Czasami z tak wielkim oporem, po głębokim namyśle, po wielu wahaniach czynimy to, czego chce od nas Bóg. Z tak wielkim trudem mówimy Mu: Dobrze, niech się stanie. I co dalej? Jesteśmy już na tej drodze, a nie widać znikąd pocieszenia. Trudności się piętrzą, narasta pragnienie, nie zapowiada się cud.
To że spragniony na pustyni lud miał oparcie w Mojżeszu – jest tak bardzo charakterystyczne dla drogi wiary. Czasami tego właśnie i nam potrzeba – kogoś obok, kto zobaczy dalej niż my. Kto odważy się stanąć przed Bogiem i wołać w naszym imieniu. Kogoś, kto przebył tę drogę przed nami, kto Boga poznał dogłębniej niż my.
Dlatego rozejrzyjmy się wokół, posłuchajmy. W chwili próby, w spiekocie dnia. Czasem trzeba nam wierzyć dzięki słowu świadczącego. Taki jest niekiedy początek wiary.