Refleksja na dziś - 19. tydzień zwykły

Przeczytaj i rozważ


Puk, puk. Kto tam? (1 Krl 19,9a.11-13; Ps 85; Rz 9,1-5; Mt 14,22-33)

Wszyscy znamy ten fragment: Eliasz słyszy gwałtowną wichurę rozwalającą skały i druzgocącą góry, potem trzęsienie ziemi, potem ogień – ale Boga nie było w żadnym z nich. Wreszcie słyszy szmer łagodnego powiewu – i w nim przychodzi Bóg. Jak łatwo zrobić z tego tekstu sentymentalny obrazek! A przecież Eliasz po rozpoznaniu Boga zasłonił twarz płaszczem – na znak bojaźni i czci.

Przyjście Boga do człowieka nie ma w sobie nic z horrorowej scenografii. Owszem. Ale i tak poraża. Nasze życie w zderzeniu z Bogiem – okazuje się pyłkiem, czymś nic nieznaczącym. Dobrotliwy Starzec, miły Jezusek, skąpany w łagodnym świetle Gołąbek – tak jak i obraz Boga przychodzącego w szmerze wietrzyku – nasza wyobraźnia czasem płata nam figle. Zapominamy, że Bóg jest Bogiem. Można sprowadzić Go do gładkiej retoryki, a Jego prawo do kolejnej dyskusji o prezerwatywach i feminizmie. Tak jak byśmy to my rozdawali karty w tej grze.

Spotkanie Eliasza z Bogiem ustawia to w innej perspektywie. Co za różnica bowiem, w jaki sposób przychodzi Bóg? To Jego wybór, nie nasz – objawia się tak jak chce, kiedy chce, komu chce. Z naszej strony należy Mu się bojaźń, cześć i posłuchanie. Niezależnie, czy druzgoce nasze plany, spala jak ogień czy otacza nas jak łagodny powiew.


Człowiek podzielony (Ez 1,2-5.24-28c; Ps 148; Mt 17,22-27)

„Syn Człowieczy będzie wydany w ręce ludzi. Oni zabiją Go, ale trzeciego dnia zmartwychwstanie”. Czy jest zapowiedź bardziej znacząca niż ta, od której zależy nasza przyszłość, wieczność cała? A jednak zaraz po usłyszeniu tych słów uczniowie – a wraz z nimi i my – bacznie nadstawiają uszu, czekając jak postąpi Jezus wobec zarzutu, że nie płaci podatku. „Żebyśmy im nie dali powodu do zgorszenia” – mówi i poucza Piotra, skąd ma wziąć dwudrachmę, by zapłacić za siebie i za Niego.

Istnieje nawet przysłowie: chciałaby dusza do raju, ale grzechy nie pozwalają. W jakiś sposób tak właśnie się czujemy: jak podzieleni między rzeczy niebieskie i ziemskie, te „wzniosłe” i te „praktyczne”. To, co Jezus mówi nam o sobie, o zbawieniu, o niebie –zawsze jest w jakiś sposób skonfrontowane z tym, czego doświadczamy tu, na ziemi: naszą pracą, obowiązkami, sytuacją życiową, polityką, KRUSem czy Urzędem Skarbowym. Można oczywiście postulować odrzucenie wszystkiego, co ziemskie – ale szczerze mówiąc, wydaje się to bez sensu, zważywszy, że Jezus urodził się i żył w warunkach jak najbardziej ziemskich. Umiał jednak przyłożyć do nich właściwą miarę, widzieć je we właściwej perspektywie. Choćby: żyć tak, by nie gorszyć innych.


Stawać się wielkim (Ez 2,8-3,4; Ps 119; Mt 18,1-5.10.12-14)

Podobno dzieckiem, które Jezus postawił przed uczniami ze słowami „Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego” był Ignacy Antiocheński. Doktor Kościoła, wielki myśliciel, jeden z filarów teologii. Jego ranga w dziejach Kościoła każe domyślać się, że udało mu się żyć zgodnie z tym wskazaniem Jezusa... Nie dokańczajmy jednak w myślach tego zdania: „...mimo jego uczoności i wielkości”. Co najwyżej: „...dzięki nim”. Tak to już bowiem jest, że tylko ludzie wewnętrznie wielcy umieją się naprawdę uniżyć – bez gry, fałszywych uśmiechów, udawania.

My sami co najwyżej dajemy do zrozumienia, że też byśmy mogli To czy Tamto, tylko nam skromność nie pozwala. Znacznie trudniej przyznać się – choćby tylko przed sobą – że nie stać nas na rzeczy wielkie, bo jesteśmy nie do końca rzetelni, jedynie prawie kompetentni, za mało pracowici...

Tak, tak, nie każda małość jest wielkością. Jezus nie mówi uczniom: „Czy nie widzicie, ze jesteście słabi i bezradni jak dzieci?”. Mówi: „Stańcie się”. To postawa aktywna, zawierająca w sobie element działania, podejmowania trudu. Tak jak szukanie wielkości – wybieranie rzeczy świętych – wśród ludzi, w obowiązkach, w życiu po prostu.


Wybór należy do ciebie (Ez 9,1-7;10,18-22; Ps 113; Mt 18,15-20)

Obraz przerażający, ostry. Jeśli nie nosisz nakreślonego na czole znaku przynależności do Boga – czeka cię zguba. Choćbyś był starcem, młodzieńcem, panną czy niemowlęciem – nic cię nie obroni. Posyła oto Bóg swoich aniołów, każdego z „własną niszczycielską bronią w ręku”. Mają „siać spustoszenie, zabijać i niszczyć”. Ich oczy „nie znają współczucia ani litości”. Tak, to obraz – a więc nie tyle wymagający interpretacji dosłownej, ile uświadamiający nam coś istotnego.

Najważniejsze jest to, że musimy dokonać wyboru. Bo nie można być trochę „z” Bogiem, trochę „przeciwko”. Nie da się wierzyć Mu i nie wierzyć równocześnie. Nie chodzi tu bynajmniej o nasze uczucia, z natury krótkotrwałe, ani o wątpliwości (które są według niektórych teologów nieodłączną częścią wiary). Ale o niemożliwość postawy bycia jednocześnie za i przeciw. Nie da się żyć w zawieszeniu, z jedną nogą podniesioną do góry. I na nic się zda tłumaczenie, że się jeszcze nie zdecydowaliśmy, że potrzebujemy trochę czasu czy dodatkowych informacji... Jeśli sami nie zdecydujemy – zweryfikuje nas życie. Ono pokaże, dowiedzie, uwidoczni – czy pisane nam ocalenie, czy sami sobie zgotowaliśmy zgubę.


Za siedmioma górami… (Ez 12,1-12; Ps 78; Mt 18,21-19,1)

„Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, (...) aby wszystko dał wam Ojciec, o cokolwiek Go poprosicie w imię moje” – takie jest nasze przeznaczenie: być tak blisko Boga, aby nasza wola stawała się Jego, nasze pragnienia zgadzały się z Jego pragnieniami, nasze prośby – z Jego działaniem. Biorąc pod uwagę faktyczną wszechmoc Boga – czy to nie za dużo dla nas? Czy to nie brzmi nieprawdopodobnie? A jednak czy nie tego właśnie szukamy, choćby w ludzkiej miłości: więzi tak bliskiej, tak całkowitej? Czyż nie to jedynie ma szanse nas zaspokoić – jak ci wszyscy książęta z bajki, którzy spełniają marzenia, stają po naszej stronie, są przy nas w doli i w niedoli?

Skoro Bóg obiecuje – ma moc dotrzymać. Jak nikt wie, co mówi. Jak nikt – ma prawo tak mówić.


Dokąd? (Ap 11,19a;12,1.3-6a. 10ab; Ps 45; 1 Kor 15,20-26; Łk 1,39-56)

Głodni – pragną, bogaci – niczego nie potrzebują. Ci pierwsi – zostaną nasyceni. Drudzy – odejdą z niczym. Tak przynajmniej głosi Magnifikat.

To się nazywa sprawiedliwość: każdemu według potrzeb. Rzeczywistych potrzeb, dodajmy – żadna tam średnia krajowa, kwota bazowa itd. Dlatego też jest ważne, czy staję przed Bogiem jak ktoś, kto już zaspokoił swoje potrzeby, nie potrzebuje rad ani wskazówek, nie czeka na cud. Czy raczej przychodzę jak ktoś, kto pragnie, jest nienasycony, poszukuje jak najlepszej drogi, ciągle nakierowuje swój wewnętrzny kompas na Boga.


To ja jestem tym człowiekiem (Ez 18,1-10.13b.30-32; Ps 51; Mt 19,13-15)

Zagadka z codziennych obserwacji: Jaka jest największa korzyść z posiadania rodzeństwa? Odpowiedź: Zawsze można powiedzieć – to on/ona zaczął/ła, zrobił/a... Żart oczywiście, chociaż jak się ma dzieci – niekoniecznie bawi.

A Bóg mówi nam dzisiaj, że nieprawdą jest przysłowie: „Ojcowie jedli zielone winogrona, a zęby ścierpły synom”. Pół biedy może, jeśli oznaczałoby ono dla nas odrzucenie lub niechęć do kogoś z powodu jego przodków (choć i to jest przerażające, gdy zostanie podszyte tzw. patriotyzmem); gorzej, gdyby postępowanie poprzednich pokoleń było dla nas usprawiedliwieniem własnych grzechów. Bóg obnaża fałsz takiego myślenia. Do czego nas wzywa?

Mówiąc najprościej: do odpowiedzialności. Jeśli były jakieś okoliczności łagodzące (trudne dzieciństwo, specyficzna sytuacja, niepełna świadomość) – bez obaw, Bóg je zna. A ty, człowieku, wyznaj swój grzech, nazwij własne zło po imieniu.
«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie...
« » Lipiec 2018
N P W Ś C P S
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
Pobieranie...