Niedziela Zesłania Ducha Świętego i 9. tydzień zwykły

Przeczytaj i rozważ


Nareszcie! (Dz 2,1-11; Ps 104; 1 Kor 12,3b-7.12-13; Sekwencja; J 20,19-23)

Kiedy nadszedł wreszcie dzień Pięćdziesiątnicy, znajdowali się wszyscy razem na tym samym miejscu.

Dotknęło mnie jedno słowo. „Wreszcie”. Tak, jakby skrywało ogromną tęsknotę, niecierpliwość. Zabarykadowani na cztery spusty apostołowie bojaźliwie stłoczyli się w sali na górze. Pamiętali o zapewnieniu Jezusa: Pozostańcie w mieście, aż będziecie uzbrojeni mocą z wysoka. Nie wychodźcie przed szereg. Kroczcie za mną. Mój Duch was poprowadzi.
Przestraszeni, nie mogli doczekać się spełnienia obietnicy. Może wzdychali modlitwą psalmów: Boże, Ty Boże mój, Ciebie szukam; Ciebie pragnie moja dusza, za Tobą tęskni moje ciało, jak ziemia zeschła, spragniona bez wody?.

A tęsknota Boga? Jest o niebo większa. Jezus zawołał: Przyszedłem rzucić ogień na ziemię i jakże bardzo pragnę, żeby on już zapłonął!

Zapłonął. Kiedy nadszedł nareszcie dzień Pięćdziesiątnicy „nagle dał się słyszeć z nieba szum, jakby uderzenie gwałtownego wiatru, i napełnił cały dom, w którym przebywali. Ukazały się im też języki jakby z ognia, które się rozdzieliły, i na każdym z nich spoczął jeden. I wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym”.

Wołanie Apokalipsy trwa nadal. Oblubienica – Kościół (czyli ja i ty) przez cały czas blaga stęskniona: Przyjdź!

Z głębi serca zawołaj: „Przyjdź!”, a On przyjdzie.


Cztery strony świata (Rdz 3,9-15.20; Ps 87; Dz 1,12-14; Łk 1,28; J 2,1-11 lub J 19,25-27)

Pan Bóg zawołał na mężczyznę i zapytał go: Gdzie jesteś?

Przecież świetnie wiedział, gdzie jest. To wołanie Boga jest wyrazem bezradności miłości, która musi skapitulować przed ludzkim wyborem. Bóg nie pyta retorycznie. Pyta, jakby nie rozumiał. Dlaczego Adam się przed Nim ukrywa? Dlaczego jego ufne dotąd serce pełne jest oskarżeń? Dlaczego nie chce spojrzeć mi w oczy?

Bóg stworzył Adama na swój obraz i podobieństwo. Pierwszy człowiek był piękny, czuły, wrażliwy, zdolny do zachwytu. Potrafił kochać. Nie uciekał, nie chował się w gąszczu swych domysłów i zranień. A teraz?

Pan zastał człowieka kompletnie rozbitego, pełnego oskarżeń i podejrzeń. Znikło zaufanie, ukryty przez samym sobą zagubiony człowiek bał się spojrzeć Bogu w oczy. Świetnie oddaje to rozbicie święty Augustyn, który zauważył, że litery imienia Adam, tworzą cztery słowa określające cztery strony świata (symbol dezintegracji wewnętrznej): A jak Arktos (północ); D jak Dysis (zachód); A jak Anatole (wschód); M jak Mesembre (południe). Bóg nie mógł odnaleźć „tego” Adama, którego stworzył.

Wołanie Boga jest dla mnie szansą, że wyjdę z moich zarośli i stanę w prawdzie w blasku Jego miłości. A ona nigdy nie oskarża.


Nie schodź z dachu (2 P 3,12-15a.17-18; Ps 90; Ef 1,17-18; Mk 12,13-17)

Przyjdź Duchu święty – zawołał mój znajomy w czasie wspólnej modlitwy. – A jeśli Duch Święty przyjdzie przez ogień? Przez cierpienie? Przez prześladowanie? – spokojnie zapytał kapłan. Na sali zrobiło się cicho, jak makiem zasiał.

„Oczekujemy Twego przyjścia w chwale” – śpiewam na Mszy, „przyjdź królestwo Twoje” – powtarzam codziennie. Czekam z utęsknieniem na przyjście królestwa Bożego, a z drugiej strony boję się go... jak ognia.. „Bo oto nadchodzi dzień palący, jak piec, a wszyscy pyszni i wszyscy wyrządzający krzywdę będą słomą, więc spali ich ten nadchodzący dzień, mówi Pan Zastępów, tak że nie pozostawi po nich ani korzenia, ani gałązki.” – prorokuje Malachiasz.. Na szczęście jego proroctwo zawiera też drugą część: „A dla was, czczących moje imię, wzejdzie słońce sprawiedliwości i uzdrowienie w jego skrzydłach”.

To samo wydarzenie dla jednych będzie błogosławieństwem, dla innych przekleństwem. „Drogi Pańskie są proste: kroczą nimi sprawiedliwi, lecz potykają się na nich grzesznicy” – wyjaśnia prorok Ozeasz.

Apokalipsa kończy się pełnym tęsknoty westchnieniem: ...a kto słyszy, niech powie: Przyjdź!

Przyjście Pana może dokonać się w każdej chwili. Czuwajcie, bądźcie bez plamy – woła Piotr. „Kto będzie na dachu, niech nie schodzi, by zabrać rzeczy z domu. A kto będzie na polu, niech nie wraca, żeby wziąć swój płaszcz” – tłumaczył mu wcześniej Jezus.

Mam czuwać. Teraz.


Ciepło, ciepło, gorąco (2 Tm 1,1-3.6-12; Ps 123; 2 Tm 1,10b; Mk 12,18-27)

Przypominam ci, abyś rozpalił na nowo charyzmat Boży, który jest w tobie przez włożenie moich rąk.

Genialne słowo: rozpalić. Nie przypomnieć sobie, przestudiować. Rozpalić. Charyzmat musi zapłonąć, tak jak na początku, gdy człowiek zachłysnął się Bogiem, gdy mówił do Niego wprost. Nie owijał w bawełnę.

Wierność z dnia na dzień. Najtrudniejsza rzecz na świecie. W szarej rzeczywistości, w stanie „wiecznego poniedziałku”, gdy człowiekowi nie chce wstać się do pracy. W chwili gdy autobus, do którego biegłem z zadyszką, odjeżdża mi sprzed nosa. Gdy padam z nóg. Gdy zamykam się w sobie. Zapominam wtedy o modlitwie z nałożonymi rękami, gdy kapłan powiedział: jesteś ukochanym dzieckiem Boga.

Powróć do pierwotnej miłości – przypomina apostoł.

Sam nie jestem w stanie rozpalić charyzmatu. Nie jestem w stanie wykrzesać nawet iskry. Jedynie wzywanie Ducha Świętego jest w stanie rozpalić moją letnią miłość. Mam być zimny, albo gorący. Letniość jest obrzydliwością.

Jadwiga Basińska z kabaretu Mumio opowiada: Gdy patrzę na moje dzieci to często marzę o jednym: chciałabym poczuć to, co one czują w danym momencie. Chciałabym odebrać świat tak jak one. Zobaczyć, dotknąć. Myślę że powinnam uczyć się od nich wiary. Bo one są prostolinijne, mówią: mamo, daj! Mamo, chcę pić, chcę jeść. Nie owijają w bawełnę: mamusiu, czy mógłbym… Są szczere. I myślę, że tak powinno się rozmawiać z Bogiem: Boże daj, bo tego potrzebuję. A nie kręcić: Boże, widzisz, że inni mają ciężką sytuację, ale gdybyś mógł mi pomóc… (śmiech) Sama często się tak modlę. A dzieci mówią wprost.

Nie miałam chwili odejścia z Kościoła. Nie buntowałam się, nie uciekałam. Mój problem był inny: stawałam się coraz bardziej letnia. Nie byłam ani zimna, ani gorąca. Po prostu w pewnym momencie było mi wszystko jedno. Zaczęłam szukać...


Umieramy? (2 Tm 2,8-15; Ps 25; Ps 119,34; Mk 12,28b-34 (z dnia) lub 1 P 3,1-9; Ps 128; J 13,34; Mt 25,31-46)

Dlaczego Bóg, mówiąc o wierze przenoszącej góry, porównuje ją do ziarna? – pomyślałem. I dotarło do mnie. Co siewca czyni z ziarnem? Rzuca je na ziemię. Po co? Po to, by w niej umarło. Jeśli nie obumrze, nie przyniesie owocu.

„O, niemądry! – z pełną dyplomacją wykrzykuje św. Paweł – przecież to, co siejesz, nie ożyje, jeżeli wprzód nie obumrze” (1 Kor 15, 36)

Czy masz taką wiarę, by Bóg rzucił cię w ziemię, po to byś mógł w niej umrzeć? Jeśli tak, przeniesiesz góry. Wyrośniesz ponad inne rośliny, a na twoich gałęziach będą mieszkały ptaki powietrzne. W twych gałęziach znajdą schronienie aniołowie.

„Jeżeliśmy bowiem z Nim współumarli, wespół z Nim i żyć będziemy” – przekonuje w dzisiejszym czytaniu apostoł.

To największa pociecha dla tych, którzy zaufali słowu i z dnia na dzień umierają. Dla swoich dzieci, dla pokus, dla braci.


Idę (2 Tm 3,10-17; Ps 119; J 14,23; Mk 12,35-37)

Poszedłeś śladem mojej nauki, sposobu życia, zamierzeń, wiary, cierpliwości, miłości, wytrwałości, prześladowań, cierpień, jakie mnie spotkały.

Podoba mi się to stopniowanie. Pierwszą fascynacją jest nauka, którą słyszę. Później naśladuję sposób życia świętego, badam zamierzenia. Jestem zafascynowany jego wiarą i sam doświadczam jej owoców. Uczę się z cierpliwością, zaczynam rozumieć, czym jest prawdziwa miłość. Uczę się w niej trwać. Bardzo trudne. I dopiero, gdy przekonam się o jej prawdziwym smaku, Pan pozwala, by spotkały mnie prześladowania, a nawet wewnętrzne cierpienia.

Paweł nie owija w bawełnę: „wszystkich, którzy chcą żyć zbożnie w Chrystusie Jezusie, spotkają prześladowania”.

To pięknie, harmonijnie opisana droga wiary każdego z nas. Od cukierków po krzyk Jana Chrzciciela: „trzeba żeby On wzrastał, a ja się umniejszał”. Pamiętam, jak zdumiałem się, gdy przeczytałem słowa Małej Tereski: Pojęłam, czym jest prawdziwa chwała. Ten, którego królestwo nie jest z tego świata, ukazał mi, że prawdziwa mądrość polega na tym, by chcieć być nieznanym i uważanym za nic, by szukać radości w oderwaniu od siebie.

Nie chcę być nieznanym i uważanym za nic.

Jestem gdzieś na początku drogi. Chcę naśladować, iść, ale brak mi nawet cierpliwości. Pocieszają mnie słowa samego Jezusa: dziś, jutro i pojutrze muszę być w drodze. Idę.


Koncert dla czerwonej ambasady (2 Tm 4,1-8; Ps 71; Mt 5,3; Mk 12,38-44 (z dnia) lub 1 Kor 12,31-13,13; Ps 40; Mt 19,29; Mt 16,24-27)

Nastawaj w porę, nie w porę – woła Paweł. Przypomina mi się opowiadanie Jana Budziaszka, perkusisty popularnych Skaldów.

– Gramy w Niemczech kilka lat temu. Ambasada w Kolonii chciała zrobić swój koncert kolęd. A ja wiedziałem, że cała ambasada była wówczas „czerwona”. Myślę: Kurczę, o czym ja im będę opowiadał? A muszę coś mówić, bo muzyki w programie „Moje Betlejem” jest jedynie nieco ponad pół godziny! Pomodliłem się. Na modlitwie mi wyszło, że mam robić wszystko normalnie. Bez względu na ludzi, mam powiedzieć to, co muszę.

I pierwszy szok po koncercie: nigdy w historii programu nie sprzedaliśmy tylu płyt, kaset i książek, co wówczas. Kilkadziesiąt osób rzuciło się na nie i dosłownie rozchwytywało, (co druga osoba kupowała „Dzienniczek perkusisty”). A ja przecież nie bawię się w żadną filozofię, opowiadam jedynie o swoich przeżyciach. Gdybym tam wyszedł i udawał jakiegoś mądralę, to byłbym natychmiast zwolniony. Niedawno podeszła do mnie w Niemczech grupka ludzi i mówi mi: nie masz pojęcia jaki to kolońskie „Moje Betlejem” zrobiło przewrót w moim życiu!

Było to dla mnie jasne potwierdzenie, że mam mówić prawdę niezależnie od moich uprzedzeń.

Nastawać w porę, nie porę. Czas i tak należy do Pana Boga.

PS. A propos czasu. „W dobrych zawodach wystąpiłem…” Hmm, skąd Paweł wiedział, że właśnie zaczyna się mundial?
«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie...
« » Wrzesień 2018
N P W Ś C P S
26 27 28 29 30 31 1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 1 2 3 4 5 6
Pobieranie...