóc tak, jak potrafisz. Nawet najmniejsza pomoc może sprawić, że ten ktoś będzie miał siłę pójść dalej w stronę Golgoty, krzyża, ale i Zmartwychwstania.

Po raz kolejny w naszych rozważaniach pojawia się temat odważnego przyznania się do Chrystusa. To jest bardzo ważne zadanie współczesnego chrześcijanina. Zadanie niełatwe.

Nie możemy się bać przyznać, że Chrystus jest naszym Bogiem, nie możemy bać się działać w duchu nauki płynącej z Ewangelii. Na naszej drodze nie staje wrogi tłum, zabraniający nam zbliżyć się do Jezusa, ale w nas samych często pojawia się bariera. Ona każe schować chustę Weroniki. Zostawić ją dla siebie, żeby przypadkiem się nie zbrudziła, nie zniszczyła. To chęć uniknięcia spotkania z krzyżem. Taka postawa przejawia się w usuwaniu, zakrywaniu znaku krzyża, ale jest to odzwierciedlenie stanu duszy. Duszy, która nie chce krzyża, bo go nie poznała, nie odkryła, że tylko przez krzyż przychodzi prawdziwe życie. Chrystus zapyta mnie, jak wygląda moja chusta... On nie chce jej ładnie poskładanej, ale takiej z odbitym wizerunkiem miłości.

Jak Weronika nie bójmy się obecności krzyża w naszym życiu i dawania siebie potrzebującym. Starajmy się pomagać innym w ich drodze, w ich niedostatkach. Tylko w ten sposób w naszych sercach jak na chuście Weroniki pojawi się prawdziwe oblicze Chrystusa. Ukrzyżowanego i zmartwychwstałego.

Ty jesteś tym człowiekiem!

Tegoroczne rozważania mają na celu skupienie się nie tyle na samym cierpieniu Jezusa, co raczej na dostrzeżeniu, że to są bardzo bliskie, prawie codzienne sprawy i bóle każdego człowieka...

Kazanie pasyjne 2013

diakon Piotr Alabrudziński

Proces i cierpienie Jezusa nie dokonuje się w zamknięciu, w hermetycznym pomieszczeniu, wśród swoich. To nie są tylko Jego subiektywne stany emocjonalne – to obiektywnie istniejąca rzeczywistość. Przychodzi zatem czas, w którym Jezus staje przed większym gronem – rozpoczyna się oficjalna część procesu. Przed Sanhedrynem, następnie przed Piłatem. Publicznie, wśród społeczeństwa. „Skoro dzień nastał, zebrała się starszyzna ludu, arcykapłani i uczeni w Piśmie i kazali przyprowadzić Go przed ich Sanhedryn. Rzekli: Jeśli Ty jesteś Mesjaszem, powiedz nam! On im odrzekł: Jeśli wam powiem, nie uwierzycie Mi, a jeśli was zapytam nie dacie mi odpowiedzi. Lecz odtąd Syn Człowieczy siedzieć będzie po prawej stronie Wszechmocy Bożej. Zawołali wszyscy: Więc Ty jesteś Synem Bożym? Odpowiedział im: Wy mówicie, że Ja Nim jestem. A oni zawołali: Na co nam jeszcze potrzeba świadectwa? Sami przecież słyszeliście z ust Jego” (Łk 22, 66 - 71).

Oto Człowiek Osądzony

Czytając opisy Męki Jezusa, patrząc na nie bez emocji, szukając żelaznej logiki tego procesu sądowego, przychodzi moment, w którym trzeba zapytać: Co było zbrodnią Jezusa? Jaki był centralny punkt wszystkich zarzutów? Odpowiedź okazuje się brutalna. Jezus wcale nie został skazany z powodu swojego postępowania, dokonanych cudów, łamania Prawa, czy nieortodoksyjnego nauczania. Jezus został skazany za zbrodnię oczywistą, której nie mógł się wyprzeć. Zbrodnię, którą z pewnością popełnił. Został skazany…. za to, kim był! „Jeśli Ty jesteś Mesjaszem, powiedz nam!” – Właśnie to stanowi centrum zarzutów i całego procesu sądowego. Jeśli jesteś tym, kim jesteś, musisz być winny. Znasz taką formułę, taki stan?

Prawdopodobnie niewielu z nas brało udział w oficjalnych procesach sądowych, tym bardziej w charakterze winnego. Ale czy to oznacza, że nie podlegaliśmy nigdy żadnemu sądowi, albo raczej – osądowi? „Problemem” Jezusa było to, kim był. A czy to nie jest również Twój „problem”? Czy w oczach niektórych ludzi już sam Twój sposób życia, postępowania, to, co najbardziej Ciebie określa – czy właśnie to nie jest powodem do osądzenia i odrzucenia Ciebie? Pomyśl – ile takich wyroków już usłyszałeś… Jesteś winny, przecież jesteś emerytem, alkoholikiem, jesteś chory, biedny, wykonujesz taki, a nie inny zawód, masz jakąś dysfunkcję, jakiś problem, nałóg. Jesteś tym, kim jesteś – i to jest Twój błąd w oczach niektórych ludzi. Takiego Ciebie nie mogą zaakceptować. Tak jakbyś był gorszy, nienadający się do życia, nieprzystosowany do społeczeństwa… Ile już słyszałeś takich wyroków? Ile ich było niewypowiedzianych? Przecież osądzić i skazać człowieka można nie tylko słowami. Równie dobrze wyrok może przekazać spojrzenie pełne pogardy, gest odsunięcia się, odwrócenie wzroku, zmiana tematu, gdy wchodzisz do pomieszczenia. Nie musisz słyszeć słów, a dobrze wiesz – zostałeś osądzony i skazany. Jesteś inny, a zatem – winny…

Ale czy tylko drugi człowiek może wyrokować o Tobie? Może sam jesteś dla siebie takim sądem potępienia? Zastanów się. W jaki sposób myślisz o sobie? Jak oceniasz swoje życie? Czy to tylko jedno wielkie pasmo porażek? Czy warunki, w których przyszło Ci żyć, otoczenie, rodzina, miejsce urodzenia – czy sam nie traktujesz tego jako powód wydania samopotępiającego wyroku?

A może czujesz się skazany przez Boga? Może swoje życie, różne dolegliwości, sytuacje, które Cię spotykają, odbierasz jako karę za to, kim jesteś? Może Bóg, w którego wierzysz, albo raczej, którego się boisz i próbujesz unikać, jest dla Ciebie surowym Sędzią?

Osąd i odrzucenia z powodu tego, kim jesteś. To bardzo bolesne doświadczenie. Komunikat, że moje życie jest w czyichś oczach pozbawione wartości, nie jest warte przeżycia… Co z tym zrobić? Pokusa łatwego rozwiązania sugeruje 2 drogi. Z jednej strony - bierność. Przecież i tak nic nie zmienię. Nie zmienię tego, w jaki sposób ktoś odnosi się do mnie. Tylko czy bierność połączona z osądem i pogardą ze strony innych nie łamie krok po kroku Twojego serca? Nie sprawia, że coraz bardziej wierzysz w kłamstwo, że Twoje życie jest karygodne i pozbawione wartości? Ale jest też pokusa przeciwna – udowodnić za wszelką cenę swoją wartość. Pokazać wszystkim, że się mylą, skreślając mnie. Powstaje jednak pytanie – jakim kosztem? Ile jesteś w stanie zapłacić, żeby pokazać swoją wartość? A może jeszcze wcześniej – czy i komu musisz udowadniać swoją wartość?

Jak zatem poradzić sobie z sytuacją takiego osądu i odrzucenia? Jak poradził sobie z nią Jezus? Odpowiedź jest prosta – wypośrodkował to, co podpowiada pokusa. Jezus był świadomy nie tylko tego, kim jest, ale przede wszystkim tego, jaką wartość ma w oczach Bożych. Wie, że ma swoje miejsce po prawej stronie Wszechmocy Bożej. Nikomu nie musi udowadniać tego, kim jest, ani żebrać o uznanie w czyichś oczach. Jezus uczy nas pewności siebie, dobrego poczucia własnej wartości. Z drugiej strony, na ile Jego sędziowie są w stanie to przyjąć, próbuje ich otworzyć na prawdę swojego życia. Bez proszenia o jej uznanie, ale też bez fałszu, bez udawania pokory. Zdaje się mówić – jeśli tylko spojrzycie na mnie w dobrym świetle, bez uprzedzeń i własnego zaślepienia, ujrzycie, kim naprawdę jestem. Ujrzycie, a raczej przyjmiecie to, kim wiecie, że naprawdę jestem.

Jeśli kiedykolwiek doświadczyłeś takiego osądzenia i odrzucenia z powodu tego, kim jesteś, nie chciej tego wyłącznie rozpamiętywać. Spróbuj to doświadczenie włączyć teraz w rozmowę z Jezusem. Jezu osądzony i odrzucony. Znasz to uczucie, gdy komuś nie odpowiada to, kim jestem. Sam wiesz, jak boli świadomość odrzucenia bogactwa i piękna mojego życia przez innych. Właśnie dlatego, że możesz mnie zrozumieć przynoszę Tobie te wszystkie wyroki, które na mnie wydali inni ludzie, którymi sam siebie osądziłem, które, jak czasem czuję, są wyrokami także Boga. Panie, tak łatwo słuchając innych zmienić zdanie o sobie. Ty wiesz jak bezrefleksyjnie czasem wierzę w kłamstwa, które ktoś mi podsuwa. Ale nie chcę ulegać kłamstwom odnośnie tego, kim jestem. Proszę Cię, poślij do mojego serca Twojego Ducha Świętego. Niech On przypomni mi, kim jestem naprawdę, jak ważny jestem dla Ciebie. Niech przypomina mi, że moje życie jest cudem i darem. Proszę, niech przypomina mi to zawsze wtedy, gdy ktoś znów będzie wydawał na mnie wyrok. Niech przypomina, że „teraz dla tych, którzy są w Chrystusie Jezusie, nie ma już potępienia” (Rz 8, 1)

Czy Ty jesteś Mesjasz, Syn Boży?

ks. Piotr Alabrudziński

Kazanie pasyjne 2014

Ci zaś, którzy pochwycili Jezusa, zaprowadzili Go do najwyższego kapłana Kajfasza, gdzie zebrali się uczeni w Piśmie i starsi. A Piotr szedł za Nim z daleka, aż do pałacu najwyższego kapłana. Wszedł tam na dziedziniec i usiadł między służbą, aby widzieć, jaki będzie wynik. Tymczasem arcykapłani i cały Sanhedryn szukali fałszywego świadectwa przeciw Jezusowi, aby Go zgładzić. Lecz nie znaleźli, chociaż występowało wielu fałszywych świadków. W końcu stanęło dwóch, mówiąc: On powiedział: Mogę zburzyć przybytek Boży i w ciągu trzech dni go odbudować. Wtedy powstał najwyższy kapłan i rzekł do Niego: Nic nie odpowiadasz na to, co oni zeznają przeciw Tobie? Lecz Jezus milczał. A najwyższy kapłan rzekł do Niego: Zaklinam Cię na Boga żywego, powiedz nam: Czy Ty jesteś Mesjasz, Syn Boży? Jezus mu odpowiedział: Ty powiedziałeś. Ale powiadam wam: odtąd ujrzycie Syna Człowieczego, siedzącego po prawicy Wszechmocnego i nadchodzącego na obłokach niebieskich. Wtedy najwyższy kapłan rozdarł swoje szaty i rzekł: Zbluźnił. Na cóż nam jeszcze potrzeba świadków? Oto teraz słyszeliście bluźnierstwo. Jak wam się zdaje? Oni odpowiedzieli: Winien jest śmierci. Wówczas zaczęli pluć Mu w twarz i bić Go pięściami, a inni policzkowali Go i szydzili: Prorokuj nam, Mesjaszu, kto Cię uderzył” (Mt 26, 57 – 68).

 

Jezus wobec Sanhedrynu, Wysokiej Rady. Oko w oko ze swoimi sędziami. Za co można Go skazać? W jaki sposób wykorzystać Jego własne słowa przeciwko Niemu? Wielkie dylematy ówczesnych sędziów. Ale czy tylko ówczesnych?

Świat bardziej potrzebuje świadków niż nauczycieli. Tyle Paweł VI. Świadek to osoba potwierdzająca prawdziwość pewnych faktów, czy słów. Wobec czyjegoś świadectwa trudno wytoczyć kontrargumenty. Często jednak świadek kojarzy się z jakimś wypadkiem, tragedią, zabójstwem. Może świat bardzo potrzebuje również takich świadków – potwierdzających, że coś jest nie tak jak powinno? Tak było podczas przesłuchania Jezusa. Szukano ludzi, którzy potwierdziliby jakieś nadużycie, czy bluźnierstwo. A dziś? Dziś pewnie też niektórzy szukają świadków-przeciw-Bogu. Ludzi, którzy pokazują, że Bóg zapomniał o świecie, albo nawet celowo tym światem się nie zajmuje. Ludzi, którzy potwierdzą, że Jezusa można wciąż sprzedawać i to we wszystkich walutach. Ludzi, którzy pozwolą zapomnieć o Kościele, albo wskażą, że ta instytucja nie ma najmniejszego sensu…

Oczywiście, nie ma na ziemi doskonałej formy życia i bycia z ludźmi. Nie jesteśmy aniołami, stąd też wszędzie tam, gdzie przebywamy może wkroczyć jakieś zło. Grzechy główne dotykają wszystkich ludzi, niezależnie od tego, czy nie zdają sobie sprawy z istnienia ich katalogu, czy też co tydzień operują nim na ambonie. To fakt. Często jednak, dziś podobnie jak w procesie Jezusa, szuka się fałszywych świadków. Być świadkiem, nawet fałszywym, to też wielka sztuka.

Wspomniani przez Ewangelistę Mateusza fałszywi świadkowie nie mogli być przypadkowymi ludźmi. Przytoczyli słowa Jezusa – ich wypowiedzenie potwierdza w swoim dziele św. Jan. „Jezus dał im taką odpowiedź: Zburzcie tę świątynię, a Ja w trzy dni wzniosę ją na nowo.” (J 2, 19) Musieli albo słyszeć Jezusa na żywo – choćby ten jeden raz – albo usłyszeć o Nim od kogoś. Nie byli całkowicie obcy Jezusowi, choć być może nie utożsamiali się z Nim. Jak widać zatem można mówić o Jezusie, można przytaczać słowa Jezusa – ale w zupełnie niewłaściwym kontekście. To nie przeszłość…

Jestem chrześcijaninem. Jestem świadkiem Jezusa. Pytanie: prawdziwym czy fałszywym? Nie chodzi bynajmniej o to, by dokonywać podziałów wśród innych. Bardziej o to, żeby podzielić swoje serce. Na ile potrafię we właściwym kontekście i czasie głosić Jezusa? Na ile moje głoszenie przynosi pożytek Jemu samemu, a na ile jest okazją do mojego zabłyśnięcia? Pytając już bardzo praktycznie – krzyż na piersi, koloratka pod szyją, „rybka” przyklejona na samochodzie wciąż mają swoje znaczenie. Ale czy świadczą o Jezusie w połączeniu z kłamstwem, traktowaniem innych „z góry”, łamaniem przepisów drogowych? Jezus, co ważne, nie odpowiedział wprost, że jest Mesjaszem. Zamiast tego wskazał na spostrzeżenie swojego rozmówcy: „Ty powiedziałeś”. Porada dla mnie? Zamiast krzyczeć: „Bóg Cię kocha!” różnymi gadżetami i akcesoriami, lepiej sprawić, żeby ktoś pomyślał, zapytał: Ej, jesteś chrześcijaninem?

Podczas Wigilii Paschalnej pojawia się wiele symboli, ale nieomal wszystkie obok nas. Może warto, przygotowując się do tego wydarzenia, spojrzeć nie na symbole, ale na serce. Pomyśleć nad moim chrześcijaństwem i świadectwem o Jezusie, które daję. Mogę odnowić przyrzeczenia chrzcielne, czyli OD NOWA zacząć żyć chrztem – życiem Chrystusa we mnie, a przecież w Jego życiu nie wszystko było publiczne, nie o wszystkim wiemy. Ewangelia opisuje tylko fragmenty najważniejsze – nie jest biografią czy pamiętnikiem „dzień po dniu”.

Zacząć OD NOWA zwyczajne chrześcijaństwo – może tak trzeba? Duch sam wybierze, co z niego zapamiętają inni…

Czytając Boga

Kazanie pasyjne 2015

ks. Piotr Alabrudziński

Poszukaj skojarzeń ze słowem „serce”. Jest czerwone, kojarzy się z miłością, zakochaniem, życiem. Jasne, nie trzeba nad tym nawet debatować. Ale czy serce może kojarzyć się ze zmartwychwstaniem?

Rozważając wezwania Litanii do Serca Pana Jezusa napotykamy również to, które zdaje się być mało logiczne. Serce Jezusa, życie i zmartwychwstanie nasze, zmiłuj się nad nami. Jak mogę to rozumieć? Jak taki przymiot Serca Jezusa mogę odzwierciedlić w moim życiu? Zobaczmy…

Jezus był Człowiekiem. Jako Człowiek miał Serce, które biło, ale też podczas Męki zostało przebite, a zatem przestało bić. Skoro jednak zmartwychwstał, zaczęło bić na nowo. Nie wiem, nie spotkałem się jeszcze z biologicznym opisem tego wydarzenia – mogę się mylić, myśląc tak bardzo po ludzku. Było, przestało pełnić swoją funkcję i zaczęło powtórnie. Takie samo, ale już nie tak samo. Tyle jeśli chodzi o Życie i Zmartwychwstanie Jezusa.

W wezwaniu Litanii chodzi jednak o to, że Jego Serce jest życiem i zmartwychwstaniem NASZYM. Żyję – Jego Sercem. Zmartwychwstaję, zmartwychwstanę – Jego Sercem. Dwa etapy podobieństwa i rozumienia. Dwa tropy. Niezależnie od tego, którego szukasz, spójrz najpierw na siebie.

Czy wszystko w Tobie dzieje się systematycznie, krok po kroku? A może jednak etapami i skokami? Może pomiędzy niektórymi dniami, czy wydarzeniami, masz etapy przestoju, marazmu, obojętności? Jeśli tak – spójrz na Serce Jezusa…

A co z Twoją relacją z Nim? Dzień po dniu, krok za krokiem? Zawsze On – ten sam, taki sam. Poznawany, ale przecież dobrze znany?

Ostatnio na spotkaniu Kręgu Biblijnego rozważaliśmy z grupą Parafian fragment Rdz 22 – Akeda, albo w chrześcijańskiej nomenklaturze „Moria”. Fragment strasznie trudny, a przez to przełomowy. Nie tylko w historii Abrahama. Był dalej tym samym człowiekiem. Ale czy takim samym? Czy Bóg nie objawił mu się wtedy na nowo, w sposób, którego nie mógł wcześniej nawet przewidzieć? Czy nie spotkał wtedy Boga w doświadczeniu przebitego Serca, które umiera i musi umrzeć, żeby wkroczyć w nową formę życia? Czy nie doświadczył tego, co dziś możemy przez pryzmat Osoby Jezusa Chrystusa, określić mianem Jego Serca i własnej śmierci – czyli łącznika pomiędzy życiem i zmartwychwstaniem?

W Sercu Jezusa jest ukryte moje życie i moje zmartwychwstanie. Ukryte – czyli schowane. Obecne, ale nie na widocznym miejscu. Jest, ale niekończenie muszę od razu o tym wiedzieć. Nawiązując znów do historii Patriarchów – Bóg był tu, a ja o tym nie wiedziałem…

Mogę opisać, z mniejszym lub większym powodzeniem, moje życie. Mogę marzyć i wierzyć w moje zmartwychwstanie. Mogę wszystkiego tego szukać w Sercu Zbawiciela – ale nie w prosty sposób. Nie tylko, a wręcz wcale nie jako prostej konsekwencji moich czynów i modlitw. Najważniejsze rzeczy chyba nie dzieją się etapami, ale skokami. W najważniejsze momenty zwykle pewnie wbiegamy, z rozbiegu mijając to, co jest pomiędzy. Tak jak z rozbiegu w Sercu Jezusa mogę pominąć śmierć – skacząc z życia w zmartwychwstanie.

Dzisiejsze rozważanie i wezwanie Litanii uczy mnie Bożej nieprzewidywalności. Tego, że On nie jest książką, którą czytam strona po stronie. Czasem pewnie zasypiam nad niektórymi kartami i potrzebuję powiewu wiatru, żeby obudzić się dalej i zadziwić akcją. Że moje życie również nie zawsze jest tak przewidywalne. Że Bóg czasem oszczędza mi trudnych słów, ale przeprowadza przez trudne doświadczenia i trudny czas. Że… sam dokończ…

Co w związku z tym dziś zrobimy?

Weź znów kartkę i długopis. Dobrze, gdybyś miała/miał również pod ręką Pismo Święte w formie księgi. Spróbuj zrobić prywatny spis treści do Boga w Twoim życiu. W jakich rozdziałach byś Go ujęła/ujął? Nieważne, ile ich będzie, czy ile stron trwają. Zapisz to, o czym pomyślisz, i w co wierzysz. Potem naklej na pierwszej, lub ostatniej stronie. Tyle.

Aha – nie zapomnij zobaczyć, ile przeczytasz do Wielkanocy…

Chleba i igrzysk

Kazanie pasyjne 2017

XPA

„A wyżsi kapłani i starsi podburzyli tłum, żeby prosił o Barabasza, a domagał się śmierci dla Jezusa. Namiestnik zapytał: Którego z tych dwóch mam wam uwolnić? Odpowiedzieli: Barabasza! Piłat ich zapytał: A co mam uczynić z Jezusem, zwanym Chrystusem? Wówczas wszyscy odpowiedzieli: Na krzyż z Nim! Wtedy ich zapytał: Co On złego zrobił? Lecz oni jeszcze głośniej krzyczeli: Na krzyż z Nim! Piłat widział, że to nic nie pomaga, a zamieszanie staje się coraz większe. Wziął więc wodę i na oczach tłumu umył ręce. I powiedział: Nie ponoszę winy za tę krew. To wasza sprawa. A cały lud odparł: Niech Jego krew spadnie na nas i na nasze dzieci! Wtedy wypuścił im Barabasza, a Jezusa kazał ubiczować i wydał na ukrzyżowanie” (Mt 27,20-26)

„Osądź mnie, Panie, bo postępuję nienagannie. Zaufałem Panu i się nie zachwieję! Sprawdź mnie, Panie, i wypróbuj, zbadaj moje sumienie i serce! Bo mam przed oczami Twą łaskę i postępuję, znając wierność Twoją. (...) Obmywam ręce na znak niewinności i obchodzę Twój ołtarz, Panie...” (Ps 26,1-3.6)

„Oni niczym się nie przejmują, ich ciało jest zdrowe i jędrne. Nie uczestniczą w ludzkich znojach, nie cierpią razem z ludźmi. Dlatego okryli się pychą, odziali się przemocą jak szatą. W ich tłuszczu lęgnie się nieprawość, w ich sercach rodzą się złe myśli. Myślą i mówią złośliwie, wyniośle głoszą nieprawość. Otwierają usta przeciw niebu, kalają ziemię językiem. Także lud Boży zwraca się do nich, pijąc obficie ich wodę. (…) Czyż na darmo zachowałem czyste serce i obmywałem ręce na znak niewinności?” (Ps 73,4-10.13)

Chleba i igrzysk. Tego chce tłum. Zaspokoić swoje potrzeby. Mieć pożywienie w wystarczającej ilości. Mieć kontakt z jakąś rozrywką. Tyle wystarczy. Tyle im dawałeś, Panie Jezu. Mogłeś dać chleb, kiedy tego potrzebowali. Wiedziałeś, że nie muszą szukać niczego poza Tobą, że wszystko inne będzie im dodane, jeśli zechcą szukać Bożego Królestwa. Pewnie dla niektórych byłeś też tym, który urządza swoiste igrzyska. Cudowne uzdrowienia, uwolnienia od złych duchów. Słyszano nawet o wskrzeszeniach, których dokonałeś. Cuda, ludzie! Cuda się dzieją! Przepraszam – działy. Przecież teraz, tutaj? Co to w ogóle ma być? Kim są ci ludzie, których mamy osądzić? Jeden wart drugiego. Barabasz i Jezus. Ale trzeba wybrać jednego, który odzyska wolność. Zaraz, zaraz – kogo mamy uwolnić?

Być może tak zgromadzony tłum patrzył na Jezusa. Nie wiem, jak ja bym się zachował, choć w tłumie niekiedy trudno jest być sobą. Dziwaczne „jeden za wszystkich, wszyscy na jednego”. Właśnie, NA Jednego i Jedynego Syna Ojca. Może spotkanie z drugim człowiekiem jest jak spoglądanie w lustro? Może rzeczywiście, nawet jeśli nie jestem tego w pełni świadomy, postępuję wobec innych ludzi zgodnie z tym, co umiem dostrzec w sobie. Miłość rodzi miłość. Niezgoda nie zrodzi niczego dobrego. Wiedząc, Kim Jesteś, Panie, wiedząc, jak bardzo ukochał Ciebie Ojciec, patrzyłeś z miłością na każdego człowieka. Tak, także wtedy, u namiestnika. Dla Ciebie to nie był tylko anonimowy tłum. Znałeś ich. Wiedziałeś o nich wszystko. Kochałeś – mimo wszystko. A oni? Na myśl przychodzi jeden z brewiarzowych hymnów: Jezu otoczony rzeszą kalek, ślepców, trędowatych, dusz niemocą naznaczonych. Do tej sceny on też pasuje. Człowiek, który ceni dar własnego życia, nie będzie krzywdził innych. Kto odkrył skarb, nie musi go wykradać drugiemu. Ten jednak, który odczuwa nieznośny ból, może łatwo wejść w myślenia niewolnika. Jeśli mnie boli, to czemu nie jego. Niewolnika nie trzeba długo namawiać, żeby walczył przeciwko drugiemu. Tym bardziej, gdy ma obiecany jeszcze jakiś zysk.

Ty, związany, zmęczony, niosący ciężar cudzej winy. Oni niczym się nie przejmują, ich ciało jest zdrowe i jędrne. Wiedzą, że nie będą cierpieć razem z Tobą, to nie ich sprawa. Nie warto się nawet wzruszać czyjąś historią. Z braku zainteresowania, z obojętności, okryli się pychą, odziali przemocą. Człowiek ubrany w takie szaty nie wie nawet, że jest nagi. Choćby jednak to usłyszał, nie zrozumie. Nie przyjmie tego. Jest mu to zupełnie obojętne. Można skazać Jezusa. Można skazać Barabasza. Wszystko jedno, te wybory są bez znaczenia. To tylko ktoś stojący z boku. Nikt ważny. Na krzyż z Nim! Na krzyż! Nie wiem, co złego zrobił, nie rozumiem tego. Ale skoro powiedziało się „a”, trzeba powiedzieć też „b”. Krew Jego na nas i na dzieci nasze. Przecież i tak obędzie się bez konsekwencji. Dlaczego czasem tak brakuje myślenia? Dlaczego tak łatwo udaje się zapędzić człowieka w kozi róg? Goni go własna złość, własny gniew, własne wybory. Nie możesz inaczej, musisz tak wybrać. Nie ma innej drogi, musisz iść w tę stronę. I złowieszczy chichot: ale pamiętaj, i tak nic Ci się nie stanie. I tak wszystko będzie dobrze...

Sam osądzam. Sam krzyczę. Sam wydaję wyrok. Sam obmywam ręce. A potem sam piję wodę, w której je obmyłem. Spijam własny brud, bo nie da się inaczej. Perpetuum mobile. Wiecznie w ruchu. Wiecznie w tej machinie. Obojętność, złe wybory, gorsze życie. Obojętność, złe wybory, gorsze życie. Obojętność… Chcesz powiedzieć, że można inaczej? A gdzie to da się zobaczyć?

Przełamanie obojętności nie jest wcale łatwe. Trudno jest spojrzeć w inną stronę niż dotychczas. Trudno jest pomyśleć inaczej. Złamać schemat. Przestać wierzyć w to, że on mnie zawsze denerwuje, a ona zawsze tylko czegoś ode mnie chce. Trudno jest uwierzyć w to, że niewinność ma sens. Trudno, bo potrzeba nawrócenia – przemiany myślenia. Konsekwencje to coś więcej niż widać. Dobrych ludzi spotykają złe rzeczy, a złych szczęście. Jeśli tak się mają sprawy, to po co? Bo życie jest o wiele głębsze i ważniejsze. Jezus osądzony przez ludzi nie jest przegranym. On jest w drodze do zwycięstwa, w którym mogę mieć swój udział. Przypomina, że od tego, co mnie spotyka ważniejsze jest to, co z tym robię. Ważniejsze jest, kim jestem. Kim się staję.

Kiedy nie umiem i nie chcę podejmować wyborów, przypominasz, że Ty mnie wybrałeś. Kiedy chcę żyć tak jak wszyscy, pokazujesz, że można inaczej. Kiedy czuję, że jestem zakładnikiem wydarzeń, więźniem mojego losu, Ty nie pozwalasz mi stać się ofiarą. Przypominasz, że wolność noszę w sobie. Że mimo wszystko mogę wybrać, jak się w tym wszystkim odnajdę.

Panie, który nawet związany jesteś Wolnością. Chcę doświadczać w moim życiu Twojej wolności. Od samego początku, w sakramencie chrztu świętego, uczyniłeś mnie wolnym człowiekiem, odebrałeś ciężar, którego żadnymi wysiłkami nie mógłbym się pozbyć. Proszę Ciebie, gdy zawęża się moje pole widzenia, gdy wydaje mi się, że nie mam wyboru, przypominaj mi o Cudzie Twojej Wolności. Proszę też Ciebie, choćbym nie wiem jakie decyzje podejmował w moim życiu, bądź w nich obecny. Bądź moim podstawowym wyborem. Chcę, abyś zawsze był.

Siedem ostatnich słów Jezusa na Krzyżu

ks. Leszek Smoliński

Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił? (Mt 27,46).

Nadzieja

Czwarte słowo Jezusa z krzyża – w mroku, który „ogarniał całą ziemię” – brzmi: „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?” (Mt 27,46). Jezus modli się słowami Psalmu 22, którego treść zawiera całą teologię cierpiącego Mesjasza. Nie tylko wypowiada słowa, ale do głębi przeżywa ich treść. Mrok, jaki zapadł w godzinach ukrzyżowania to symbol zapowiadanego przez proroków Dnia Pańskiego, dnia sądu. W Jezusie, który umiera na krzyżu, Ojciec dokonuje sądu nad światem i realizuje obiecane odkupienie, zwycięstwo miłości.

W okrzyku bólu i opuszczenia słyszymy głos kogoś z biednych i sprawiedliwych, który w swojej udręce wytrwale dobija się do Boga. Wypowiadając pierwsze słowa Psalmu 22, Jezus odkrywa kulminacyjny moment swojej Męki: skatowany i odrzucony przez ludzi, teraz odczuwa bolesne ludzkie opuszczenie i milczenie także ze strony Boga. Cierpienia skazanego potęgują się wskutek doznawanych szyderstw z wiary i zaufania Bogu: „Zaufał Panu, niechże go wyzwoli” (Ps 22,9a). W tym momencie kończą się i tracą znaczenie wszystkie ludzkie oparcia. Pozbawiony jakiejkolwiek pomocy i udręczony człowiek rzuca się całym sobą w ręce Boga i tam znajduje ocalenie.

Słowa Jezusa należy jednak interpretować w kontekście całego psalmu, z którego bije głęboka nadzieja ostatecznego zwycięstwa Boga i wdzięczność za okazane miłosierdzie. Cierpienie Jezusa nie jest więc pozbawione nadziei. Przyjmuje On za własne słowa psalmu i swym skrajnym cierpieniem je wypełnia. Benedykt XVI snuje taką refleksję w książce Jezus z Nazaretu: „Nie jest to jakieś ogólnie rozumiane wołanie w opuszczeniu. Jezus modli się słowami wielkiego Psalmu cierpiącego Izraela i w ten sposób bierze na siebie i streszcza w sobie całe udręczenie nie samego Izraela, lecz wszystkich cierpiących na tym świecie z powodu ukrywania się Boga. Trwożne wołanie świata, dręczonego nieobecnością Boga, zanosi przed serce samego Boga. Utożsamia się z cierpiącym Izraelem, z ludzkością, która cierpi z powodu ciemności Boga, przyjmuje do swojego wnętrza jej wołanie, jej udręczenie, całą jej bezradność, a przez to jednocześnie je przeobraża” (cz. II, s. 229).

Żyjąc we współczesnym jakże niejednorodnym świecie, gdzie sprzeczność pogania sprzeczność, a ludzie poruszając się z prędkością sukcesu spychają na margines życia mniej zaradnych i zdolnych bliźnich, mimo wszystko pragniemy stawać się żebrakami miłosierdzia. Powód? Szukamy nadziei, która będzie dla nas pewnym oparciem i bezpieczną przystanią. Nadzieja, różna od płytkiego optymizmu, pochodzi od „spodziewać się”, czyli oczekiwać. Natomiast jedyne źródło nadziei – która przekracza horyzont ludzkich pragnień, tęsknot i oczekiwań – wypływa z Bożego miłosierdzia, a nie z wiary w ludzkie możliwości i oparcia. A „kto Miłosierdziu Bożemu zaufa, wesprze go Pan Bóg i modlitw wysłucha”.

Jezus przypomniał tę prawdę również współcześnie w objawieniach, których doświadczyła św. Faustyna. Święta tak zapisała w Dzienniczku: „Pragnę, aby poznał świat cały miłosierdzie moje; niepojętych łask pragnę udzielać duszom, które ufają mojemu miłosierdziu” (Dz. 687). „Nie zazna ludzkość spokoju, dopóki nie zwróci się do źródła miłosierdzia mojego” (Dz. 699). Darek Malejonek, kompozytor, wokalista i gitarzysta wyznaje: „Boże Miłosierdzie to jest coś, czego najbardziej potrzebuje dzisiejszy świat pełen wojen. Potrzebujemy dzisiaj kotwicy, którą jest Bóg. […] Miłosierdzie jest lekiem na zło, lęk i ból istnienia. Jesteśmy zbyt dorośli, bo uważamy, że sami damy sobie radę ze wszystkim, a powinniśmy stać się, jak małe dzieci, żeby móc w pełni zaufać Bogu. On nie potrzebuje wielkich ludzi, żeby czynić wielkie dzieła. On potrzebuje ludzi pokornych. Ważne jest to, żeby być blisko Pana Boga, Ewangelii, aby głosić Dobrą Nowinę, Jego Miłosierdzie, to, że On kocha grzesznika. To jest szczególnie ważne dziś, gdy ludzie są pogubieni, pogrążeni w ciemności, w różnych zniewoleniach, nałogach. To w dużej mierze dotyczy też artystów. Myślę, że w tym świecie trzeba pokazywać [Boga] jako miłosiernego Ojca, który kocha grzesznika, chce człowieka przyjąć, wie, w jakiej jest sytuacji, i nie gorszy się nim. Chce go wyrwać z ciemności do światła, do tych promieni, które wytryskują z Jego miłosiernego Serca” („Iskra Miłosierdzia”, nr 1(3)/2018, s. 31).

Chrześcijańska nadzieja, która wypływa z krzyża Chrystusa, „zawieść nie może, ponieważ miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, który został nam dany” (Rz 5,5). Dlatego nie powinniśmy się smucić „jak wszyscy ci, którzy nie mają nadziei” (1 Tes 4, 13). Człowiek bez nadziei żyć nie może. Jedynie nadzieja prowadzi mnie przez dolinę śmierci i samotności. „Tylko wtedy, gdy przyszłość jest pewna jako rzeczywistość pozytywna, można żyć w teraźniejszości. (…) Kto ma nadzieję, żyje inaczej; zostało mu dane nowe życie” (Spe salvi, 2).