Gorzkie Żale

publikacja 06.04.2003 13:24

V Niedziela Wielkiego Postu

Gorzkie Żale Henryk Przondziono/GN Jezu, od Heroda i dworzan, Królu niebieski, zelżywie wyśmiany, Jezu mój kochany!

Nabożeństwo zawdzięcza swe powstanie księżom Misjonarzom, którzy je wprowadzili na początku XVIII wieku w Kościele Świętego Krzyża w Warszawie, skąd szybko rozpowszechniło się we wszystkich polskich katolickich diecezjach.

Umieszczenie Gorzkich Żalów w naszym serwisie ma na celu przede wszystkim przypomnienie i pokazanie piękna tego nabożeństwa. Pragniemy zachęcić do udziału w nim w kościele.


Pobudka

Posłuchaj...

1. Gorzkie żale przybywajcie, * Serca nasze przenikajcie,
2. Rozpłyńcie się, me źrenice, * Toczcie smutnych łez krynice.
3. Słońce, gwiazdy omdlewają, * Żałobą się pokrywają.
4. Płaczą rzewnie Aniołowie, * A któż żałość ich wypowie?
5. Opoki się twarde krają, * Z grobów umarli powstają.
6. Cóż jest, pytam, co się dzieje? * Wszystko stworzenie truchleje!
7. Na ból męki Chrystusowej * Żal przejmuje bez wymowy.
8. Uderz, Jezu, bez odwłoki * W twarde serc naszych opoki!
9. Jezu mój, we krwi ran swoich * Obmyj duszę z grzechów moich!
10. Upał serca swego chłodzę, * Gdy w przepaść męki Twej wchodzę.


CZĘŚĆ II

Śpiewana w II i V niedzielę Wielkiego Postu

Intencja

W drugiej części rozmyślania Męki Pańskiej będziemy rozważali, co Pan Jezus wycierpiał od niesłusznego przed sądem oskarżenia aż do okrutnego cierniem ukoronowania. Te zaś rany, zniewagi i zelżywości temuż Jezusowi cierpiącemu ofiarujemy, prosząc Go o pomyślność dla Ojczyzny naszej, o pokój i zgodę dla wszystkich narodów, a dla siebie o odpuszczenie grzechów, oddalenie klęsk i nieszczęść doczesnych, a szczególnie zarazy, głodu, ognia i wojny.

HYMN

Posłuchaj...

1. Przypatrz się, duszo, jak cię Bóg miłuje, * Jako dla ciebie sobie nie folguje. * Przecie Go bardziej, ni katowska, dręczy, * Złość twoja męczy.
2. Stoi przed sędzią Pan wszego stworzenia, * Cichy Baranek, z wielkiego wzgardzenia; * Dla białej szaty, którą jest odziany, * Głupim nazwany.
3. Za moje złości grzbiet srodze biczują; * Pójdźmy, grzesznicy, oto nam gotują, * Ze Krwi Jezusa dla serca ochłody * Zdrój żywej wody.
4. Pycha światowa niechaj, co chce wróży, * Co na swe skronie wije wieniec z róży, * W szkarłat na pośmiech cierniem Król zraniony * Jest ozdobiony!
5. Oby się serce we łzy rozpływało, * Że Cię, mój Jezu, sprośnie obrażało! * Żal mi, ach, żal mi, ciężkich moich złości, * Dla Twej miłości!

LAMENT DUSZY NAD CIERPIĄCYM JEZUSEM

Posłuchaj...

1. Jezu, od pospólstwa niewinnie, * Jako łotr godzien śmierci obwołany, * Jezu mój kochany!
2. Jezu, od złośliwych morderców * Po ślicznej twarzy tak sprośnie zeplwany, * Jezu mój kochany!
3. Jezu, pod przysięgą od Piotra * Po trzykroć z wielkiej bojaźni zaprzany, * Jezu mój kochany!
4. Jezu, od okrutnych oprawców, * Na sąd Piłata, jak zbójca szarpany, * Jezu mój kochany!
5. Jezu, od Heroda i dworzan, * Królu niebieski, zelżywie wyśmiany, * Jezu mój kochany!
6. Jezu, w białą szatę szydersko * Na większy pośmiech i hańbę ubrany, * Jezu mój kochany!
7. Jezu, u kamiennego słupa * Niemiłosiernie biczmi wysmagany, * Jezu mój kochany!
8. Jezu, przez szyderstwo okrutne * Cierniowym wieńcem ukoronowany, * Jezu mój kochany!
9. Jezu, od żołnierzy niegodnie * Na pośmiewisko purpurą odziany, * Jezu mój kochany!
10. Jezu, trzciną po głowie bity, * Królu boleści, przez lud wyszydzany, * Jezu mój kochany!

Posłuchaj...

Bądź pozdrowiony, bądź pochwalony, * dla nas zelżony i pohańbiony! * Bądź uwielbiony! Bądź wysławiony! Boże nieskończony!

ROZMOWA DUSZY Z MATKĄ BOLESNĄ

Posłuchaj...

1. Ach, widzę Syna mojego * Przy słupie obnażonego, * Rózgami zsieczonego!
2. Święta Panno, uproś dla mnie, * Bym ran Syna Twego znamię * Miał na sercu wyryte!
3. Ach, widzę jako niezmiernie * Ostre głowę ranią ciernie! * Dusza moja ustaje!
4. O Maryjo, Syna swego, * Ostrym cierniem zranionego, * Podzielże ze mną mękę!
5. Obym ja, Matka strapiona * Mogła na swoje ramiona * Złożyć krzyż Twój, Synu mój!
6. Proszę, o Panno jedyna, * Niechaj krzyż Twojego Syna * Zawsze w sercu swym noszę!

Posłuchaj...
 

Kazanie pasyjne 2002



Przez cały Wielki Post katolicy polscy krok po kroku, chwila po chwili, ból po bólu rozważają podczas nabożeństw Gorzkich Żali mękę Pana naszego Jezusa Chrystusa. Pragniemy także my podążać za Naszym Zbawicielem, aby rozpamiętywać cierpienia, jakich doznał dla nas, aby odkupić nasze grzechy, choć sam był bez grzechu. Podstawą naszych rozważań jest opis pasji zawarty w Ewangelii według świętego Mateusza.



Człowiek człowiekowi i Bogu


Wówczas uwolnił im Barabasza, A Jezusa kazał ubiczować i wydal na ukrzyzowanie (Mt 27,26)

Tak prosto. Sucho. Więc dziś spróbujemy inaczej. Sprobujemy spojrzeć na cierpienia Jezusa podczas Drogi Krzyżowej oczami lekarza, dr Stanisława Waliszewskiego, który na podstawie Całunu Turyńskiego probuje opowiedzieć czego doświadczał Chrystus idący na śmierć.

Z relacji św. Mateusza wynika, że biczowanie było częścią Drogi Krzyżowej Jezusa. Na czym polegała kaźń bicza rzymskiego? Miał on kilka odmian. Ten, którego razów doznał na swym Ciele Chrystus, należał do najokrutniejszych. Posiadał bowiem potrójny rzemień, a każdy z nich był zakończony dwoma ołowianymi względnie kamiennymi kulkami, złączonymi poprzeczką. Za jednym więc uderzeniem bicza zadawano trzy podwójne rany o kształcie wydłużonej cyfry „8". Uderzenia te były tak silne, że z łatwością przecinały skórę, powięzie i mięśnie, zatrzymując się dopiero o kostną strukturę ciała. Włoski badacz św. Całunu, Giulio Ricci, stwierdził na podstawie bardzo wnikliwych dociekań, iż podczas tej kaźni, Chrystus Pan otrzymał 96 uderzeń, z czego:

50 potrójnie-podwójnych, 9 potrójnie pojedynczych, 18 podwójnie-pojedynezych i 19 pojedynczych. Łącznie 222 rany.
Korona cierniowa była uwita w formie szerokiego wieńca, lub, jak chce tego francuski chirurg dr Piotr Barbet - nawet w postaci czepca, pokrywającego także czubek głowy. Składała się ona z gałązek krzewu, należącego do gatunku „jujuby", o nazwie: ,,ziziphus spina Christi". Ważnym jest iż kolce tego krzewu, liczne i bardzo silne, mają przeciętnie po 5—8 cm długości. W koronie było ich około 70-ciu. Pewnym jest, iż podczas bicia Pana Jezusa trzciną po głowie, podczas Jego upadków na Drodze Krzyżowej i konania na krzyżu, kolce te - wielokrotnie poruszane i uciskane - na nowo podrażniały zadane uprzednio nimi rany, przenikając przez skórę, powięź, mięśnie, dzięki swej długości i twardości — do nagiej czaszki.

Za czasów rzymskich skazaniec niósł na miejsce swej kaźni tylko poprzeczną belkę krzyża.
Zwała się ona po grecku: „ho stauros”, a po łacinie: ,,patibulum” — od słowa „patior" — cierpię. Śmierć na krzyżu była nie tylko hańbą. Słynny pisarz rzymski Cicero, nazywa ją słusznie „crudelissimum supplicium" — najstraszliwszą kaźnią

Pionowa część krzyża, czyli pal, zwana po grecku: „to xylon", a po łacinie: ,,stipes”, była na stałe wkopana w ziemię na miejscu kaźni i służyła dla wielu skazańców - aż do zużycia. Niesiona przez Chrystusa belka poprzeczna nie była lekka. Mierzyła bowiem około 165 cm długości, była na 20 cm gruba i 30 cm szeroka. Aby jej ciężar mógł Jezus jako tako donieść na Kalwarię, przywiązano ją do rozoranych biczami pleców układając ukośnie: od prawej łopatki do lewej. Ponieważ prawe ramię Jezusa było tak dalece jedną, otwartą raną, że splot nerwów ramieniowych został odkryty, można sobie łatwo wyobrazić, jak okrutnie niewypowiedziany ból sprawiała kolebiąca się co chwilę belka. A przed Zbawicielem leżała prawie kilometrowa, pnąca się .pod górę, kamienista droga. Było skwarne, piekące przedpołudnie, pięknego wiosennego dnia. Giulio Ricci podaje, że pęta, mocujące „Patibulum" na plecach Jezusowych, rozpoczynały się już od kostki nogi lewej, idąc dalej, poprzez plecy i piersi — do szyi co musiało stanowić źródło dodatkowego bólu.

Ten sam sznur wiązał niestety Jezusa z obu, idącymi przed Nim łotrami. Oni także dźwigali swe belki krzyżowe, lecz poprzednio nie byli biczowani. Mieli zatem znacznie więcej sił niż Zbawiciel, a popędzani teraz stale biczami żołdaków, straszliwie Nim szarpali. Aż upadł po raz pierwszy.

Ubiczowane, pokryte otwartymi ranami, nadwątlone ramiona nie wytrzymały ciężaru belki krzyżowej. Chrystus, Pan i Stwórca Wszechrzeczy — upada na ostre kamienie jerozolimskiego bruku. Najpierw, przytłoczony ciężarem, potyka się, biegnie pochylony kilka kroków ku przodowi, próbuje rozpaczliwie utrzymać równowagę, wreszcie pada: najpierw na lewe, potem na prawe kolano i z powodu związania rąk do tyłu, także na twarz. Nowa, straszna rana powstaje w okolicy lewej rzepki, owalnej kości, leżącej tuż przed stawem kolanowym. Twarz Jezusowa tonie we krwi. Upadek spowodował nowe obrażenia: ciętą ranę prawego policzka, tuż u nasady skrzydła nosa i ogromny krwiak w pośrodku czoła. Jednocześnie kolce korony cierniowej, twarde i długie, wbiły się głębiej poprzez skórę — w mięśnie i powięzia głowy. Oblicze Jezusa, oblane świeża krwią, zanurzyło się w pyle i błocie jerozolimskiej ulicy. Ogromny jęk bólu i współczucia wyrywa się z piersi towarzyszących Jezusowi niewiast. Ale siepaczy rzymskich nie wzrusza, nie wzbudza u nich litości: straszliwe szarpnięcie sznurami i ohydne przekleństwa były odpowiedzią na Jego pierwszy upadek.

Już minęli bramę miejską. Od twierdzy Antonii, rezydencji Piłata, aż do tego miejsca, umęczony Jezus niósł sam poprzeczną belkę na swych rozoranych biczami plecach. A uszli już ponad ćwierć kilometra. Tuż za bramą zabrakło Mu nagle sił, zachwiał się, jeszcze chwila a runie na bruk ulicy. Zauważyli to Jego kaci. W obawie, by nie ominęła ich radość ukrzyżowania, przymuszają powracającego właśnie ż pola Szymona z Cyreny, aby pomógł Skazańcowi nieść ciężar belki krzyżowej.

Zdejmują więc Jezusowi więzy z lewej kostki, potem z piersi i ramion, obracając belkę w ten sposób, że znajduje się ona jednocześnie na barkach Jezusa i Szymona. Koniec, znajdujący się na prawym ramieniu Zbawiciela, uciska bezlitośnie na otwarte rany i obnażony prawostronny splot nerwów barkowych, zadając ból nie do opisania. Według słów samego Jezusa, przekazanych św. Bernardowi z Clairvaux, była to najcięższa próba bółu w czasie trwania Jego świętej męki. Drugi koniec belki bierze na swe silne ramiona Szymon.

Święty Całun z Turynu najdokładniej przedstawia, w jak potwornym stopniu zostało sponiewierane i zranione oblicze Jezusa. Nos złamany, jego dolna część chrzęstna przesunięta na lewo, część kostna, górna, silnie obrzęknięta. To skutek ciosu grubym kijem w prawy policzek, który w ten sposób został jakby podzielony na dwie części: mocno obrzękłe i nacieczone krwią. U podstawy prawego skrzydła nosa, mniej więcej na linii prawie zanikłego fałdu nosowo-policzkowego, trójkątna, ostro zarysowująca się rana cięta. Tuż ponad nią dolna, mniej rozległa część obrzęku policzka prawego. Prawa kość jarzmowa zniekształcona ogromnym krwiakiem, powodującym obrzęk reszty policzka oraz dolnej powieki oka prawego. Z powodu podobnych zmian patofizjologicznych w obrębie prawego górnego łuku nadbrwiowego, całość oka prawego wydaje się jakby wpadnięta w oczodół a szpara powiekowa jest, w stosunku do lewej, bardzo silnie zwężona. Górna warga ust obrzmiała, zwłaszcza po stronie prawej, co wywołuje wrażenie że usta są po tej stronie jakby ,,skrócone". Z prawego kąta ust wypływa obficie ślina pomieszana z krwią. Broda po obu stronach wykazuje silny obrzęk, a po stronie prawej jest na poły wydarta ze swego łoża, co daje wrażenie złudne, jakby jej całość była przesunięta w lewo. Na czole dwa ogromne krwiaki, zajmują cały jego środek. Po obu bokach twarzy i w środku czoła strumienie zakrzepłej krwi, wypływającej wielokrotnie po sobie, z ran korony cierniowej. Lewa strona twarzy, aczkolwiek także maltretowana, mniej ucierpiała, co było wynikiem obyczaju żydowskiego bicia pięścią lewej a nie prawej dłoni.

Jezus w ostatniej fazie Drogi Krzyżowej, tuż u szczytu Golgoty już nie mógł sam iść dalej. Oprawcy, widząc Jego skrajne wyczerpanie, chwycili za powrozy krępujące Jego barki, lewą stopę oraz szyję i wlekli Jezusa. Tuż u szczytu pada Jezus po raz trzeci. Zwala, się gwałtownie, zaskakując tym wlokących Go katów. Ci nie biją już Skazańca wiedząc, że mógłby to być koniec. Pozwalają Mu nawet leżeć przez kilka chwil...

Na zakończenie pieśń JEZU CHRYSTE, PANIE MIŁY. Posłuchaj

Ból pojednania


Kazania pasyjne 2003

Dając możliwość zapoznania się z ubiegłorocznymi rozważaniami, proponujemy w tym roku w ramach kazań pasyjnych spojrzenie na cierpienie z innej strony. Zatytułowaliśmy cykl rozważań pasyjnych „Ból pojednania”. Ich głównym wątkiem będzie sakrament pokuty i pojednania.


Oczyszczanie rany


Nie brak ludzi, którzy po prostu nie są w stanie tego zrobić. Dlatego nie chodzą do spowiedzi. Czasami wynika to z błędów, które ktoś (najczęściej rodzice, czasami katecheta lub na przykład babcia) popełnił w czasie ich dzieciństwa, uwypuklając element wstydu. A wstyd boli. Bardzo boli. Jeden z rekolekcjonistów tłumaczył zdumionym słuchaczom, że szatan, gdy człowieka kusi do grzechu, zabiera mu wstyd, a gdy człowiek wybiera się do spowiedzi, on ten wstyd, wstyd nie przed Bogiem, ale przed drugim człowiekiem, oddaje.

Być może gdyby ci niezdolni do uklęknięcia u kratek konfesjonału mieli okazję zająć choć raz miejsce spowiednika i przekonali się, jak bardzo anonimowy zwykle bywa penitent, a przede wszystkim jak bardzo na zachowaniu tej anonimowości grzesznika zależy na ogół księdzu, łatwiej pokonaliby wstyd.
Wyznanie grzechów to czwarty krok. Nie można do niego przystąpić pominąwszy poprzednie: rachunek sumienia, żal za grzechy, postanowienie poprawy. W czym tkwi jego istota?

„Na spowiedzi penitenci powinni wyznać wszystkie grzechy śmiertelne, których są świadomi po dokładnym zbadaniu siebie” – postanowił przed wiekami Sobór Trydencki. Nie brzmi to zachęcająco. Człowiek zaczyna się czuć jak ktoś, kto popełnił przestępstwo i teraz dobrowolnie biegnie do sądu albo na policję, żeby się przyznać. To przecież sprzeczne z pewnymi powszechnie funkcjonującymi wśród ludzi (niezależnie od wyznawanej religii) mechanizmami. Jeśli coś zrobimy źle, to w pierwszym odruchu staramy się to ukryć przed wszystkimi. Dlaczego Kościół domaga się czegoś, co przypomina samooskarżenie lub znane w ustrojach totalitarnych samokrytyki? Dlaczego nagle mamy osamotnieni stanąć z naszymi winami niemalże w świetle reflektorów?

„Gdy idziemy do spowiedzi, powinniśmy postawić sobie pytanie: co ja właściwie chcę uczynić? Trzeba też sobie przypomnieć, w jaki sposób Pan ustanowił spowiedź i jaką za to zapłacił cenę. Jest ona darem dla każdego grzesznika, ale przede wszystkim dla całego Kościoła. Dlatego spowiadamy się jako członkowie Kościoła-społeczności. I ta społeczność ma nam towarzyszyć w spowiedzi, w swoją spowiedź mamy ją włączać” – wyjaśnia Adrienne von Speyr. Nie jesteśmy w czasie spowiedzi zostawieni sami sobie. Jesteśmy we wspólnocie Kościoła. Przede wszystkim jednak nie stajemy wobec człowieka, lecz wobec Boga. Człowiek jest po to, aby rzecz ułatwić, a nie utrudnić. Ci, którzy sądzą, że łatwiej byłoby spowiadać się bezpośrednio Bogu, tkwią w wielkim błędzie. Tak naprawdę nie jesteśmy w stanie wyznać popełnionych bezpośrednio Bogu. To naprawdę nas przerasta. Nie mamy dość siły, aby czynić to raz po raz. Dlatego uczynimy to dopiero na końcu, stając przed Bogiem w chwili sądu.

Niejednokrotnie przystępującym do spowiedzi towarzyszy... pokusa. Pokusa, aby wymienić tylko niektóre grzechy, a o innych milczeć. „Gdy wierni Chrystusa starają się wyznać wszystkie grzechy, które sobie przypominają, niewątpliwie przedstawiają je wszystkie Bożemu miłosierdziu. Ci, którzy postępują inaczej i świadomie ukrywają niektóre grzechy, nie przedkładają dobroci Bożej tego, co mogłaby ona odpuścić za pośrednictwem kapłana” – poucza Katechizm Kościoła Katolickiego. A święty Hieronim z wielką dobrocią tłumaczy: „Jeśli chory wstydzi się odkryć ranę lekarzowi, sztuka lekarska tego nie uleczy, czego nie rozpozna”. To dobre porównanie. Wyznawanie swych grzechów podczas spowiedzi przypomina dotykanie rany. Czasami wydaje się, że to niedobrze, bo rana wygląda na zabliźnioną, człowiek jakoś nauczył się żyć z popełnionym złem, oswoił je, wkomponował w swoją egzystencję. Jednak ta rana nie przestaje być groźna. Jest nieustannym źródłem zakażenia. Dlatego trzeba jej dotknąć, otworzyć, po to, by oczyścić. Dopiero wtedy naprawdę się zamknie i przestanie być niebezpieczna.

„Wyznanie grzechów (spowiedź), nawet tylko z ludzkiego punktu widzenia, wyzwala nas i ułatwia nasze pojednanie z innymi. Przez spowiedź człowiek patrzy w prawdzie na popełnione grzechy, bierze za nie odpowiedzialność, a przez to na nowo otwiera się na Boga i na komunię Kościoła, by umożliwić nową przyszłość” – przypomina Katechizm.

Można jednak dostrzec różne postawy przyjmowane przez wyznających grzechy. Niektórzy wymieniają grzechy mechanicznie i bez osobistego zaangażowania. Tak, jakby mówili w czyimś imieniu, jakby byli posłańcami, recytującymi wyuczoną na pamięć informację. Inni znów do konfesjonału próbują przenieść modną w niektórych środowiskach manierę „chwalenia się” popełnionym złem. Nie mogąc imponować dobrem, starają się zwrócić na siebie uwagę (kogo, spowiednika czy Boga?) mówiąc „Popatrz, jaki jestem wstrętny, okrutny, wredny. Jestem po prostu wyjątkowy”. Sprawia to wrażenie, jakby nie żałowali, chociaż to najczęściej tylko poza. Są również tacy, którzy klęcząc w konfesjonale nie tyle wyznają grzechu, ile starają się za wszelką cenę wybielić, znaleźć okoliczności usprawiedliwiające, wytłumaczyć. Nie chcą wziąć na siebie odpowiedzialności.

„Wyznanie ma się dokonywać nie w nastroju radości z uczynionego postanowienia poprawy i oczekiwanego rozgrzeszenia, lecz w poczuciu upokorzenia. Tak, to niestety prawda: to zrobiłem, taki rzeczywiście jestem. W wyznaniu kapłan powinien rzeczywiście odczuwać, że ma do czynienia z grzesznikiem, a nie tylko z kimś z drugiej strony kratek. W świetle powziętych postanowień tak łatwo jest uważać swoją przeszłość za odległą i już się nią nie przejmować” – wyjaśnia Adrienne von Speyr.

Święty Augustyn, który napisał książkę,mogącą służyć za wzór dobrze pojętego pojętego wyznania grzechów podkreśla, że ten, kto wyznaje swoje grzechy, już działa razem z Bogiem. Bóg osądza jego grzechy. Jeśli człowiek także je osądza, jednoczy się z Bogiem. Człowiek i grzesznik to w pewnym sensie dwie rzeczywistości - gdy jest mowa o człowieku, uczynił go Bóg, gdy mowa jest o grzeszniku, uczynił go człowiek. „Zniszcz to, co ty uczyniłeś, aby Bóg zbawił to, co On uczynił... Gdy zaczynasz brzydzić się tym, co uczyniłeś, wówczas zaczynają się twoje dobre czyny, ponieważ osądzasz swoje złe czyny. Początkiem dobrych czynów jest wyznanie czynów złych. Czynisz prawdę i przychodzisz do Światła”...
 

Bez protestu?


Kazania pasyjne 2004

Szpital. Lekarz w dość ostrych słowach napomina pacjenta, żeby przestał się obnosić ze swoim cierpieniem i nie podnosił alarmu na cała placówkę za każdym razem, gdy coś go zaboli. „Pan jest chory, a ból jest naturalną częścią choroby. Gdy człowiek jest chory, zazwyczaj coś go boli i dopóki nie zostanie wyleczony, odczuwa ból. Czy to jasne?” - tonem poirytowanego ojca tłumaczył leżącemu na łóżku człowiekowi. Nie odniósł sukcesu pedagogicznego. Pół godziny później pacjent żądał od pielęgniarki kolejnej dawki środków przeciwbólowych.

Znów szpital. Na łóżku leży wyraźnie osłabiona kobieta. Nie skarży się jednak. W jej spojrzeniu dostrzec można pogodny uśmiech. Przy łóżku zafrasowany lekarz. „Dlaczego pani nie mówi, co panią boli? Pani musi mówić o swoim bólu. Nie można cierpieć w całkowitym milczeniu, tłumić wszystkiego w sobie. To pani dodatkowo szkodzi. Rozumiem pogodzenie się z losem, akceptację cierpienia. To oczywiście ważne, ale jako lekarze musimy wiedzieć, co panią boli, choćby po to, aby podjąć odpowiednią terapię”.

Obie sceny łączy lekarz. Ten sam medyk raz narzeka, że ktoś zbyt eksponuje swoje cierpienie, innym razem jest niezadowolony, że pacjent się nie uskarża na ból.

Protest wobec cierpienia wydaje się czymś naturalnym i ludzkim. Skoro cierpienie jest zwykle związane z doświadczeniem zła, niezgoda na cierpienie wygląda na logiczną konsekwencję. Nie akceptuję zła, a więc nie akceptuję cierpienia. „Stosowanie środków przeciwbólowych, by ulżyć cierpieniom umierającego, nawet za cenę skrócenia jego życia, może być moralnie zgodne z ludzką godnością” - takie zdanie można wyczytać w Katechizmie Kościoła Katolickiego. Jezus nie chciał, aby ludzie cierpieli. Wielokrotnie przeciwdziałał ludzkiemu cierpieniu, nie tylko uzdrawiając, ale nawet wskrzeszając. Dlaczego przywrócił do grona żywych młodzieńca z Nain? Bo jego matka cierpiała.

A jednak sam Chrystus ma szczególny stosunek do cierpienia. Przyjmuje je. Przyjmuje je bez skargi i sprzeciwu. To On jest „cierpiącym Sługą Jahwe”, którego zapowiadał prorok Izajasz. Cierpienia przyjmuje na siebie całkowicie dobrowolnie. Modlitwa w Ogrójcu (niezwykle sugestywnie pokazana w filmie „Pasja” - niektórzy twierdzą, że to najpiękniejsza scena filmu) jest w swej istocie ostateczną akceptacją cierpienia. Ale już wcześniej, w czasie nauczania, wielokrotnie sygnalizował, że zamierza przyjąć cierpienie.

„Chrystus cierpi dobrowolnie i cierpi niewinnie. Podejmuje On swoim cierpieniem to pytanie, które — stawiane wielekroć przez ludzi — zostało postawione w sposób poniekąd radykalny przez Księgę Hioba. Chrystus jednakże nie tylko wnosi z sobą to samo pytanie, i to w sposób bardziej jeszcze radykalny — bo przecież jest nie tylko człowiekiem jak Hiob, ale Jednorodzonym Synem Boga — ale przynosi także maksimum możliwej na to pytanie odpowiedzi” - napisał Jan Paweł II.

Dlaczego Jezus, Bóg-człowiek, przyjął cierpienie? Bo wiedział, że przyjęte cierpienie ma wymiar Odkupienia.

 

Gdy cierpią inni


Kazania pasyjne 2005

„Nie rób z siebie widowiska zgrozy... Nie rób widowiska z ludzkiej agonii, powściągnij więc chętkę, żeby paść na stanowisku. Choruj z godnością, gasnący starcze, albo kończ waść, wstydu oszczędź” - te słowa przed laty zostały skierowane do Papieża przez człowieka chełpiącego się swym złem. Ale dziś, gdy Jan Paweł II jeszcze bardziej niż wtedy cierpi, z różnych stron można usłyszeć podobne głosy, chociaż ujęte w nieco bardziej cywilizowane słowa. Gdy część ludzi modli się za Ojca świętego o siły i moc do wytrwania w bólu, wielu przeszkadza fakt, że nie ukrywa się on ze swą chorobą, że nie odchodzi w cień, że nie zgadza się być kimś zbędnym, kimś naruszającym przyjemny obraz świata ludzi zdrowych, młodych, pozbawionych problemów większych niż wybór miejsca na kolejną imprezę.

W tegorocznym cyklu rozważań pasyjnych, rozważań o cierpieniu, stajemy wobec trudnej kwestii: gdy na mej drodze staje człowiek cierpiący, jak powinienem się zachować?
„Ludzie mają mi nieraz za złe, że jestem w tak ciężkim stanie, że nieuleczalnie chora” - skarży się pewna kobieta. Co ma na myśli, mówiąc „ludzie”? Czy jakichś obcych, jakichś ludzi z ulicy czy też najbliższą rodzinę, swego męża, swoje dzieci, wnuki, swoje rodzeństwo?

To prawda. Człowiek chory w naszym otoczeniu niejednokrotnie staje się przeszkodą w realizacji jakichś planów, zawadza, utrudnia, komplikuje. Ciągle czegoś chce, czegoś oczekuje, każe się domyślać lub zbyt nachalnie wypowiada swe pragnienia. Człowiek cierpiący może doprowadzić innych do wściekłości. Nie dość, że często trzeba przejąć jego dotychczasowe obowiązki, to jeszcze zajmowanie się nim związane jest z nowymi wysiłkami, z koniecznością poświęcenia mu dodatkowej uwagi i czasu. A czas to dzisiaj towar niezwykle deficytowy. Każda wyrwana z harmonogramu codzienności godzina może doprowadzić do strat, do zaniedbań w różnych dziedzinach... Czy przynajmniej otrzymujemy od cierpiących coś w zamian?

„Czuję się taki niepotrzebny”, „Jestem taka zbędna” - można często usłyszeć z ust ludzi, którym przydarza się choroba poważniejsza niż kilkudniowe przeziębienie. Bo problem usuwania osób cierpiących na margines wcale nie dotyczy tylko ludzi starych. Czymś niezwykle groźnym w naszej rzeczywistości stało się zwalnianie z pracy ludzi, którzy albo sami trochę częściej niż inni korzystają z L4 albo mają na przykład chorowite dzieci. Pracodawcy tłumaczą się, że tacy ludzie są nieefektywni i przynoszą firmom straty. Zapominają, że sami również mogą się znaleźć w podobnej sytuacji.

„...Już wiemy, że najokrutniejszym z bólów jest świadomość niepotrzebności. I ten właśnie rodzaj ubóstwa znajdujemy wokół nas w Nowym Jorku...
Społeczeństwo angielskie żyje w dobroci, ale ja przemierzałam wieczorem wasze ulice, zachodziłam do waszych domów i spotykałam umierających, pozbawionych okruchu miłości. Istnieje pośród nas inny rodzaj ubóstwa — ubóstwo duszy, ubóstwo samotności i niepotrzebności.

To najgroźniejsza choroba dzisiejszego świata, gorsza niż gruźlica czy trąd” - mówiła przed laty do Anglików Matka Teresa z Kalkuty. Dzisiaj te słowa brzmią jak oskarżenie także pod naszym adresem. Lub przynajmniej jak zachęta do zrobienia rachunku sumienia w tej sprawie.

Jeśli w internetową wyszukiwarkę wpisze się zapytanie „gdy masz chorego w rodzinie”, znajdzie się mnóstwo szczegółowych zaleceń o charakterze medycznym dotyczących poszczególnych dolegliwości. Bardzo trudno jednak znaleźć rzetelne wskazania mówiące o tym, jak odnosić się do człowieka cierpiącego, jak z nim być, jak go wspierać, jak go umacniać.

Czy Jezus dawał jakieś wskazania w tej kwestii?

Dawał. Przede wszystkim pokazywał, w jaki sposób należy traktować ludzi cierpiących. Otaczało Go mnóstwo ludzi trapionych rozmaitymi dolegliwościami. Jedni krzyczeli, inni próbowali Go dotknąć, jeszcze inni trwali w pełnym wyczekiwania milczeniu. Mogli Chrystusowi zobojętnieć. Mógł wpaść w rutynę i traktować ich schematycznie, bez osobistego zaangażowania. Mógł się nauczyć ich po prostu nie dostrzegać, tak jak tego uczą czasami nawet ci, którzy zawodowo powinni przynosić ulgę w bólu. A jednak Jezus nie lekceważył nikogo, nie tylko reagował na ich wykrzyczane prośby, ale dostrzegał również tych, którzy w milczeniu czekali na Jego uwagę. Podchodził, rozmawiał z nimi, niektórych uzdrawiał, gdy mieli dość wiary, innych umacniał duchowo do trwania w bólu.

Czy sam doznał podobnego traktowania, gdy cierpiał?

Słynny film „Pasja” wyjątkowo jaskrawo pokazuje obojętność, z jaką spotykało się Chrystusowe cierpienie u prawie wszystkich. Jedynie kilka osób próbuje Mu współczuć.
Jest w opisie męki Pana Jezusa zdarzenie zdumiewające. Ewangelista Łukasz tak je przedstawia: „A szło za Nim mnóstwo ludu, także kobiet, które zawodziły i płakały nad Nim. Lecz Jezus zwrócił się do nich i rzekł: ‘Córki jerozolimskie, nie płaczcie nade Mną; płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmi!’” (Łk 23,27-28). Dlaczego odrzucił ich współczucie? Ponieważ wiedział, że tak naprawdę jego to powierzchowna litość, za którą kryje się prawdziwa obojętność. To samo odczuwamy, gdy na przykład przyglądamy się czyjemuś cierpieniu w telewizji. Potrafimy nawet mieć łzy w oczach. Ale na chwilę. Ale bez zobowiązań. Ale tak, żeby to cierpienie nie dotknęło naszego życia.

Jakiej postawy oczekuje Jezus wobec cierpiących?

Oprócz przykładu dał bardzo obszerną „instrukcję” mówiącą o tym, jak Jego uczniowie i naśladowcy powinni zachowywać się w obliczu cierpienia. Tą „instrukcją” jest przypowieść o Miłosiernym Samarytaninie.

„Przypowieść o miłosiernym Samarytaninie należy do ewangelii cierpienia, wskazuje bowiem, jaki winien być stosunek każdego z nas do cierpiących bliźnich. Nie wolno nam ich ‘mijać’, przechodzić mimo z obojętnością, ale winniśmy przy nich ‘zatrzymywać się’. Miłosiernym Samarytaninem jest każdy człowiek, który zatrzymuje się przy cierpieniu drugiego człowieka, jakiekolwiek by ono było”. (Jan Paweł II)

Ważne są motywy, które skaniają nas do zatrzymania. Nie z ciekawości, ale z gotowości. Z wewnętrznej dyspozycji serca, które ma także swój wyraz uczuciowy. „Miłosiernym Samarytaninem jest każdy człowiek wrażliwy na cudze cierpienie, człowiek, który ‘wzrusza się’ nieszczęściem bliźniego. Jeżeli Chrystus, znawca wnętrza ludzkiego, podkreśla owo wzruszenie, to znaczy, że jest ono również ważne dla całej naszej postawy wobec cudzego cierpienia. Trzeba więc w sobie pielęgnować ową wrażliwość serca, która świadczy o współczuciu z cierpiącym. Czasem owo współczucie pozostaje jedynym lub głównym wyrazem naszej miłości i solidarności z cierpiącym człowiekiem” (Jan Paweł II).

Jednak nie wystarczy nawet najszczersze i najgłębsze współczucie. Za nim musi iść coś więcej - działanie. „Miłosiernym Samarytaninem jest ostatecznie ten, kto świadczy pomoc w cierpieniu, jakiejkolwiek byłoby ono natury. Pomoc, o ile możności, skuteczną. W tę pomoc wkłada swoje serce, nie żałuje również środków materialnych. Można powiedzieć, że daje siebie, swoje własne ‘ja’, otwierając to ‘ja’ dla drugiego”. (Jan Paweł II). Prawdziwy chrześcijanin stara się pomóc człowiekowi cierpiącemu dając mu siebie. Nie chodzi tylko o zabiegi zmierzające do zmniejszenia cierpienia, chociaż, jak widać z przypowieści o miłosiernym Samarytaninie, Jezus uważa je za bardzo ważne. Chodzi przede wszystkim o obecność. O towarzyszenie człowiekowi, który doświadcza bólu. O pilnowanie, aby nie znalazł się zapomniany na poboczu drogi, mijany przez wszystkich z obojętnością.

Opowiadał mi kiedyś młody człowiek poświęcający swój czas na działalność w hospicjum, że największe wrażenie zrobiło na nim podziękowanie, jakie usłyszał od swojego rówieśnika, umierającego na raka. Powiedział mu: „Za każdym razem, gdy przychodzisz, czuję się kimś ważnym i potrzebnym. Mimo, że niczego nie mogę ci dać”.
To nieprawda, że cierpiący niczego nie mogą nam dać. Mogą. Bardzo dużo.

Pragnę


Kazanie pasyjne 2006 - ks. Tomasz Jaklewicz

„Potem Jezus, wiedząc, że już wszystko się dokonało, aby wypełniło się Pismo, rzekł: „Pragnę”. A znajdowało się tam naczynie pełne octu. Nałożono więc na hizop gąbkę nasączoną octem i podano Mu do ust”. (J 19,28-29)
Wśród siedmiu słów Jezusa z krzyża, tylko to jedno jest skargą na fizyczne cierpienie. Ukrzyżowany, wypalony żarem słońca, krańcowo wyczerpany, w śmiertelnej gorączce, w agonii woła o wodę. To echo skarg zapisanych w Psalmach, których pełny sens odsłania się dopiero teraz, w konaniu Zbawiciela: „Moje gardło wyschło jak skorupa, język zaś przysechł do podniebienia” (Ps 22,15). „Dali mi żółć zamiast pokarmu, gdy byłem spragniony poili mnie octem” (Ps 69,22).

Daj mi pić

Jezus nie pragnie jednak tylko wody. Jego słowo nie jest jedynie wołaniem o ulgę w fizycznym cierpieniu. To słowo płynie z serca Bożego. Mówi coś bardzo ważnego o pragnieniu samego Boga, o Jego tęsknocie za człowiekiem. Bóg pragnie, abyśmy Go pragnęli. Bóg pragnie być miłowany. Bóg nie jest jakąś bezosobową energię lub niewzruszoną, doskonałą istotą, tak doskonałą, że aż zimną. Filozofowie, którzy konstruowali obraz Boga jako samowystarczalnej pełni, która nikogo nie potrzebuje, nie doczytali Ewangelii. Być może Bóg mógłby być Bogiem bez nas. Ale Jezus objawił nam Boga, który chce być Bogiem z nami i dla nas. I dlatego pragnie.

Aby to zrozumieć, trzeba przywołać scenę spotkania Jezusa z Samarytanką. Wtedy Jezus również był spragniony. W samo południe usiadł zmęczony przy studni Jakuba. Kiedy Samarytanka podeszła z dzbanem na wodę, Jezus zwrócił się do niej z prośbą: „daj Mi pić”. Nie chodziło Mu tylko o wodę. Woda była tylko pretekstem. Jezus chciał rozbudzić u Samarytanki pragnienie wody nowego życia, chciał doprowadzić ją do wiary i nawrócenia. Chciał ofiarować jej zbawienie. Wiedział, że należy do ludu pogardzonego przez jego rodaków. Znał historię jej grzesznego, nieudanego życia pełnego smutku i goryczy. Pragnął, by odzyskała na nowo smak i wartość własnego życia. Nie zaczął jednak rozmowy od słów: „Jesteś kobietą, która żyje w grzechu”. Powiedział: „Daj mi pić”, czyli „Potrzebuję cię”.

Chrystus wychodzi na spotkanie każdego człowieka, On pierwszy nas szuka. Siada przy studni, do której przychodzimy szukać naszej wody. Schodzi na poziom naszych ludzkich pragnień. A człowiekiem targają przeróżne, często sprzeczne pragnienia. Pożąda tak wielu rzeczy, spraw, ludzi, a przecież ciągle czuje się nie nasycony, ciągle mu mało. „O gdybyś znała dar Boży!” – mówi Jezus do Samarytanki. Chce obudzić w niej i w nas pragnienie Bożego daru – jedynej wody, która ugasi wszelkie najgłębsze ludzkie pragnienia. Uwikłani w gąszczu niespełnionych marzeń, pozbawieni głębszego oddechu, dalszego horyzontu, nie znamy daru Bożego. Gonimy za tysiącem ważnych spraw, a rozmijamy się z tym, co najważniejsze. Brakuje nam czasu i milczenia, aby usłyszeć, jak Jezus nas prosi, abyśmy przestali przed Nim uciekać, abyśmy wrócili do Niego. W Starym Testamencie Bóg skarżył się ustami proroka Jeremiasza: „Opuścili Mnie, źródło żywej wody, żeby wykopać sobie cysterny popękane” (Jer 2,13). Misja Jezus polega na tym, aby człowiek wrócił do swojego Źródła, czyli do Boga, aby zrozumiał, że tylko w Nim może znaleźć zaspokojenie, nasycenie, pełnię swojego życia. Aby zaczerpnął wody żywej płynącej z Bożych głębin.

Tylko miłość może rozbudzić miłość. Jezus objawia miłość Boga do człowieka. Pokazuje pragnienie, które jest w Bogu. A tym pragnieniem jest sam człowiek, jego zbawienie, jego miłość. Cała rzecz w tym, aby oba te pragnienia się spotkały - pragnienie Boga i pragnienie człowieka. Jeśli tak się stanie, wtedy spełni się obietnica Jezusa: „Jeśli ktoś jest spragniony, niech przyjdzie do Mnie i pije, wierząc we Mnie. Z jego wnętrza popłyną strumienie wody dającej życie” (J 7,37-38). To niezwykła obietnica! Jeśli człowiek przyjmie Boży dar, jeśli otworzy się na Jego życiodajną miłość, wtedy jego życie stanie się płodne, przyniesie owoc, może dać pić także innym.
Jezusowe wołanie z krzyża odczytane w tym kontekście ukazuje całą swoją głębię. Pisze Rahner: „Zginałeś, abyśmy my byli uratowani, umarłeś, abyśmy my żyli; pragnąłeś, aby nam było dane orzeźwić się u źródeł życia. Paliło Cię pragnienie po to, aby z Twego przebitego boku wytrysnął zdrój żywej wody”.

Źródło pragnie, aby z niego pić

Wołanie Jezusa „Pragnę” było bardzo bliskie błogosławionej Matce Teresie z Kalkuty. Wielokrotnie wspomina o nim w swoich pismach. Słowo „Pragnę” widnieje obok wizerunku Ukrzyżowanego we wszystkich domach złożonego przez nią zgromadzenia Misjonarek Miłości. Matka Teresa wyznaje w swoim „Testamencie duchowym”: „Jest dla mnie bardzo jasne, że u Misjonarek i Misjonarzy Miłości wszystko ma na celu jedynie ugaszenie pragnienia Jezusa. Jego słowa, zapisane na ścianie każdej naszej kaplicy, nie należą do przeszłości, ale są żywe tu i teraz, są wypowiadane dla Was. Czy w to wierzycie? Jeśli tak, to usłyszycie i odczujecie Jego obecność. (…) Jeśli mielibyście zapamiętać z tego listu tylko jedno, niech to będzie to: „Pragnę”. To znacznie głębsze słowo, niż gdyby Jezus powiedział po prostu: „Kocham was”. Dopóki nie będziecie wiedzieli, i to w bardzo osobisty sposób, że Jezus Was pragnie, nie będziecie w stanie poznać tego, kim chce On dla Was być; ani tego, kim chce, abyście Wy byli dla Niego”.

Matka Teresa wyjaśniając siostrom sens ich misji, nawiązywała do rozmowy Jezus z Samarytanką. Pisała w liście: „Ten sam Bóg, który oświadcza, że nie musi nam wcale mówić, czy jest głodny, nie wahał się żebrać u Samarytanki o trochę wody. Był spragniony. Lecz mówiąc „Daj mi pić”, Stworzyciel domagał się właśnie miłości od swego biednego stworzenia. Był spragniony miłości. Ach! Czuję to bardziej niż kiedykolwiek: Jezusowi chce się pić. (...) Spotyka tylko niewdzięcznych...”

Bóg pragnie – to zdanie było ważne także dla św. Teresa od Dzieciątka Jezus. „Miłość nie jest miłowana” – wołał swego czasu św. Franciszek z Asyżu. „Źródło pragnie, aby z niego pić” – mawiał św. Grzegorz z Nyssy. Teresa z Lisieux i Matka Teresa ugasiły swoją miłością pragnienie Boga, który pragnie być miłowany. Joseph Langford, współzałożyciel wraz z Matką Teresą kapłańskiej gałęzi zgromadzenia Misjonarzy Miłości, pisał: „Istniejemy po to, aby gasić pragnienie Boga, który chce naszej miłości, i w pewien sposób Bóg »istnieje« w naszym życiu po to, aby gasić nasze egzystencjalne pragnienie Jego miłości”.

„Boga nikt nigdy nie widział; Jednorodzony Bóg, który jest w łonie Ojca, On nam Go objawił” (J 1,18). Wcielony Bóg objawił nam, że Bóg pragnie naszych pragnień, chce nas kochać, chce być obecnym w naszej duszy i zalać nas swoim miłosierdziem. Chce wciąż dawać siebie, taka jest Jego natura. Nasz Bóg „ma tylko tyle, ile daje” (H. U. von Balthasar). Jego miłość nieustannie rozlewa się na świat, na człowieka. „Miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, który został nam dany” (Rz 5,5). Bóg chce, abyśmy pozwolili Mu, by nas kochał.

Bóg mieszka w ubogich

Jak człowiek odpowie na pragnienie Boga? Jezusowi na krzyżu podano ocet. Komentatorzy interpretują to na dwa sposoby. Jedni twierdzą, że podanie octu było gestem wrogości wobec Jezusa, inni że taki napój przynosił ulgę skazańcom.

Jedno jest pewne. Słowo „pragnę”, niezależnie od swojej teologicznej głębi, pozostaje zawsze prośbą cierpiącego człowieka, wołaniem o wodę, o prosty gest miłości bliźniego. „Jeśli ktoś poda kubek zimnej wody jednemu z tych najmniejszych ze względu na to, że jest moim uczniem, nie utraci swojej zapłaty” (Mt 10,42). „Byłem spragniony, a daliście mi pić” (Mt 25,35). Te zdania z Ewangelii przypominają nam coś bardzo ważnego. Wołanie „pragnę” dochodzi nieustannie do naszych uszu. To wołanie najmniejszych, spragnionych, czyli żyjących w niedostatku, w biedzie materialnej lub moralnej. Jezus utożsamił się z tymi, którzy są głodni, spragnieni, chorzy, w więzieniu, z cudzoziemcami i z tymi, którzy są nadzy. „Zapewniam was: wszystko, co zrobiliście dla jednego z tych najmniejszych moich braci, zrobiliście dla Mnie” (Mt 25,40). Bóg jest blisko pokornych, małych, cierpiących. Sam staje się słaby. Ukrywa się w ubogich. Kto nie zatyka uszu na wołanie ubogich, wykluczonych, niesprawnych, samotnych, kto staje się ich przyjacielem, ten staje się przyjacielem Boga. Kto się odwraca od ubogich, odwraca się od Boga.

Wołanie „Pragnę” w najuboższych usłyszał przed wiekami św. Franciszek, w naszych czasach bł. Matka Teresa. Oni i tylu innych świętych gasili pragnienie Jezusa, miłując najuboższych. Matka Teresa ułożyła modlitwę, która tajemnicę krzyża Chrystusa przekłada na program życia.

„Panie, kiedy jestem głodny, daj mi kogoś, kto potrzebuje pożywienia;
Kiedy chce mi się pić – kogoś, kto potrzebuje wody;
Kiedy jest mi zimno – kogoś, kogo trzeba ogrzać;
Kiedy zostanę zraniony, daj mi kogoś, kogo trzeba pocieszyć.
Kiedy mi ciąży mój krzyż, pozwól mi nieść krzyż innego człowieka razem z nim;
Kiedy jestem ubogi, zaprowadź mnie do potrzebującego;
Kiedy nie mam czasu, daj mi kogoś, komu przez chwilę mógłbym pomóc;
Kiedy spotka mnie upokorzenie, daj mi kogoś, kogo będę mógł chwalić;
Kiedy odczuję zniechęcenie, daj mi kogoś, kto potrzebuje otuchy;
Kiedy mi potrzeba zrozumienia ze strony innych, daj mi kogoś, komu potrzeba mojego zrozumienia;
Kiedy potrzebuję kogoś, kto się mną zaopiekuje, poślij mi kogoś, kogo ja mam otoczyć opieką;
Kiedy myślę tylko o sobie, skieruj moje myśli ku innemu człowiekowi”.
Nie można stać z wiarą i współczuciem pod krzyżem Jezusa, uciekając od przydrożnych ludzkich krzyży. Przydrożnych, czyli stojących obok mojej drogi. Ewangelia wywraca świat do góry nogami. Bóg nie mieszka już w górze, ale na dole, pośród najmniejszych. Aby Go tam odnaleźć, trzeba iść drogą w dół.

Modlitwa

Zbawicielu! Pragniesz wody, bo jesteś w agonii. Pragniesz agonii, bo chcesz stać się wodą życia dla nas. Pragnę – to słowo prosto z serca Boga, który chce mojego zbawienia, mojej miłości. To echo Bożego wołania: Adamie, gdzie jesteś? Jezu, otwórz moje uszy, bym usłyszał głos spragnionego Boga, bym nie chował się więcej w mroku grzechu, złości, pychy… Obym wyznał: moja dusza pragnie Ciebie Boże. Bez Ciebie ginę.

Setnik - wstrząs nawrócenia


Kazanie pasyjne 2007 – ks. Artur Stopka

Nawet najbardziej zatwardziały grzesznik ma szansę się nawrócić. Bóg w swym miłosierdziu nikomu tej szansy nie odbiera. Nie tylko nikogo nie przekreśla, ale wciąż nawrócenia człowieka oczekuje. I stawia człowieka w okolicznościach, które mogą mu nawrócenie ułatwić.

Można powiedzieć, że wiemy, co się działo pod krzyżem Jezusa Chrystusa. Czytamy o tym w opisach pozostawionych przez ewangelistów. Jednak równocześnie odkrywamy, że wiele z wydarzeń, które miały tam miejsce, to wielka tajemnica. Tajemnica między ludźmi, którzy tam się znaleźli a Bogiem. Tak, jak lustro nie utrwala na zawsze obrazu przeglądającego się w nim człowieka, zachowując go w pamięci przed innymi, którzy w nie zaglądają, tak samo krzyż nie odsłania przed światem niezwykłych wydarzeń, które się dzięki niemu dokonują.

Reality show na Golgocie

Śmierć Jezusa Chrystusa na krzyżu była wstrząsem dla całego świata. Ale czy dla wszystkich ludzi? Ewangelista Mateusz tak o niej opowiada: „Od godziny szóstej mrok ogarnął całą ziemię, aż do godziny dziewiątej. Około godziny dziewiątej Jezus zawołał donośnym głosem: «Eli, Eli, lema sabachthani?», to znaczy Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił? Słysząc to, niektórzy ze stojących tam mówili: «On Eliasza woła». Zaraz też jeden z nich pobiegł i wziąwszy gąbkę, napełnił ją octem, włożył na trzcinę i dawał Mu pić. Lecz inni mówili: «Poczekaj! Zobaczymy, czy przyjdzie Eliasz, aby Go wybawić». A Jezus raz jeszcze zawołał donośnym głosem i wyzionął ducha”.

Są ludzie, którzy nawet wobec śmierci pozostają obojętni i nastawieni jedynie na szukanie emocjonujących przeżyć i sensacji. Traktują wszystko, co się wokół dzieje, jak widowisko. Potrafią z zapartym tchem obserwować transmitowane na żywo w telewizji nieszczęścia, zbrodnie i katastrofy, nie zwracając uwagi, że ktoś cierpi, doznaje bólu, ponosi śmierć. Tak wszechobecna dzisiaj postawa widza, obojętnego na czyjeś przeżycia, nie jest niczym nowym. Także pod krzyżem znaleźli się ludzi, dla których męka i śmierć Bożego Syna była tylko emocjonującym spektaklem bez żadnego znaczenia. Oni nie zdołali wykorzystać szansy, jaką otrzymali. Nie potrafili przejrzeć się w lustrze krzyża, lecz zachowywali się jak widzowie reality show. Ograniczyli się do obserwacji. Pozostali na zewnątrz wydarzeń, nie dopuszczając, aby dotknęły ich serc.

Być może zasłużyli na potępienie, lecz Jezus ich nie potępił.

W chwili śmierci Jezusa na krzyżu było co oglądać. Gdy umiera Bóg-człowiek, Boży Syn, świat drży. „Oto zasłona przybytku rozdarła się na dwoje z góry na dół; ziemia zadrżała i skały zaczęły pękać. Groby się otworzyły i wiele ciał Świętych, którzy umarli, powstało. I wyszedłszy z grobów po Jego zmartwychwstaniu, weszli oni do Miasta Świętego i ukazali się wielu” - opisuje Ewangelista Mateusz. A Łukasz dodaje, że słońce się zaćmiło i na kilka godzin mrok ogarnął ziemię. Marek wspomina, że doszło do trzęsienia ziemi.

To już nie było tylko widowisko. „Wszystkie też tłumy, które zbiegły się na to widowisko, gdy zobaczyły, co się działo, wracały bijąc się w piersi” - odnotował Łukasz. Zapewne niektórzy byli tylko przerażeni, ale inni najprawdopodobniej widząc straszne rzeczy, jakich byli świadkami, próbowali wyciągnąć głębsze wnioski.

Mnie to nie dotyczy

Wśród uczestników wydarzeń na Golgocie byli ludzie, którzy mogli uważać, że one ich bezpośrednio nie dotyczą, chociaż to oni wykonywali dużą część roboty, niczym pracownicy techniczni zatrudnieni przy realizacji widowiska. Jezusa przybili do krzyża nie Żydzi, lecz rzymscy żołnierze. To oni byli wykonawcami wspólnego wyroku żydowskich arcykapłanów i Piłata. Wykonywali rozkazy.

Znając opis męki Jezusa wiemy, że nie ograniczali się tylko do rzetelnego wykonania niezbędnych czynności. Na dziedzińcu pałacu Piłata torturowali Chrystusa ponad to, co im kazano. Bawili się Jego cierpieniem. Nie tylko biczowali, ale również poniżali. Wcisnęli Mu na głowę cierniową koronę, obrali w czerwony płaszcz, wetknęli w dłoń trzcinę zamiast berła. Pluli na Niego. Drwili z Niego. Okazywali Mu pogardę. Nie traktowali jak człowieka, lecz jak przedmiot. Ich zdaniem nie robili niczego nadzwyczajnego i szczególnie złego. Byli przecież żołnierzami okupacyjnej armii w podbitym kraju. W każdych czasach żołnierze w obcym kraju znudzeni szukają rozrywki kosztem czyjegoś cierpienia. Nie zachowywaliby się w ten sposób, gdyby ich setnik im na to nie pozwolił. Ale jego pewnie też to wszystko bawiło.

Atmosferę zabawy przenieśli też na Golgotę, pod krzyż. Co prawda wykonywali wyrok śmierci, ale to im nie przeszkadzało rzucać losów o szatę Jezusa. Zapewne mówili między sobą, że Jemu ona już nie będzie potrzebna, a któremuś z nich może się przydać. Byli praktyczni i profesjonalni, ale zachowywali dystans do wydarzeń, w których brali udział.

Aż do wstrząsu. Aż do chwili śmierci Jezusa i tego wszystkiego, co się potem stało. Tego się nie spodziewali. Tego nie było w planie. To się wcześniej nie zdarzało podczas wykonywania wyroków.

Co zmieniło setnika?

Nieprzewidziane wydarzenia zrobiły wrażenie na żołnierzach. Ale niespodziewana była także reakcja ich dowódcy - setnika. Musiało ją zauważyć wielu ludzi, skoro odnotowują ją trzej ewangeliści. Łukasz napisał: „Na widok tego, co się działo, setnik oddał chwałę Bogu i mówił: «Istotnie, człowiek ten był sprawiedliwy»”. Według Marka „Setnik, który stał naprzeciw, widząc, że w ten sposób oddał ducha, rzekł: «Prawdziwie, ten człowiek był Synem Bożym»”. A Mateusz pisze nie tylko o dowódcy, lecz również o jego podwładnych: „Setnik zaś i jego ludzie, którzy odbywali straż przy Jezusie, widząc trzęsienie ziemi i to, co się działo, zlękli się bardzo i mówili: «Prawdziwie, Ten był Synem Bożym»”.

Wszystkie trzy zapisy mówią przede wszystkim o jednym - że setnik - poganin - najwyraźniej wyznał wiarę w Boga. Uwierzył. Nawrócił się.

Co spowodowało nawrócenie setnika? Czy ciemności, trzęsienie ziemi, dziwne i przerażające wydarzenia? Gdy opanowuje nas lęk, często przypominamy sobie o Bogu, wzywamy Jego opieki i spodziewamy się od Niego ratunku. Jednak setnik nie wołał o ratunek. Setnik wyznawał, że Jezus to Syn Boży. Setnik oddawał chwałę Bogu. To nie były okrzyki strachu.

Wstrząsem, który powoduje nawrócenie, który prowadzi do Boga, rzadko jest strach. O wiele częściej jest to dotknięcie dobroci i miłości. Pewien człowiek opowiadał, w jaki sposób odbyło się jego nawrócenie. W młodym wieku porzucił rodzinę. Imponowali mu przestępcy, wkrótce został jednym z nich. Kilkakrotnie trafiał do więzienia, ale to nie wpływało na zmianę jego życia. Nie utrzymywał kontaktów z ojcem i matką, ale oni nie zapomnieli o nim. jego ojciec leżąc już na łożu śmierci wezwał go do siebie. Zaskoczony przyjechał, spodziewając się wielkich pretensji, oskarżeń, krzyków, płaczu matki. Zamiast tego usłyszał od ojca „Przebaczam ci”. Tego się nie spodziewał. Rozpłakał się. Prosto od ojca poszedł do kościoła. Wyspowiadał się, zmienił całkowicie swoje życie.

Być może coś podobnego przydarzyło się setnikowi. Ewangelista Łukasz zanotował, że gdy krzyżowano Jezusa, On mówił: „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią”. Na zło i nienawiść Chrystus odpowiadał miłością i przebaczeniem. Taka odpowiedź jest wstrząsem. Nie tylko wtedy. Także dzisiaj, w świecie pełnym agresji, nieufności i rozpaczy wstrząs wywołuje każdy przejaw miłości, łagodności, nadziei, ufności. Szokuje prawdziwe, bezinteresowne dobro.

„Kim jestem wobec zła, bym miał siłę mu się oprzeć? nie dam rady, ale wierzę, że jest Ktoś, Kto daje mi spadochron, piorunochron, siłę, bo naprawdę zanosi się na burzę” - napisał ktoś w Internecie i dodał „Jezus nie obiecał nam, że nie będzie burzy, ale pokazał, że to On jednym słowem ucisza burzę i wiatr”. Jezus jednym słowem potrafi przemienić człowieka, jeśli tylko ten człowiek chce takiej przemiany. Jeśli pozwoli, aby jego sumienie ruszyło dobro i miłość. Tak, jak ruszyło sumienie setnika pod krzyżem.


Modlitwa: Panie Jezu, umierający na krzyżu, daj i mnie łaskę przemiany, pozwól mi odczuć wstrząs spotkania z Tobą i doświadczenia Twojej miłości. Uwolnij mnie od przywiązania do grzechu i naucz jak wstrząsać światem za pomocą dobrych uczynków.

 

Miłosierna droga


Kazanie pasyjne 2008

O czym świadczy robienie spektaklu dla tłumów nie tylko z procesu sądowego, nie tylko z samej egzekucji skazańca, ale również z jego drogi na miejsce kaźni? O wyjątkowym okrucieństwie rządzących? O ich pogardzie dla człowieka? O schlebianiu najniższym instynktom rządzonych? I zdziczeniu i kompletnym upadku moralnym tych, którzy przyszli oglądać to widowisko?

Zapewne o wszystkim tym razem. Tym smutniejsza jest konstatacja, że o, co spotkało Jezusa w czasie drogi na Golgotę, w dziejach świata nie było niczym nadzwyczajnym. Stosowali takie praktyki najróżniejsi władcy, a w czasach rewolucji francuskiej odbywającej się pod szczytnymi hasłami, z poniżania skazańców w drodze na szafot uczyniono wręcz rytuał. Możemy się odcinać z obrzydzeniem od takich praktyk, ale nigdy nie mamy pewności, czy gdyby się nadarzyła okazja, sami nie uleglibyśmy pokusie, aby wziąć w nich udział.

A jednak Chrystusowa droga na miejsce wykonania wyroku śmierci, popularnie nazywana Drogą Krzyżową, jest czymś wyjątkowym. Nie dlatego, że poza standard wyszli w tym jednym przypadku organizatorzy „widowiska”. Również nie dlatego, że inaczej niż podobnych sytuacjach w najróżniejszych zakątkach Ziemi zachowywali się widzowie. Wyjątkowe było to, kim był skazaniec i główny „aktor” oraz to, co po drodze robił.

Święty Łukasz Ewangelista opisuje to tak:

„Gdy Go wyprowadzili, zatrzymali niejakiego Szymona z Cyreny, który wracał z pola, i włożyli na niego krzyż, aby go niósł za Jezusem.”

Zapędzenie kogoś takiego, jak Szymon z Cyreny, do pomocy skazańcowi w taszczeniu narzędzia kaźni nie było zapewne niczym nadzwyczajnym w praktyce rzymskich żołnierzy. Jednak skutki tego zdarzenia każą się głęboko zastanowić nad tym, co się rzeczywiście stało. Jak opowiada legenda, spisana przez Giovanniego Papiniego, „Szymon przybył z rodzimej Cyreny do Jerozolimy niewiele lat wcześniej ze względów spadkowych, nie znał więc prawie nikogo w świętym mieście ani nie dbał o zawieranie nowych znajomości, a tym mniej uwagi poświęcał sprawom publicznym. Pole i dom stanowiły jego życie i nikogo nie kochał poza swoimi dziećmi. Dlatego też niewiele wiedział o tym, co zdarzyło się w ostatnich dniach, i uważał, że skazani byli po prostu pospolitymi przestępcami”.

Święty Marek Ewangelista opisując Drogę Krzyżową Jezusa, informuje: „przymusili niejakiego Szymona z Cyreny, ojca Aleksandra i Rufusa”. Dlaczego wymienia imiona jego synów? Ponieważ byli oni znanymi chrześcijanami pierwszego pokolenia. Imię Rufusa wspomina św. Paweł w Liście do Rzymian.

Co takiego się stało podczas niesienia krzyża, że Szymon z Cyreny stał się ojcem znaczących w pierwotnej wspólnocie chrześcijan? Doznał miłosierdzia. Jego pomoc nie została przez Jezusa odrzucona, lecz przyjęta w taki sposób, że stało się to dla Cyrenejczyka zasiewem wiary. Co prawda według spisanej przez Papieniego legendy, długo opierał się przed przyjęciem wiary w Chrystusa, a po jej przyjęciu miał próbować wyciągać z tego osobiste korzyści, ostatecznie jednak „Szymon z Cyreny został jako chrześcijanin powieszony na krzyżu nasyconym smołą i spłonął niby pochodnia, by oświetlić ogrody Nerona”.

W drodze na Golgotę Jezus nie tylko wobec Szymona z Cyreny uczynił niezwykły akt miłosierdzia. To, co zrobił wobec użalających się nad nim kobiet jest nie tylko o wiele łatwiej rozpoznawalne, jako dzieło miłosierdzia.

Święty Łukasz tak opisał całe wydarzenie:

„A szło za Nim mnóstwo ludu, także kobiet, które zawodziły i płakały nad Nim. Lecz Jezus zwrócił się do nich i rzekł: «Córki jerozolimskie, nie płaczcie nade Mną; płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmi! Oto bowiem przyjdą dni, kiedy mówić będą: "Szczęśliwe niepłodne łona, które nie rodziły, i piersi, które nie karmiły". Wtedy zaczną wołać do gór: Padnijcie na nas; a do pagórków: Przykryjcie nas! Bo jeśli z zielonym drzewem to czynią, cóż się stanie z suchym?»”.

Zaskakujące odwrócenie ról. To płaczące kobiety chciały w jakiś sposób okazać Jezusowi miłosierdzie lub przynajmniej współczucie. Nie ma powodów, aby wątpić w szczerość ich łez. Zapewne przynajmniej część z nich wiedziała, że Chrystus jest niewinny i spotykają Go całkowicie niezasłużone cierpienia i prześladowania. Chciały Mu dać choćby niewielkie wsparcie. Pokazać, że we wrogim tłumie widzów, szukających w Jego bólu i upokorzeniu rozrywki i satysfakcji, są również ludzie, którzy nie poddali się powszechnemu szałowi zła i przynajmniej przez łzy i zawodzenie stają razem z Nim.

Dlaczego więc – tak można pomyśleć w pierwszej chwili czytając Łukaszowi opis - Chrystus odrzuca ich współczucie?

Nie odrzuca. Gdyby odrzucał, nie zwróciłby się do nich. I nie powiedział, tego, co usłyszały. Chrystus przyjął ich dar miłosierdzia, ale odpowiedział jeszcze większym darem. Dał im przestrogę i wskazówkę. Odwrócił tok ich myślenia. A przede wszystkim dał dowód, że jest o nie same i o ich dzieci szczerze zatroskany. Jemu na nich bardzo zależało. Tak bardzo, że nawet idąc na śmierć, pochylił się nad nimi i głosił im Ewangelię nawrócenia. Czy w tej chwili, idąc przez miasto i wzywając w bardzo jednoznacznych słowach do nawrócenia, nie przypomina Jonasza, posłanego przez Boga do Niniwy? Słowa Jezusa są równocześnie proroctwem i przypomnieniem proroctwa zapisanego w Księdze Ozeasza.

Można powiedzieć, że Jezus nieustannie jest „nastawiony” na pełnienie dzieł miłosierdzia. Nie „marnuje” żadnej okazji, wykorzystuje każdą sytuację, nawet taką, w której zdawałoby się powinien się skupić na własnym cierpieniu i przestać się rozglądać w poszukiwaniu tych, którzy na Boże Miłosierdzie, przez Niego niesione, czekają. Pochyla się nad każdym, kto miłosierdzia jest spragniony.

Czy dziś, z perspektywy dwóch tysięcy lat, potrafimy to dostrzec i docenić? Czy wyciągamy z tego wnioski? Czy tak liczne Jezusowe dzieła miłosierdzia, czynione bez afiszowania się i podkreślania ich rangi, pobudzają naszą wyobraźnię miłosierdzia? Czy otwieramy szeroko oczy, aby dostrzec licznych ludzi, którzy potrzebują miłosierdzia od nas?

W piątą niedzielę Wielkiego Postu zasłaniamy w kościołach krzyże. Nie po to, aby usunąć sprzed oczu wizerunek cierpiącego Bożego Syna. Po to, aby powierzchowne patrzenie oczami ciała wzmocnić patrzeniem oczu duszy. Nieraz dopiero gdy zamkniemy powieki, odkrywamy treść tego, na co przed momentem spoglądaliśmy. Tak samo jest z oglądaniem Męki Jezusa. Grozi nam, że damy się wciągnąć w emocje tłumu, dla którego jest to tylko widowisko. I zapomnimy, że potrzebujemy miłosierdzia.

Życie i codzienny rozwój


Medytacja pasyjna 2009
Ks. Leszek Smoliński


1. Chrystus frasobliwy zatrzymał się, przysiadł przy drodze wielkopostnej, zmierzającej w kierunku wielkanocnym. I patrzy na ludzkie zakłopotania, smutki i bezradność. Co widzi? Widzi, jak wiele ziaren dobra, prawdy i wolności, które z nadzieją zostały zasiane w ludzkich sercach, nie przynosi owocu. Dlaczego? Ponieważ ci, którzy otrzymali od Boga zadanie owocowania, pomnażania życiowych talentów, nie wzięli się do pracy lub źle ją wykonali.

Miłość zatroskanego o los człowieka Chrystusa pochyla się nad młodymi, którzy nie widzą sensu życia, nie dostrzegają piękna świata wokół siebie. Pan spogląda z troską na tych, którzy zagubili kierunek swojego rozwoju, pokrywając przygotowane dla nich najpiękniejsze ścieżki kurzem lenistwa i bezmyślności, czekając na lepsze czasy i budując w swoich wyobrażeniach „szklane domy”. Patrzy na oczekujących na jakiś cud – a sadzawka życia pozostaje niewzruszona. Samo nic się nie dzieje.

2. Jak trudno jest zrozumieć w XXI wieku, że „ziarno musi obumrzeć, aby przynosić obfity owoc”. Jak to możliwe, że trzeba zniszczyć coś już istniejącego, żeby powstało coś nowego? Jak zgodzić się na zakwestionowanie własnego widzenia świata, na rzecz spojrzenia w świetle zasad ewangelicznych? Czy taki „kryzys” może przynieść coś dobrego? Jezus oskarżony przed Piłatem przestrzega nas, że nie ma nic bardziej destrukcyjnego niż skupienie się na sobie, zapatrzenie w siebie i swoją domniemaną doskonałość. Nie ma nic bardziej rozwojowego ponad wsłuchiwanie się w głos Boży pobrzmiewający w codziennym życiu, czasem wymagający radykalizmu: „kto chce znaleźć swe życie, straci je, a kto straci swe życie z Mego powodu, znajdzie je” mówił Jezus do uczniów (Mt 10,39). Potrzeba więc nie mieć ambicji wyższych od Bożych planów, by ziarno mogło w nas obumrzeć owocnie, by nie zgniło.

3. Życie jest bajką, nowelą, rozrywką – tak powtarzają młodzi spacerowicze, którzy zaczynają wkraczać w poznawanie świata. Życie jest walką, bojowaniem, trudem stawiania pytań konstatują doświadczeni. A Jezus? Przypomina, że w trosce o życie nie chodzi tylko o życie biologiczne, lecz o jego pełnię życie w łasce i przyjaźni z Bogiem. Wciąż pokazuje, że owocowanie jest umieraniem dla wszystkiego, co stanowi „cywilizację śmierci”, by wznosić gmach miłości. Wzrasta ten, kto z podniesioną głową i zaufaniem patrzy na swoje życie, dostrzegając w nim zarówno blaski, jak i cienie.

Życie jest darem, który staje się zadaniem, aktem zaufania Boga do nas – sposobem na zbliżenie się do innych. Rozwój jest wezwaniem do ciągłej refleksji i sprzeciwia się stagnacji, którą doskonale wyrażają słowa jednej z piosenek: „bo tutaj jest jak jest”.

4. Jezus jest dla nas wzorem, jak rozwijać swoje życie, by nie stać się pasożytem niszczącym dobry zasiew ziarna. Przed Piłatem prezentuje się przede wszystkim jako człowiek wolny, który nie siedzi z założonymi rękami i nie czeka na oklaski. Pokazuje, że Jego królestwo jest z innego świata, że jest Królem wartości nieprzemijających. Głosi prawdę i jest jej do końca wierny. Tę wierność pieczętuje swoim życiem.

Ilu to ludzi w dziejach świata zachowywało się jak „chorągiewka na wietrze”, zmieniając kierunek i odchylenie przy każdym podmuchu wiatru historii? Ilu to ludzi dla własnej wygody mijało i nadal mija się z niewygodną prawdą. Może dla własnej korzyści, zachowania pozorów życzliwości czy – jak mawiają - żeby komuś nie zrobić przykrości czy krzywdy? A krzywda zrobiona własnemu sumieniu, czy nie jest czymś dotkliwym? Jezus uczy, że tylko prawda czyni wolnym i pozwala spojrzeć sobie z odwagą prosto w oczy i kroczyć przez życie z podniesioną głową.

5. Kiedy zatrzymujemy się w naszej refleksji nad troską o rozwój i wzrost życia, to jak drogowskaz jawią się nam słowa: „Nikt z nas nie żyje dla siebie…”. Potwierdzają to słowa Benedykta XVI, który podczas Światowych Dni Młodzieży w Kolonii (2005 r.) nazwał egoistyczną troskę człowieka tylko o swoje życie wręcz wegetacją, wskazując jednocześnie właściwą drogę dla chrześcijańskiej troski o życie: „Jeśli myślimy i żyjemy na mocy łączności z Chrystusem, wtedy otwierają się nam oczy. Wtedy nie zgodzimy się dłużej wegetować, troszcząc się jedynie o siebie samych, lecz ujrzymy, gdzie i jak jesteśmy potrzebni. Tak patrząc i postępując, szybko przekonamy się, że znacznie piękniej jest być pożytecznym i być do dyspozycji innych, niż troszczyć się wyłącznie o proponowane nam wygody”. Pozwólmy więc, by Bóg Dawca i Promotor życia prowadził nas w codzienności i pomagał w pełnym rozwoju życia, byśmy nie zmarnowali owoców męki Jezusa, „(…) aż dojdziemy wszyscy razem do jedności wiary i pełnego poznania Syna Bożego, do człowieka doskonałego, do miary wielkości według Pełni Chrystusa” (Ef 4,13).

Droga Krzyżowa

 

„Piłat, chcąc uwolnić Jezusa, ponownie przemówił do nich. Lecz oni wołali: «Ukrzyżuj, ukrzyżuj Go!» Piłat więc zawyrokował, żeby ich żądanie zostało spełnione. Uwolnił im tego, którego się domagali, a który za rozruch i zabójstwo był wtrącony do więzienia; Jezusa zaś zdał na ich wolę.

Gdy Go wyprowadzili, zatrzymali niejakiego Szymona z Cyreny, który wracał z pola, i włożyli na niego krzyż, aby go niósł za Jezusem.
A szło za Nim mnóstwo ludu, także kobiet, które zawodziły i płakały nad Nim. Lecz Jezus zwrócił się do nich i rzekł: «Córki jerozolimskie, nie płaczcie nade Mną; płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmi! Oto bowiem przyjdą dni, kiedy mówić będą: "Szczęśliwe niepłodne łona, które nie rodziły, i piersi, które nie karmiły". Wtedy zaczną wołać do gór: Padnijcie na nas; a do pagórków: Przykryjcie nas! Bo jeśli z zielonym drzewem to czynią, cóż się stanie z suchym?»
Przyprowadzono też dwóch innych złoczyńców, aby ich z Nim stracić.” Łk 23,20.24-32

 

Droga Krzyżowa Jezusa zaczęła się po umyciu przez Piłata rąk i wydaniu Jezusa na ukrzyżowanie. Jezus wziął krzyż i postawił pierwszy krok.

Nasza droga krzyżowa zaczyna się, gdy się rodzimy. Wówczas bierzemy swój krzyż i wydajemy pierwszy krzyk – sprzeciwu wobec tego krzyża.

Uderzające jest milczenie Jezusa podczas niesienia krzyża. Jak bardzo kontrastuje to z naszym narzekaniem na krzyż codziennego dnia, powszednich obowiązków. Prawie w każdej naszej rozmowie to narzekanie się pojawia.

Narzekanie, które tak naprawdę pokazuje, jak wiele w nas sprzeciwu wobec Boga, jak wiele mamy pretensji do Niego o to:

-        że jesteśmy tacy, jacy jesteśmy

-        że wyglądamy tak, jak wyglądamy

-        że mamy takich, a nie innych rodziców i rodzeństwo

-        że nasze życie małżeńskie czy rodzinne wygląda tak, a nie inaczej

-        że żyjemy w takim, a nie innym kraju

-        że mamy takie, a nie inne zdrowie

-        że że mamy taką, a nie inną pracę

i tak dalej, i tak dalej...

Ktoś się obruszy i powie, że przecież to narzekanie nie oznacza pretensji wobec Boga. Owszem, jeżeli się to zdarzy raz czy drugi, jeśli wypływa z naszego zmęczenia – nie musi oznaczać pretensji. Ale jeśli ktoś cały czas narzeka – na siebie, na innych, na świat, na to czy na tamto, to zastanówmy się, w jaki sposób taki człowiek postrzega wypełnianie Bożej woli? W jaki sposób patrzy na niesienie swojego codziennego krzyża? Ile jest w nim postawy Jezusa, który milcząco wziął swój krzyż i go niósł?

Czy w Nim była pretensja wobec Ojca, że musi wziąć krzyż, że Ojciec Mu tego nie oszczędził?

A jak my patrzymy na to, co trudne w naszym życiu?

Jak często narzekamy na ludzi, którzy obok nas żyją i z którymi męczymy się w taki czy inny sposób? Czy patrzymy na nich jak na fragment naszej drogi krzyżowej?

Jezus milcząco niósł krzyż, jednakże Jego milczenie kończyło się zawsze w chwili, gdy wymagało tego dobro drugiego człowieka, nawet oprawcy.

To dlatego spoliczkowany przez żołnierza nie nadstawił milcząco drugiego policzka, ale zadał mu pytanie, pytanie, które zmuszają do refleksji: „Czemu mnie bijesz?”

Ktoś, kto w życiu rodzinnym czy zawodowym doświadcza przemocy, doświadcza policzkowania, też może i ma prawo z odwagą i zatroskaniem spytać tego, który go krzywdzi: „Dlaczego to robisz?”

Kiedy Jezus spotkał płaczące kobiety, zwrócił im uwagę na to, że człowiek nie powinien patrzeć tylko na to, co zewnętrzne, na zewnętrzne objawy cierpienia, ale powinien wchodzić w głąb po to, by dostrzec, że największą żałość i płacz powinny wzbudzać w nim jego własne grzechy, jego odchodzenie od Boga. Jezus przecież cierpiał za nasze grzechy, więc tylko nasze unikanie grzechów sprawia, że Jego męka jest mniejsza.

I to bardzo dobry fragment, by rozważać go podczas wszelkich dyskusji o eutanazji. Do zabicia starszego czy schorowanego człowieka prowadzi bowiem taka właśnie fałszywa litość nad jego zewnętrznym cierpieniem, cierpieniem fizycznym. Do takiego myślenia właśnie prowadzi brak refleksji, brak zastanowienia się nad tym, co ja powinienem zrobić, żeby temu człowiekowi ulżyć.

Na Drodze Krzyżowej Jezusa byli też ludzie, którym nie powiedział ani jednego słowa. Czy to znaczy, że byli Mu obojętni? Szymon z Cyreny, Weronika, Maryja, Jego Matka...

Na naszej drodze krzyżowej Bóg stawia nam też takich ludzi. Czy jednak potrafimy ich przyjąć tak, jak to zrobił Pan Jezus?

Jak my zachowujemy się wobec kogoś, kto pomaga nam tak jak Szymon z Cyreny – bo musi, a nie dlatego, że chce? Czy umiemy także taką pomoc przyjąć z wdzięcznością?

Albo jeśli ktoś tak, jak Weronika, „tylko” otrze nam twarz – czy umiemy dostrzec wielkość tego drobnego w swej istocie gestu? Czy umiemy być wdzięczni za pomoc, którą ktoś nam okaże, mimo że ta pomoc często wygląda inaczej, niż taka, jaką w danym momencie byśmy chcieli otrzymać?

Zobaczmy, jak często nawet w przyjmowaniu czyjegoś drobnego gestu, pomocy, życzliwości oceniamy je przez pryzmat tego, czy jest to zgodne z naszymi wyobrażeniami i oczekiwaniami. Jak często nie umiemy dziękować Bogu za drobne gesty życzliwości i dobroci drugiego człowieka – bo w naszych oczach są za małe, bo są nie takie, bo spodziewaliśmy się czego innego albo od kogo innego...

I spotkanie z Matką...

Trudne spotkanie – i dla Matki, i dla Syna.

Dobrze by było, gdyby tej scenie z uwagą przyglądali się rodzice dzieci, niosących swój krzyż, ale i dzieci, w których życiu jest trud i ciężar.

Maryja nie rzuciła się z płaczem na Syna niosącego krzyż. Nie utrudniała Mu swoim zachowaniem wypełniania woli Ojca. Nie dołożyła Mu ciężaru swego użalania się nad Nim, swego żalu nad sobą i swojego bólu. Ona Synowi towarzyszyła – była obok – co czasem jest najtrudniejszą formą miłości wobec dzieci.

Być obok, a nie ciągle wyręczać, usuwać ciężary, dokładać własnych – i narzekać później na niewdzięczność dzieci.

Być obok – i nie pouczać, nie dawać dobrych rad – pozwolić dziecku nieść swój krzyż tak, jak samo potrafi najlepiej.

Być obok – to znaczy uwierzyć Bogu, że i to dziecko jest Jego ukochanym dzieckiem i On trzyma je z miłością w swoich rękach.

A jaka nauka płynie z tej sceny dla dzieci? Że nawet w największych ich cierpieniach i trudach jest obok nich ktoś, kto o nich myśli, kto się za nich modli – nawet jeśli fizycznie w żaden sposób nie może im pomóc. Że dźwiganie krzyża należy do danego człowieka i nikt nie może – i nie powinien – go w tym wyręczać.

No właśnie. Nasze zachowanie na naszej osobistej drodze krzyżowej pokazuje nam najlepiej, kim jest dla nas Pan Bóg – i czy jest w nas zaufanie wobec Niego. To zaufanie przejawia się właśnie w milczeniu, a nie w narzekaniu; przejawia się we wdzięczności za każde, nawet najmniejsze dobro, a nie w marudzeniu, czy wybrzydzaniu.

To zaufanie przejawia się tez w tym, że pozwalamy się Bogu kierować – Jezus nie starał się uciec od krzyża. A uliczki Jerozolimy – jakże kręte i zawiłe, pełne ludzi i straganów – stwarzały na pewno taką i okazję, i pokusę. My natomiast często jednak staramy się bokiem usunąć z naszej drogi krzyżowej. Sądzimy, że jeśli wybierzemy inną drogę, to będzie nam się lżej niosło krzyż, a może okaże się, że uda się go gdzieś tam pod jakimś sklepikiem czy murem zostawić...

I błądzimy, i trudzimy się coraz bardziej, i krzyż ciąży nam coraz mocniej. Coraz więcej upadków – i coraz mniej ludzi, którzy mogliby nam pomóc.

Zauważmy, ile w nas niecierpliwości. To właśnie ta niecierpliwość popycha nas do poszukiwania innych, alternatywnych dróg niesienia krzyża lub innych sposobów na jego niesienie. A niecierpliwość jest zawsze z diabła, a nie z Boga. To szatan nam podsuwa właśnie tę myśl, że coś musi być już, że musi być teraz, natychmiast, na zawołanie, że czekanie to strata czasu, a cierpliwe niesienie krzyża to idiotyzm.

Bóg jest cierpliwy, jest nieskończenie cierpliwy – i to od Niego tej cierpliwości trzeba się uczyć. Cierpliwości wobec innych, cierpliwości wobec siebie, cierpliwości wobec własnego krzyża. Tej cierpliwości, która rodzi w sercu człowieka pokój – i pogłębia zaufanie Bogu, że On naprawdę rządzi światem i wszystko, nawet najmniejszy wróbel, jest w Jego ręku. A bez Jego wiedzy i woli włos nam z głowy nie spadnie...

Zapatrzmy się więc na Jezusa, cierpliwie i w milczeniu niosącego swój krzyż. Adorujmy Go i otwierajmy nasze serca na przyjęcie łaski cierpliwości, łaski milczenia, łaski wdzięczności, jakie Bóg chce nam hojnie ofiarować.

EKSA

Świadkowie męki Pańskiej

oprac. ks. Mateusz Pietruszka

Płaczące Niewiasty

Obserwując ludzi, którzy towarzyszyli Chrystusowi w Jego drodze na Golgotę, uczymy się dźwigać swój codzienny krzyż. Zauważamy, że bez Chrystusa cierpienie, ból nie ma sensu. Dlatego chcemy go się pozbyć. Dopiero złączenie naszego krzyża z męką Zbawiciela nadaje cierpieniu znaczenie. Jednoczy z Bogiem, któremu ból nie jest obcy. Uczy, że tylko przez krzyż wiedzie droga do życia, życia w pełni i bez końca.

Gdy Chrystus dochodził do szczytu Golgoty, spotkał niewiasty: Zwrócił się do nich i powiedział: „Córki Jerozolimskie, nie płaczcie nade Mną! Płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmi. (...) Bo jeśli tak czynią z drzewem zielonym, to co się stanie z uschniętym” (Łk 23,28.31).

Zgodnie z prawem żydowskim nie wolno było opłakiwać skazanego na śmierć wyrokiem sądu. Kobiety odważnie sprzeciwiają się temu zakazowi.  Pokazują w ten sposób, że Jezus nie jest przestępcą, ale Mesjaszem posłanym od Boga, który dzieli los wielu niewinnie zgładzonych proroków. One poznały, kim jest Jezus i chcą z Nim być. Wszelkie nakazy nic nie znaczą w tej chwili, bo najważniejszy jest dla nich Jezus.

A co dla nas jest najważniejsze? Co jest dla mnie najważniejsze w Wielkim Poście? Praca nad sobą, czy tylko dotrwanie do kolejnych świąt? Czy jestem wstanie być przy Chrystusie nawet wtedy, gdy nie wiąże się to z żadną korzyścią, przyjemnością, ale wymaga ode mnie wysiłku, zmiany swoich planów, czy rezygnacji z czegoś dobrego, co uczciwie się mi należy? Czy mam w sobie odwagę niewiast, by wystąpić nawet przeciw zwyczajom, schematom i trwać przy Chrystusie?

Jezus prosi spotkane niewiasty, by nie płakały nad Jego losem, ale raczej nad swoimi synami. Trudne słowa. Czyżby Jezus nie chciał współczucia? Czy obojętna jest Mu nasza obecność przy Nim w czasie Jego drogi na Golgotę?

Z pewnością nie. Chce nas przestrzec przed uleganiem pokusie litowania się nad innymi; nad złem w świecie; przed sentymentalizmem, w którym nie ma miejsca na zastanawianie się nad samym sobą, nad stanem własnej duszy. Wtedy skupiamy się tylko na skutkach grzechu świecie, ale nie staramy się usuwać go z naszego życia. Nie podejmujemy trudu pracy nad sobą, bo nie rozpoznaliśmy, co wymaga zmiany w nas samych, więc nie wiemy, nad czym pracować. A może uważamy, że już nie mamy nad czym pracować, bo wszystko jest przynajmniej poprawne, jeśli nie doskonałe. Wtedy odnoszą się do nas słowa Chrystusa: „Płaczcie raczej nad sobą (...) Bo jeśli tak czynią z drzewem zielonym, to co się stanie z uschniętym” (Łk 23, 31).

Jan Paweł II uczył: „Nie można się ślizgać po powierzchni zła, trzeba sięgać do jego korzenia, do przyczyn, do całej wewnętrznej prawdy sumienia”. Właśnie to chce nam dziś powiedzieć Chrystus dźwigający krzyż: Moja męka i śmierć na krzyżu na nic się zda, jeśli nie rozpoczniesz pracy nad sobą. Jeśli nie staniesz w prawdzie o sobie.

Bez Chrystusa jesteśmy jak uschnięte drzewo, o którym mówił On do niewiast. Takie na nic się nie przyda, ewentualnie na ognisko, a i tak długo nie będzie dawało ciepła i światła. Tylko z Jezusem, który przynosi na świat Prawdę, również prawdę o nas samych, możemy stać się zielonym drzewem, które wzrasta i wydaje dobre owoce w postaci dobrych czynów. Jednak droga do poznania siebie samego, jak uczy Chrystus, nie polega na wylewaniu łez nad złem w świecie, lecz na zastanowieniu się nad samym sobą.

Zbawiciel, upominając niewiasty, nie chciał, aby stały się nieczułe na cierpienie innych i skupiły się tylko na sobie. Od nas tego też nie wymaga. Przecież On – zupełnie niewinny – bardzo cierpiał. Cierpiał bardziej niż spotkane na drodze kobiety, ale to On je pocieszał. Był bardziej wrażliwy na płacz i cierpienie człowieka niż na swój ból, dlatego pocieszał. Czy ja w tym względzie naśladuję mego Pana i Zbawiciela? Nie możemy stać się obojętni na cierpienie innych.

Droga do zbawienia wiedzie przez dostrzeganie cierpienia innych i pomoc potrzebującym. Ale ta aktywność nie może przysłonić nam, czy zastąpić, pracy nad sobą. Chrystus przestrzega „Jaka z tego korzyść dla człowieka, jeśli zdobędzie cały świat, a siebie samego zatraci albo skrzywdzi?” (Łk 9,23). Nie wystarczy płakać nad cierpieniem innych, ale trzeba starać się im pomóc. Płakać powinniśmy nad sobą, ale tylko po to, by dostrzec nasze braki, grzechy i poprawić się z nich. Same łzy jednak niczego nie zmienią. Tej pracy nie podejmujmy sami, ale z pomocą Zbawiciela. Nie ślizgajmy się po powierzchni naszego sumienia, ale z Chrystusem starajmy się je dobrze poznać i jeśli będzie trzeba zapłakać nad sobą w sakramencie pokuty.

Ty jesteś tym człowiekiem!

Tegoroczne rozważania mają na celu skupienie się nie tyle na samym cierpieniu Jezusa, co raczej na dostrzeżeniu, że to są bardzo bliskie, prawie codzienne sprawy i bóle każdego człowieka...

Kazanie pasyjne 2013

diakon Piotr Alabrudziński

Jezus trzykrotnie zapowiadał swoją Mękę, Śmierć i Zmartwychwstanie. Patrząc po ludzku, ostatnia zapowiedź, najbliższa wydarzeniom paschalnym pod względem chronologicznym, powinna zawierać informacje najistotniejsze dla Apostołów, przygotowywać ich na najtrudniejsze momenty. O czym w niej Jezus mówi? „Oto idziemy do Jeruzalem i spełni się wszystko, co napisali prorocy o Synu Człowieczym. Zostanie wydany w ręce pogan, będzie wyszydzony, zelżony i opluty; ubiczują Go i zabiją, a trzeciego dnia zmartwychwstanie.” (Łk 18, 31 - 33) Wyszydzenie, zelżenie i oplucie – a więc brak szacunku. I rzeczywiście Jezus doznał tego podczas swojego cierpienia. „Członkowie Sanhedrynu szydzili: Innych wybawiał, niechże teraz siebie wybawi, jeśli jest Mesjaszem, Bożym Wybrańcem. Szydzili z Niego i żołnierze; podchodzili do Niego i podawali Mu ocet, mówiąc: Jeśli Ty jesteś Królem żydowskim, wybaw sam siebie. Był także nad Nim napis: To jest Król żydowski” (Łk 23, 35 - 38).

Oto Człowiek Wyszydzony

Jezus odrzucony i osądzony jest już w oczach wielu poza granicami swojego narodu. On sam, wisząc na Krzyżu, zdaje się być całkowicie poza granicą świata żywych. Czekający na śmierć Skazaniec. Tutaj już nie może się nic wydarzyć, nie ma miejsca na żaden cud. Czeka się tylko na śmierć. Czasem to bardzo dobre widowisko. Ale dla zgromadzonych przy ukrzyżowaniu Jezusa i łotrów taka „rozrywka” to za mało. Jeszcze brakuje im emocji. Leżącego się nie bije – a jednak. Z umierającego można się wyśmiewać, urągając Mu słowami wyroku, który wcześniej usłyszał. Świetna zabawa – w nadziei, że jeszcze jest świadomy i jeszcze to słyszy. Szyderstwo, wzgarda – czy doświadczyłeś czegoś podobnego?

Oczywiście nie chodzi tutaj o zwykłe wyśmianie. Któż z nas nie zrobił w życiu czegoś, co zasługiwało na skwitowanie jakimś przyjacielskim żartem, uszczypliwą uwagą, gromkim wybuchem śmiechu. To jednak zupełnie co innego. Jezus jest obiektem żartów, ale takich, które nie szanują Jego godności, wrażliwości, człowieczeństwa. Śmiech, a raczej rechot, który próbuje odebrać człowiekowi resztki godności, który próbuje z osoby uczynić rzecz.

Wzgarda jednak ma różne odmiany. Jedną z nich, bliską człowiekowi, jest ta, o której wspomina autor 2 Księgi Samuela przy opisie przeniesienia Arki Przymierza Pana do Jerozolimy. „Kiedy Arka Pańska przybyła do Miasta Dawidowego, Mikal, córka Saula, wyglądała przez okno i ujrzała króla Dawida, jak podskakiwał i tańczył przed Panem: wtedy wzgardziła nim w sercu. Wrócił Dawid, aby wnieść błogosławieństwo do swego domu. Wyszła ku niemu Mikal, córka Saula, i powiedziała: O, jak to wsławił się dzisiaj król izraelski, który się obnażył na oczach niewolnic sług swoich, tak jak się pokazać może ktoś niepoważny.” (2 Sm 6, 16. 20). Mikal wzgardziła swoim mężem, czyli uznała go za niepoważnego. Czy znasz ten stan, gdy ludzie nie traktują Ciebie poważnie, patrzą z przymrużeniem oka? Owszem, kiedy jesteś im potrzebny potrafią się do Ciebie odpowiednio odezwać, używają pięknych zdrobnień, kulturalnych, przyjaznych słów, ale kiedy nic od Ciebie nie potrzebują, albo to Ty potrzebujesz coś od nich – wtedy nie masz na co liczyć. Nie traktują Ciebie poważnie, jak człowieka. Nie dostrzegają Twojej godności i wyjątkowości. Jesteś w ich oczach raczej przedmiotem, którym można się posłużyć dla własnego celu, ale nie osobą. Co wtedy pozostaje zrobić?

Najłatwiejsze rozwiązanie, jakie samo przychodzi do głowy to bunt – przeciw wszystkiemu i wszystkim. Skoro ktoś nie szanuje mnie i traktuje jak rzecz, to odpłacę się tym samym, ale nie tylko jemu. Wszystkim. Trzeba siebie szanować. Owszem, to prawda – trzeba siebie szanować. Tylko czy traktowanie drugiego człowieka jak przedmiot, nawet jeśli jest odpowiedzią na podobne zranienie, jest lekarstwem i szkołą szacunku do samego siebie? Czy nie jest raczej rozwinięciem spirali nienawiści, która będzie stopniowo zataczać coraz szersze kręgi?

Punktem docelowym walki z doświadczeniem wzgardy jest zapewne wzmocnienie w sobie szacunku do samego siebie. Tylko jak go osiągnąć? Spójrzmy na Jezusa. Choć wisi na Krzyżu także w tej materii pozostawia nam swój testament. Jego odpowiedzią na doznane wzgardy są ostatnie przywołane przez św. Łukasza słowa. „Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mego” (Łk 23, 46) To wszystko, czego doświadczam, przedstawiam Tobie. Wierzę, że nie spotyka mnie nic, na co nie miałbyś wpływu, czego byś chociaż nie dopuścił. Wierzę zatem, że masz nad wszystkim najwyższą władzę. Nawet jeśli nikt inny mnie nie szanuje – Ty mnie szanujesz, bo kochasz. Takie przesłanie płynie z ostatnich słów Jezusa.

Nie wiem jak bardzo czujesz się teraz wzgardzony, czy wyszydzony. Nie wiem, ile doświadczeń i sytuacji ze swojego życia możesz przywołać, ilustrując ten problem. Wiem jednak, że warto je złożyć w Bogu – właśnie teraz. Panie Jezu, w uszach brzmią mi słowa proroka Izajasza, który pisał o Tobie, że byłeś tak wzgardzony i odepchnięty, że miano Cię za nic. W godzinie Twojej śmierci, w tej godzinie łaski, ludzie, którzy patrzyli na Ciebie nie traktowali Cię poważnie. Myśleli że Twoje życie było kłamstwem, że byłeś zwodzicielem. Spójrz na mnie. Czasem i ja tak się czuję – jakbym był nikim dla drugiego człowieka. Jakbym był tylko przedmiotem, którym chce się posłużyć. To boli. Wiem jednak, że Ty nie chcesz, abym tak się czuł. Wiem, że stworzyłeś mnie na obraz i podobieństwo Boże – i nic tego nie zmieni, nic nie zatrze. Proszę, pozwól mi zawsze o tym pamiętać. A skoro wiesz, jak słaba jest moja pamięć także w tej materii, poślij mi Twojego Anioła, aby mnie pocieszał, kiedy doznaję wzgardy od człowieka. Kiedy będę czuł, że ziemia mnie odrzuca, proszę – pozwól pamiętać o tym, że Ty mnie nie odrzucasz, że traktujesz mnie poważnie. Kochasz i szanujesz.

Cóż więc mam uczynić z Jezusem?

Kazanie pasyjne 2014

ks. Piotr Alabrudziński

A na każde święto namiestnik miał zwyczaj uwalniać jednego więźnia, którego chcieli. Trzymano zaś wtedy znacznego więźnia, imieniem Barabasz. Gdy się więc zgromadzili, spytał ich Piłat: Którego chcecie, żebym wam uwolnił, Barabasza czy Jezusa, zwanego Mesjaszem? Wiedział bowiem, że przez zawiść Go wydali. A gdy on odbywał przewód sądowy, żona jego przysłała mu ostrzeżenie: Nie miej nic do czynienia z tym Sprawiedliwym, bo dzisiaj we śnie wiele nacierpiałam się z Jego powodu. Tymczasem arcykapłani i  starsi namówili tłumy, żeby żądały Barabasza, a domagały się śmierci Jezusa. Pytał ich namiestnik: Którego z tych dwu chcecie, żebym wam uwolnił? Odpowiedzieli: Barabasza. Rzekł do nich Piłat: Cóż więc mam uczynić z Jezusem, którego nazywają Mesjaszem? Zawołali wszyscy: Na krzyż z nim! Namiestnik powiedział: Cóż właściwie złego uczynił? Lecz oni jeszcze głośniej krzyczeli: Na krzyż z nim! Piłat, widząc, że nic nie osiąga, a wzburzenie raczej narasta, wziął wodę i umył ręce wobec tłumu, mówiąc: Nie jestem winny krwi tego Sprawiedliwego. To wasza rzecz. A cały lud zawołał: Krew jego na nas i na dzieci nasze. Wówczas uwolnił im Barabasza, a Jezusa kazał ubiczować i wydał na ukrzyżowanie.

Mt 27, 15 – 26

 

Wyrok wydany. Jeszcze tylko jedno małe „ale” do pokonania. Wybór ludu. Może zlitują się nad Cudotwórcą i Nauczycielem z Nazaretu? Może coś drgnie? Nie, nie warto się łudzić. Tłum nie jest środowiskiem służącym powstawaniu drgań…

W tłumie człowiek staje się częścią tła. Fakt, to pewnie nie jest reguła. Pewnie są wyjątki. Z drugiej strony wyjątki potwierdzają regułę. Tłum przed Piłatem był tłem, na którym malowali arcykapłani i starsi ludu. Naszkicowali taki, a nie inny obraz Jezusa, więc wybór był prostą konsekwencją. Każdy kij jednak ma dwa końce. Tłum może wybierać zło, jak również dobro. Właśnie – tłum, już nawet nie człowiek w tłumie. To nie są wybory tego rzędu…

Może lubisz w tłumie krzyknąć: „Bóg Cię kocha!” To nic złego. Może właśnie w tłumie – na Lednicy, wielkiej imprezie ewangelizacyjnej, dniu wspólnoty na Oazie – odkryłeś radość wiary. Nie byłeś w tym sam. I dobrze. Nie ma w tym nic złego. Ale ile wiary zostanie w Tobie wobec samotności? Czy sam również dalej jesteś w stanie dokonywać tych – dobrych, bardzo dobrych – wyborów? Wiara tłumu to wzburzona woda. Można być tylko kropelką w takim oceanie i płynąć wszędzie tam, gdzie żywioł poniesie. Można też dzięki mocy Boga chodzić po wodzie. Wiarą osobistą. Nie, wcale nie pozbawioną wahań czy zwątpienia, ale z MOIMI wahaniami i MOIMI zwątpieniami – nie TŁUMU…

Jakiego wybory losu dla Jezusa dokonuje tłum? Znasz dobrze ten okrzyk: „Na krzyż z Nim!” Jezus i krzyż – w tamtym momencie i kontekście coś złego, wyrok śmierci. Dziś? Tak chętnie łączymy Jezusa i krzyż. Dziś to dobre, pobożne, zbawienne… Można mnożyć określenia. Jezus na krzyżu – na ścianie, łańcuszku, koszulce – to jeszcze nie jest Jezus w sercu. I znów – nie, nie ma w tym nic złego. Pojawia się jednak pokusa zakrycia pobożnością wiary i prawdy. Pokusa stara jak świat…

„Krew Jego na nas i na dzieci nasze” Naprawdę? Bóg nie jest automatem do przekazywania win i kar. Podobnie jak nie chce, żeby człowiek był automatem – raz powiedziałem, że wierzę w Ciebie i Tobie; jeśli się coś zmieni, dam znać. Nie tędy droga. Właśnie dlatego możemy co jakiś czas odnawiać przyrzeczenia chrzcielne. Potwierdzić osobisty wybór Boga. Spróbować wprowadzać Go coraz głębiej do swojego życia.

Po zakończenie Wielkiego Postu – po skończeniu corocznego procesu Jezusa w mojej codzienności – znów będzie taka możliwość. Kogo uwolnisz? Bóg wypuszczony na wolność może zrobić niezły bałagan w życiu. Może również nie zmienić nic. Mimo wielkiego wyboru wszystko może pozostać po staremu, bo tak jest dobrze. Zarówno jedno i drugie może być działaniem Boga. Chyba najbardziej jednak boję się wypuszczenia życia z rąk. Nie konsekwencji, ale decyzji…

Może w tym roku nie skazuj Jezusa na krzyż – tylko na pobożność. Spróbuj zasądzić Mu dożywocie – towarzyszenie Tobie do końca życia, ale ponawiane każdego dnia…

Niepokój i rozdarcie

Kazanie pasyjne 2015

ks. Piotr Alabrudziński

Serce. Siedlisko uczuć. Niestety, uczucia bardzo często komplikują nasze relacje. Zarówno te pozytywne, jak i negatywne. Utrudnić, czy w jakiś sposób zaciemnić prawdę danej relacji może z podobną mocą nadmierna sympatia, jak i niechęć. Potrzebujemy rozumu. Racjonalnego spojrzenia. Ale potrzebujemy też serca, które słucha Rozumu i godzi Go w sobie z Uczuciem. Serca Jezusa. W ciągu całego Wielkiego Postu spoglądamy na to Serce przez pryzmat wezwań Litanii ułożonej 250 lat temu. Dziś pora na wezwanie bardzo proste w odbiorze, ale w przyjęciu – trudne. Bardzo trudne…

Serce Jezusa, pokoju i pojednanie nasze, zmiłuj się nad nami…

Pokój i pojednanie. Chyba nierozerwalnie ze sobą związane – nie tylko z racji rozpoczęcia obu słów na tę samą literę. Trudno wyobrazić sobie pokój bez pojednania, ale i pojednanie bez pokoju. Ani jedno, ani drugie nie są jednak tym samym.

Pokój – Shalom. Słowo pozdrowienia. Sam Jezus już po Zmartwychwstaniu mówi: Pokój Wam! Pierwszy dar. Pierwsze zadanie dla ludzi już Wolnych…

Pojednanie. Pierwsze biblijne skojarzenie? Modlitwa „Ojcze nasz”. Pojednanie z Bogiem, które musi być widoczne w relacjach z ludźmi. Innej drogi nie ma.

Jezus. Jego Serce. Siedlisko Myśli i Uczuć. Droga do pokoju i pojednania. Dobry Człowiek i Dobry Bóg zawsze wprowadzają Pokój. Podobnie nie kanonizują podziałów. Walczą z nimi.

„Uczyń serca nasze według Serca Twego”…

Ty.

Twoje Serce.

Pomyśl teraz o sobie. Czy Twoje serce jest pełne pokoju? A może zastanawiasz się, jak to ocenić?

Akurat język polski daje tutaj bardzo dobry trop. Pokój to przecież część domu, mieszkania. Skoro tak – pomyśl, czy w Twoje serce jest mieszkaniem dla choćby jednego człowieka? Ale takim, z którego wiesz, że nigdy go eksmitujesz…

Co z pojednaniem? Odwołajmy się do biologii. Serce człowieka to 2 komory, 2 przedsionki – które łączą się w jeden narząd. Serce samo z siebie jest już pojednane. Jest pojednaniem – od strony biologicznej. Na ile w sercu próbujesz godzić różne sprzeczności? Różne punkty widzenia? Na ile wczuwasz się w sytuację innych – w tym również Najdziwniejszego Innego? Jednasz? A może tylko dzielisz…

Każde pasyjne zamyślenie staramy się jakoś dobrze zakończyć. Praktycznie. A dziś? Znów przyda się trochę papieru. Najlepiej kilka/kilkanaście małych kartek.

Przeciwieństwem pokoju jest niepokój. Przeciwieństwem pojednania – podział, rozdarcie. Zapisz na tych małych kartkach swoje niepokoje i rozdarcia. Na każdej osobno – tylko jedno słowo, lub zwrot. A potem?

Rozedrzyj…

Bez znieczulenia

XPA

„Gdy przyszli na miejsce zwane Golgotą, to znaczy Miejsce Czaszki, dali Mu do picia wino zmieszane z żółcią. On skosztował, ale nie chciał pić. Potem ukrzyżowali Go, a Jego ubranie rozdzielili między siebie, rzucając o nie losy. Po czym usiedli i pilnowali Go. A nad Jego głową umieścili napis z podaniem Jego winy: To jest Jezus, król Żydów! Razem z Nim ukrzyżowano dwóch przestępców: jednego z prawej, a drugiego z lewej strony. A przechodzący szydzili z Niego. Potrząsali głowami i mówili: Ty, co burzysz świątynię i w trzy dni ją odbudowujesz, wybaw sam siebie! Jeśli jesteś Synem Bożym, zejdź z krzyża! Podobnie szydzili wyżsi kapłani, nauczyciele Pisma i starsi. Mówili: Innych wybawiał, a sam siebie nie może wybawić! Jest królem Izraela. Niech zejdzie teraz z krzyża, to Mu uwierzymy! Zaufał Bogu, niech Go teraz wybawi, jeśli Go kocha! Powiedział przecież: Jestem Synem Bożym! Podobnie ubliżali Mu ukrzyżowani z Nim przestępcy” (Mt 27, 33-44)

„Liczniejsi od włosów na mej głowie są ci, co mnie nienawidzą bez powodu. Umocnili się moi wrogowie, którzy niesprawiedliwie mnie dręczą. Czy mam zapłacić za to, czego nie zabrałem? Bo ze względu na Ciebie znoszę szyderstwa, hańba twarz mi okrywa. Stałem się obcy dla braci, nie chcą mnie znać synowie mej matki. Bo gorliwość o Twój dom mnie pochłania i spadły na mnie zniewagi znieważających Ciebie. Jestem złamany na duchu i z sił opadłem. Czekałem na współczucie, lecz bezskutecznie, na pociechę, ale jej nie znalazłem. Bo prześladują tego, którego uderzyłeś, i naśmiewają się z tego, którego zraniłeś.” (Ps 69, 5.8-10.21.27)

Bez znieczulenia. Z całym bogactwem przeżyć, bólu, ciężaru obelg. Życie w pełni. To przyszedłeś przynieść na świat. Żeby mieli życie i mieli je w obfitości. Sam nie bronisz się przed żadnym z odczuć, którego mogłeś doświadczyć. Jeśli masz przyjąć cierpienie, przyjmujesz je. Dziwne, że Bóg nie wiedział, że może wybierać. Przecież dałoby się inaczej. Przecież wszystko się da. Tak lubi mówić człowiek, kiedy jest to dla niego wygodniejsze. Podkreśla możliwość wyboru wtedy, gdy chce uciec przed odpowiedzialnością. Może też uciec w inną stronę – nie miałem wyboru, musiałem. Zależnie od sytuacji. Wszystko jest dla ludzi. Wszystko, czyli moje dobro, moje szczęście bez wkładu własnego.

Jaki powód ma człowiek, żeby dręczyć swojego Boga? Jaki jest tytuł Jego winy? Jezus. Bóg, który zbawia, uzdrawia, naprawia świat. Król Żydów. Ten, który potwierdza, że historia ma wyjście, jeśli jest odczytywana razem z Bogiem. Który docenia korzenie i mądrość pokoleń. Który wie, że nowy dzień przychodzi, gdy przetrwa się wieczór i noc. Ale nie tak trzeba dzisiaj. Już bez przesady. Bóg nie musi naprawiać świata, sami znamy się na tym o wiele lepiej. Mamy swoje prawa. Swoje są najlepsze, bo da się je zmienić. Przecież na świecie nie musi być cierpienia. Znajdą się na to metody. Kiedy nie będzie tych, którzy odczuwają ból, zabraknie już bólu. To takie proste. A Ty dalej swoje, że to wszystko ma sens? A powiedz to rodzicom umierającego dziecka. Powiedz to dzieciakowi, który jest bity przez pijanego ojca. Powiedz to komu tylko chcesz. Każdy Ciebie wyśmieje. Każdy powie, że to nie ma najmniejszego znaczenia. Problemy są po to, żeby je rozwiązywać. Tego zamknąć w takim zakładzie, tamtego ubezwłasnowolnić, innym nie pozwolić się narodzić. Nowy wspaniały świat. Świat szyty na moją miarę.

Historia zatacza koło. Nawet diabelski młyn. Gdy Jezus zaczynał swoją działalność, gdy zaczynał się Wielki Post, doświadczał kuszenia. Dam Ci to, dam Ci to, dam Ci to… Teraz? Pokusy wracają. Subtelniej. Mądrzej. Wybaw sam siebie. Jeśli jesteś Synem Bożym. Zejdź z krzyża. Wtedy uwierzymy. Tu nie musi pojawiać się diabeł. I tak działa w kuluarach. Zostaw krzyż. Wtedy uwierzymy. Wtedy będziesz taki, jak my. A sobie przecież wierzymy. Czy nie o to miało chodzić Jezusowi?

Kto chce iść za Mną, niech weźmie swój krzyż. No chyba, że nie chce go brać, to może z niego zejść, tak jak Ja. Gdybyś wtedy nie umarł na krzyżu, byłbyś taki fajny. Fajny – słowo, które nic nie przekazuje, za którym nie idzie żadna treść. Wszystko może być fajne, czemu nie Bóg? Łatwiej byłoby wierzyć w Boga, który umie zejść z krzyża. Który nie musi czekać na śmierć, żeby ją pokonać. Który tylko mówi: od teraz wszystko będzie dobrze, mówię wam! Cierpienie to pomyłka. Ból jest bez sensu. Trudności można zostawić. Idźcie i głoście: Wszystko będzie dobrze! Jaka fajna Ewangelia. Przecież to nasza Ewangelia. My też jesteśmy tacy fajni. To takie fajne, pośmiać się z kogoś. Nawet jeśli tym Kimś jest Bóg…

Innych wybawiał, a sam siebie nie może wybawić! Człowiek umie trafiać tak, żeby bardzo bolało. Najlepiej poradzić sobie z wiarą, stawiając na szali prawdziwe dobro. Niech w Twoim życiu sprawdzi się to, co sam dawałeś innym. Ale co dawałeś? Jak trudno jest zrozumieć Boga. A może łatwo? Za łatwo? Chcieli Cię obwołać Królem, bo dostali chleb w obfitości. Ale nie przyszedłeś dla rozdawania chleba. Przyszedłeś, żeby stać się Chlebem. Kiedy zrozumiem tę prawdę, zrozumiem Ciebie i siebie, moje życie, moją wiarę. Innych wybawiałeś, czyniłeś wolnymi. Tutaj też Jesteś Wolny. Wolność Boga przemieniona przez ludzi w Jego samotność i opuszczenie. Ale można też podejść bliżej, okazać współczucie, wsparcie. Można uwierzyć, że Jego krzyż ma sens. Zbliżyć się do czyjegoś krzyża. Nie uciekać spod niego. Nie wyśmiewać. Spróbować zrozumieć. Być blisko, w zasięgu wzroku. Zbliżyć się do czyjegoś krzyża. To jest Miłość.

Kiedy wydaje mi się, że wierzę i wszystko powinno być w porządku, Ty przypominasz, że jesteś ze mną zawsze. Kiedy chcę sam wyznaczać standardy Twojego działania, ukazujesz mi Twój krzyż. Kiedy szukam właściwych możliwości wolnego wyboru, Ty ukazujesz mi możliwość wyboru odpowiedzialności. Tej najważniejszej. Odpowiedzialności w Miłości.

Panie, Ty spoglądasz na mnie z wysokości krzyża. Za każdym razem musisz szukać mnie w innym miejscu. Czasem się boję i nawet nie patrzę w Twoją stronę. Czasem wydaje mi się, że już rozumiem. Nie krzyczę, żebyś opuścił krzyż, ale po cichu temu kibicuję. Wybacz mi, że czasem szukam prostych rozwiązań. Że szukam życia po najmniejszej linii oporu. Bardzo Ciebie proszę, abyś zawsze pozwalał mi rozumieć to, co mnie spotyka. Abyś zawsze przypominał, że Jesteś ze mną. Pozwól zbliżać się do Twojej Świętej Woli. I nigdy nie przestawaj uczyć mnie Miłości Krzyża.

Siedem ostatnich słów Jezusa na krzyżu

ks. Leszek Smoliński

Pragnienia

«Pragnę» (J 19,28).

Piąte słowo z krzyża, wypowiedziane przez konającego w okrutnych męczarniach Jezusa, brzmi: «Pragnę». Podobnie jak wcześniejsze wołanie: „Boże mój, czemuś mnie opuścił”, także Jezusowe „Pragnę” odnosi się do proroctwa z Psalmu 22: „Moje gardło suche jak skorupa, język mój przywiera do podniebienia, kładziesz mnie w prochu śmierci” (w. 16); jak też z Ps 68,22: „Dali mi jako pokarm truciznę, a gdy byłem spragniony, poili mnie octem”.

W szczytowym momencie Męki, w palącym słońcu południa, słyszymy okrzyk Jezusa: „Pragnę”. To wołanie najbardziej osobiste spośród wszystkich, jakie wyszły z ust Jezusa przybitego do krzyża. W odpowiedzi na nie podano Mu popularne wśród ubogich kwaskowate wino, które można też było nazwać octem: uchodziło ono za napój gaszący pragnienie, ale i przedłużało cierpienia. Jezus jest cierpiącym Sprawiedliwym, który cierpi z powodu Swojego ludu. Nie tylko Izraelici, Kościół, ale również my sami odpowiadamy octem – skwaszonym sercem na miłość Bożą (por. Benedykt XVI, Jezus z Nazaretu, cz. II, s. 229-230).

Ewangelista Jan nie chce nas zatrzymać na pragnieniu fizycznym Jezusa. Tu jest coś więcej niż lament spragnionego wody człowieka. „Pragnę”, które wypowiedział umierający po wypełnieniu już swojej misji Pan, jest również krzykiem Jego serca, wołaniem o spełnienie się Jego pragnienia. Jan chce, abyśmy w konającym dostrzegli cierpiącego Jezusa, który zostaje uwielbiony przez Ojca, ponieważ spełnia się do końca Jego pragnienie. To uwielbienie Jezusa jest Jego wywyższeniem na krzyżu. A jednocześnie pragnieniem dania Ducha Świętego. „Pożyteczne jest dla was moje odejście. Bo jeżeli nie odejdę, Pocieszyciel nie przyjdzie do was. A jeżeli odejdę, poślę Go do was” (J 16,7). Śmierć Jezusa otwiera przejście do Ducha, którego przekaże zmartwychwstały Chrystus.

Męka Jezusa jest najlepszym świadectwem prawdy, jak bardzo boli zbawianie świata. Konający na krzyżu Jezus kieruje wezwanie „Pragnę” do każdego z nas. „Nie mylmy pragnienia z potrzebami. Pragnienie to pewien brak, który nigdy nie jest całkowicie zaspokojony, to napięcie, rana ciągle otwarta, to bezkresne otwarcie się na wieczność. Pragnienie to aspiracja, która nas przekracza, ale nie determinuje, tak jak konieczność, koniec. Konieczność jest brakiem wpisanym w podmiot. Nieskończoność pragnienia jest pragnieniem nieskończoności” (ks. José Tolentino de Mendonҫa). Bóg zna nasze pragnienia: „Przed Tobą, Panie, wszelkie me pragnienie i moje wzdychanie nie jest przed Tobą ukryte” (Ps 38,10). Od nas zależy jedynie rozeznanie własnych pragnień i wybór sposobu ich zaspokojenia.

Słowo „Pragnę” umieszczała św. Matka Teresa z Kalkuty na ścianie kaplic Zgromadzenia Misjonarek Miłości na całym świecie. Wcześniej, 10 września 1946 r., jeszcze jako loretanka,

miała odbyć ośmiodniowe rekolekcje. Wsiadła więc do pociągu, opuszczając Kalkutę i udała się w podróż. W trakcie podróży otrzymała „ponowne wezwanie” do opuszczenia klasztoru i posługi pośród ubogich. W tym „dniu natchnienia” dostała przesłanie, które było zawarte w jednym słowie Jezusa: „Pragnę”. Jak to pragnienie rozumiała Matka Teresa? Zapisała takie słowa: „On, Stwórca wszechświata, poprosił Swoje stworzenie o miłość”. W listach do sióstr Misjonarek Miłości w 1993 r. pisała: „On tęskni za tobą. Pragnie Ciebie… Moje dzieci, gdy już doświadczycie pragnienia, miłości Jezusa do was, nigdy nie będziecie potrzebować, nigdy nie będziecie pragnąć tych rzeczy, które mogą jedynie oddalić was od Niego, prawdziwego i żywego Źródła. (…) Jak zbliżyć się do Jezusowego pragnienia? Jest tu tylko jedna tajemnica: im bliżej przychodzisz do Jezusa, tym lepiej poznasz Jego pragnienie. ‘Nawracajcie się i wierzcie’, mówi sam Jezus. Z czego mamy się nawracać? Z naszej obojętności, zatwardziałości naszych serc”.

Jezus z „z sercem rozdartym miłością” wypowiada swoje „Pragnę”. Kiedy pewien mądry lekarz powiedział: „najlepszym lekarstwem dla człowieka jest miłość”, wtedy ktoś zapytał? „A jeśli to nie działa?”. Lekarz uśmiechnął się i odpowiedział: „Zwiększyć dawkę”.

Jezus zaprasza nas do otwarcia serca, bo pragnie kochać nas takimi, jacy jesteśmy. Nawet jeśli do tej pory funkcjonowaliśmy w świecie jako „niewidzialni chrześcijanie”, którzy poszukują własnej wygody i chwały, a nie królestwa Bożego. Ja mam dać Jezusowi otwarte serce – resztę uczyni już On sam. „Panie, pragnienia ludzkich serc Ty zaspokoisz sam. (…) Ty, Panie, dajesz siebie nam, by naszym życiem być, Jak braciom służyć, naucz, jak miłością, prawdą żyć”.