Słyszę dziś między innymi początkowy fragment Apokalipsy:
Objawienie Jezusa Chrystusa, które dał Mu Bóg, aby ukazać swym sługom, co musi stać się niebawem i co On, wysławszy swojego anioła, oznajmił przez niego za pomocą znaków słudze swojemu, Janowi. Ten poświadcza, że słowem Bożym i świadectwem Jezusa Chrystusa jest wszystko, co widział. Błogosławiony, który odczytuje, i ci, którzy słuchają słów proroctwa, a strzegą tego, co w nim napisane, bo chwila jest bliska.
Ta księga to objawienie Boże. Ujawniające, co musi się stać. To nie tylko przyszłość tych ludzi sprzed wieków, a dla nas już odległa przeszłość, ale także nasze dziś. I przyszłość Kościoła też. Błogosławiony, kto czyta w Kościele tę księgę. Błogosławieni, którzy jej słuchają. Bo rozumieją co się dzieje. Dziś. I wiedzą, dokąd to zmierza.
A my? Uznaliśmy chyba dziś w Kościele, że to księga zbyt tajemnicza i trudna, by do niej częściej sięgać. Nie mówiąc o czytaniu w całości.
Warto czytać. Warto w Kościele wyjaśniać. Bo chyba zbyt mocno tkwiąc w teraźniejszości nie rozumiemy tego, co się dzieje. Bo zatraciliśmy perspektywę wieczności. Mniej może w odniesieniu do własnego życia, ale w spojrzeniu na Kościół – chyba jednak tak. Interesują nas statystyki i prognozy. A że nie wieszczą triumfu chrześcijaństwa – martwimy się. Niepotrzebnie. Apokalipsa uczy, że może być różnie. Może i wydawać się, że zło zwycięża. Ważne w tym wszystkim, by pozostać wiernym.