Refleksja na dziś - 22. tydzień zwykły

Przeczytaj i rozważ


Czas pokaże (Pwt 4,1-2.6-8; Jk 1,17-18.21-22.27; Mk 7,1-8.14-15.21-23>

Chwytem podtrzymującym napięcie znanym z wielu filmów, zwłaszcza tych kryminalnych – jest tych kilka kadrów, gdy już poznajemy sprawcę. Oto zagadka rozwiązana, możemy odetchnąć z ulgą… Za moment jednak napięcie wzrasta w dwójnasób, okazuje się, że to jednak nie ona czy on, a ktoś zupełnie niespodziewany. Przypomniała mi się ta zasada przy dzisiejszych czytaniach – czas pokaże, czy to, co wydaje nam się pewne, zamieszka w nas na zawsze.

Kiedy otrzymujemy łaskę Boga, kiedy towarzyszy nam Jego przychylność – to nie jest najlepszy moment, aby spocząć na laurach. Nie dajmy się nabrać, ten wiatr w żagle to dopiero początek drogi. To, co odziedziczone, musi jeszcze zostać zdobyte. Słowo ma być wprowadzone w czyn. Jak mówi Pismo: „A teraz, Izraelu, słuchaj praw i nakazów, które uczę was wypełniać, abyście żyli i doszli do posiadania ziemi, którą wam daje Pan, Bóg waszych ojców”.


Miejsce pobytu (1 Tes 4,13-18; Ps 96,1 i 3.4-5.11-12.13; Łk 4,16-30)

Być może niekoniecznie trzeba otwierać Biblię na chybił-trafił, by słowo Boże trafiło w czułe miejsce, było skierowane wprost do nas, indywidualnie. To przygotowane przez Kościół, w cyklu codziennych czytań, zastaje nas przecież w tak różnych sytuacjach. Kłuje w oczy, ma nas kształtować, domaga się odpowiedzi. Tak samo jak wtedy, gdy Jezus zaczął czytać w Nazarecie i powiedział: „Dziś spełniły się te słowa Pisma, któreście słyszeli”. Czytał właśnie im: niedowierzającym, patrzącym spode łba, zanurzonym w swojej codzienności tak głęboko, że nie zauważyli, co się dzieje.

Wiara, słowo Boże, Bóg sam – to nie są sprawy tak odległe, jak nam się wydaje. Prorok przychodzi do Nazaretu – szuka miejsc, gdzie się gromadzimy, ważnych dla nas. Gra toczy się tutaj, na naszym podwórku, w naszym domu. Pytanie tylko, gdzie jesteśmy, gdzie chcemy być my sami.


Głosiciele (1 Tes 5,1-6.9-11; Ps 27,1.4.13-14; Łk 4,31-37)

Zamykam oczy i próbuję przywołać w pamięci po kolei wszystkie twarze, spotykane od rana – domowników, sąsiada mijanego na klatce, panią w sklepie, ludzi na przystanku, tych którzy telefonują czy piszą przez cały dzień… Do wieczora nazbiera się tego całkiem spora gromadka. Z innymi jeszcze mam kontakt w ciągu miesiąca, roku, kilku lat… Tylu już spotkałam do tej pory, spotykam stale. W jakiś sposób ci wszyscy ludzie czegoś ode mnie oczekują, czegoś się spodziewają… Może to nie najlepsze określenia – ale to właśnie przywodzi mi na myśl wezwanie Pawła: „zachęcajcie się wzajemnie i budujcie jedni drugich, jak to zresztą czynicie”. Czy też to, co stało się z krzyczącym wniebogłosy człowiekiem, z którego Jezus na oczach ludzi wyrzucił złego ducha – wprawiło to wszystkich w zdumienie, mówili między sobą, wieść o Jezusie rozchodziła się po całej okolicy.

Czy tak będzie ze mną, z nami?


Kto kogo? (Kol 1,1-8; Ps 52,10-11; Łk 4,38-44)

Czasem wydaje się nam, że Bóg nas porzuca, pozostawia samym sobie. Lista naszych potrzeb jest tak długa jak korowód chorych, których o zmierzchu przynoszono do Jezusa. On na każdego kładł ręce i uzdrawiał ich. Z nastaniem dnia jednak – odszedł, a „tłumy szukały Go i przyszły aż do Niego; chciały Go zatrzymać, żeby nie odchodził od nich. Lecz On rzekł do nich: Także innym miastom muszę głosić Dobrą Nowinę o królestwie Bożym, bo na to zostałem posłany”… Więc czujemy się porzuceni. Cierpienia pozostały – choroba, poczucie bezsilności, lęk – a Bóg się oddalił. On ma jakiś cel, jakieś plany, a my…

A my właściwie dlaczego nie idziemy za Nim? Dlaczego Jego planów i celu – głosić zbawienie wszystkim – nie uznaliśmy za swoje? Możemy trwać przy Nim – z naszą chorobą, brakiem pracy, kolejnym rachunkiem, problemami z dziećmi… To On nie pomógł nam, czy to my uchylamy się od służby Jemu? To On nas porzucił, czy to my opuściliśmy Jego?


Rosnąc (Kol 1,9-14; Ps 98,2-6; Łk 5,1-11)

Niekiedy ogarnia nas poczucie, że wszystko mamy już za sobą. Że na to za późno, że tamtego już nie zrealizujemy, a starania o to są już tylko niepotrzebną szarpaniną. Że teraz przed nami tylko równia pochyła, powolne zstępowanie w dół.

Dla Boga nie ma takich barier ani takich granic – punktu, w którym da się powiedzieć: koniec, za późno. Z Nim zawsze można bardziej, bliżej, głębiej. Apostoł modli się za chrześcijan: „abyście doszli do pełnego poznania Jego woli, w całej mądrości i duchowym zrozumieniu, abyście już postępowali w sposób godny Pana, w pełni Mu się podobając, wydając owoce wszelkich dobrych czynów i rosnąc przez głębsze poznanie Boga”. Poznanie Boga, pełnienie Jego woli, godne postępowanie – to nie jest ciężar, który się na nas nakłada, a droga, która otwiera się przed nami.

Możemy żyć lepiej niż dziś. Szczęśliwiej. Pełniej.


Coś za coś (Kol 1,15-20; Ps 100,1-5; Łk 5,33-39)

Paweł mówi o Jezusie, że „Bóg wprowadził pokój przez krew Jego krzyża”. Zastanawiam się, czy i moje cierpienie, trud, to co obciąża i doskwiera – mój krzyż, jakikolwiek jest – zmieniają coś na lepsze? W ogólną zasadę, że cierpienie uszlachetnia, jakoś nie wierzę. Zbyt wiele razy krzywda budziła we mnie chęć odwetu, zranienie powodowało rozdawanie ciosów na oślep. Nie ma wojny, nikt mnie nie bije, nikt z mi bliskich nie umiera na raka, więc mój krzyż mieści się jak na razie w ramach tzw. codzienności.

Co jednak, jeśli to ja wziąć na siebie bym miała ciężar zgody, ponieść konsekwencje przebaczenia czy zaprzestania walki o swoje? Czy za pokój, którego pragnę, jestem gotowa zapłacić jakąś cenę? Czy dobro, do którego tęsknię, jest warte wysiłku, zapomnienia o sobie, pokory?


Zamiana (Kol 1,21-23; Ps 54,3-4.6.8; Łk 6,1-5)

Byliśmy wrogami Boga „przez sposób myślenia i złe czyny”, a Bóg pojednał nas ze sobą, „stawiając nas wobec siebie jako świętych, nieskalanych i nienagannych, bylebyśmy tylko trwali w wierze”. Przemiana z wroga w kogoś wartościowego oznacza, że nasz sposób myślenia musi się zmienić i to diametralnie. Już nie zniechęcenie, rutyna czy rozpacz mają nami rządzić, a Bóg, Jego ewangelia, która daje nadzieję.

Swoją drogą ta nieoczekiwana zamiana miejsc jest czymś niespotykanym w dzisiejszych czasach, kiedy nawet promocje w hipermarketach są zawczasu wliczone w cenę. Z obcego stajemy się wybrańcem, jak gdyby nigdy nic. Przyjmujemy komunię i wcale nas to nie dziwi. To nie jest przecież kwestia jedynie naszej dobrej woli, żalu za grzechy, przystąpienia do sakramentu pokuty. Zaskakujący jest fakt, że w ogóle mamy taką możliwość, że czarne nagle zaczyna znaczyć białe.

Czy sama świadomość, że mogę, po prostu mogę, nie uskrzydla?


Czytania mszalne komentuje Katarzyna Solecka

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie...
« » Czerwiec 2018
N P W Ś C P S
27 28 29 30 31 1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
1 2 3 4 5 6 7
Pobieranie...