Przeszyte ręce

Głos, który wezwał Franciszka do odbudowy Kościoła przemówił po raz drugi. Przeszytymi, poranionymi, unieruchomionymi, bezradnymi rękoma.

To wiemy: usłyszał. Ale… Głos Pana wypełnił zrujnowaną świątynię? Dotarł do Franciszka „z zewnątrz” czy „od wewnątrz”? Zrozumiał przesłanie? Jesteśmy zdani na domysły.

Pewnie nie do końca zrozumiał, skoro zaczął od układania kamieni. Co wydaje się być zrozumiałe w okolicznościach, w jakich się znalazł. Zresztą… Słysząc zaproszenie do odbudowy każdy prawdziwy mężczyzna zacznie rozglądać się za materiałem i narzędziami. Skąd mógł wiedzieć, że Przemawiającemu chodzi o ludzi? Nie o kościół materialny, zbudowany z kamieni, ale o żywy, zbudowany z ludzi.

Zatem dźwigał kamienie, układał, próbował tworzyć całość. Ile razy poranił ręce? Ile kropli potu uronił? Być może – tu znów uruchamiamy wyobraźnię – ocierając za którymś razem czoło podniósł głowę do góry i zobaczył ręce przeszyte gwoździami. Ręce Boga Człowieka. Ręce, które nie budowały z granitu, marmuru, szlachetnych kamieni. Ręce po ludzku unieruchomione. Ręce po ludzku bezradne. Będące, mimo to, rękami garncarza tworzącego nową jakość: „oto wszystko czynię nowe”.

Głos, który wezwał do odbudowy Kościoła przemówił po raz drugi. Przeszytymi, poranionymi, unieruchomionymi, bezradnymi rękoma.

Biografowie wiążą tę modlitwę z innym momentem życia Franciszka. Ale kto wie, ze wzrokiem utkwionym w poranionych rękach po raz pierwszy wypowiedział modlitwę:

Panie, proszę Cię, niech płomienna i słodka moc Twojej miłości wyrwie mnie i uwolni mnie od wszelkich spraw ziemskich, abym umarł z miłości ku Twojej miłości, jako Ty raczyłeś umrzeć z miłości dla mojej miłości.

Zatem wybrał unieruchomienie. Wydawać by się mogło – bezowocne. Dwa lata życia w prostocie, ubóstwie, umartwieniu, samotności. By każdą chwilą, każdym oddechem, każdym spojrzeniem, każdym słowem naśladować Tego, który go wybrał, by odbudował Kościół. Dwa lata pokornej prośby o braci, którzy chcieliby pójść razem z nim drogą radykalnego naśladowania Mistrza. Dwa lata czekania na Bernarda i Piotra.

Nie on ich znalazł. Oni znaleźli Franciszka. Jeszcze nie wiedział, że ceną mającej odnowić Kościół wspólnoty będą rany. Niezrozumienie, opieszałość, więcej fascynacji człowiekiem niż Bogiem, niezdolność podejmowania radykalnych wyborów – będą ranami Mistrza na jego ciele bardziej bolącymi niż stygmaty.

Franciszek wygłaszający kazanie do wilków, przemawiający do ptaków, śpiewający Pieśń słoneczną, rozmawiający z sułtanem, biedaczyna z Asyżu – to najczęściej słyszymy. Rzadko mówimy o Franciszku, który usłyszał i zrozumiał mowę ran Chrystusa Ukrzyżowanego. Cała reszta była jedynie konsekwencją, dalszym ciągiem.

***

Jesteśmy, jak Franciszek, na pierwszym etapie. Chwytamy kamienie: plany, analizy, kreślone na biurkach mapy, ludzie i środki, rozczarowanie że to nie działa. Tymczasem Pan milcząc wskazuje – jak Franciszkowi – swoje rany. „Z Chrystusem zostałem przybity do krzyża (…) aby życie Jezusa objawiło się w moim śmiertelnym ciele”.

Zrozumieć Franciszka to zrozumieć, że te ręce są najskuteczniejsze, które są unieruchomione gwoździami krzyża. To nie jest fatalizm, bezczynność. To jest realizm, moc, piękno Ewangelii. Dlatego trzymając ciągle w rękach kamienie ocieramy pot z czoła, zatrzymujemy wzrok na Jego ranach i powtarzamy za Świętym Franciszkiem:

Najwyższy, chwalebny Boże,
rozjaśnij ciemności mego serca
i daj mi, Panie, prawdziwą wiarę,
niezachwianą nadzieję
i doskonałą miłość,
zrozumienie i poznanie,
abym wypełniał Twoje święte i prawdziwe posłannictwo.

Amen.  

 

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg
« » Marzec 2026
N P W Ś C P S
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
Pobieranie... Pobieranie...