20. tydzień zwykły

Przeczytaj i rozważ


Mniej niż zero (Prz 9,1-6; PS 34; Ef 5,15-20; J 6,56; J 6,51-58)

Codzienność przekonuje nas o gorzkiej prawdzie: aby coś otrzymać, trzeba coś mieć. I w Przestrzeni Spraw Ważnych, i w Ogródku Głupstw. Trzeba mieć doświadczenie, wiek odpowiedni, ba, prezencję nawet, aby dostać pracę. Trzeba mieć zdrowie i zabezpieczony byt, aby zdecydować się na dziecko. Aby kupić lodówkę na raty, trzeba mieć udokumentowany dochód. Aby pójść na spacer, trzeba mieć przynajmniej dobre chęci. Tak zbudowany jest nasz mały światek. I niekiedy to nawet dobrze, przyznajmy – to uczy odpowiedzialności; pokazuje, iż to, co z trudem zdobywało się wczoraj, przyda nam się jutro.

Ta sama zasada w Przestrzeni Życia Duchowego ulega jednak charakterystycznej modyfikacji: tu, aby coś otrzymać, trzeba… nic nie mieć. A mówiąc bardziej szczegółowo: aby otrzymać, trzeba poczuć głód, palące pragnienie, doświadczyć biedy i dotkliwego braku.

Oto w dzisiejszym czytaniu Mądrość zastawiła stół, przygotowała ucztę. I do tych, którym brakuje mądrości (no, głupich po prostu) wołała: „Chodźcie, nasyćcie się moim chlebem, pijcie wino, które zmieszałam”. Nie mieli, więc otrzymali. Tak postępuje ze mną Bóg: syci własnym Ciałem i Krwią, Słowem Wiecznym – bo człowiekowi nie wystarcza to, co ziemskie. Daje łaskę: życia, wiary, nadziei, powrotu – chociaż z nas nikt nigdy niczym na to nie zasłużył. Bóg mnie kocha: stwarza i zbawia, powołuje i ocala – właśnie wtedy, gdy grzeszę, to znaczy: nie kocham Jego. To wszystko może brzmieć niewątpliwie całkiem banalnie. Oj, uderzać w dzwon fałszywej pokory to my umiemy doskonale! Co jednak znaczą słowa, które wypowiadamy w czasie mszy każdej, bijąc się w piersi: „Panie, nie jestem godzien…”? Grzesznik to nie ten przecież, kto nie odklepał paciorka. Grzesznik to ten, co zdradził. Kto ukradł, oszukał, zniszczył, nadużył władzy. Grzesznik to ja.


Klient nasz Pan (Ez 24,15-24; PS: Pwt 32,18-21; Mt 5,3; Mt 19,16-22 (z dnia) lub 1 Tes 2,2b-8; PS 89; J 10,14; J 21,15-17)

Są ludzie cierpiący tak bardzo, że nie mają siły się żalić. Jest żałoba tak wielka, że nie sposób jej wyrazić. Jest taki ból, wobec którego milkną słowa pociechy. Czy to cierpienie, ta żałoba, ten ból mogą dotyczyć Boga? Kiedy Bóg zakazuje Ezechielowi płaczu po śmierci ukochanej żony i zabrania mu noszenia żałoby, czyni to znakiem dla Izraela. „Tak jak prorok nie płakał – mówi – tak i wy nie będziecie mogli płakać. Bo kiedy stracicie świątynię, znak Mojego przymierza z wami – ból będzie zbyt wielki i nie będziecie zdolni okazać żałości”.

Co zrobię, kiedy te słowa staną się w moim życiu rzeczywistością: „Synu człowieczy, oto zabieram ci nagle radość twych oczu…”? Co zrobię, jeśli okaże się to prawdą: „Będziecie schnąć z powodu nieprawości waszych i będziecie wzdychać jeden przed drugim”?... Tak trudno uwierzyć, że grzech sprowadza ból naprawdę aż tak wielki – że utrata Boga dotyka tak samo, jak śmierć najbliższego.

W naszym życiu nie ma zazwyczaj miejsca na deklaracje świętych: „Prędzej umrzeć niż zgrzeszyć”. Relacja „ja–Bóg” przypomina raczej przyglądanie się „klientowi” z dystansu, z chłodną kalkulacją, ile uda się wytargować – jak daleko jeszcze mogę się posunąć; ile otrzymam, jeśli…; co stracę, jeżeli… Logika znaku Ezechiela jest jednak logiką miłości, nie targu. Tu w pewnym sensie wszystko jest albo „białe”, albo „czarne”; jest „zimne”, albo „gorące”. Jest „tak”, albo „nie”.


Po moim trupie (Iz 9,1-3.5-6; Ps 113; Ł/c 1,28; Łk 1,26-38 lub Ez 28,1-10; PS: Pwt 32,26-28.30.35cd-36ab; 2 Kor 8.9; Mt 19,23-30 (z dnia))

Radość z królowania Boga opisuje Pismo jako podobną do tej, gdy „się radują we żniwa”, gdy „się weselą przy podziale łupu”. Jest to radość „po” – czyli wtedy, gdy trud się opłacił, inna od tej „przed” lub „w trakcie” czegoś. Jest w niej coś z wytchnienia, jakiś błogosławiony odpoczynek. Nie bez powodu przynoszący ją z sobą Bóg jest tu nazwany – Księciem Pokoju. Dziwna może się wydać jedynie ta wspólnota losu – to, że tryumf Jednego przynosi zwycięstwo innym, zwiastuje im wytchnienie i błogosławieństwo.

Bo przecież – do najlepszych świat należy. Na 100 podań o pracę odrzucą 99, kogoś na pewno ominie awans i premia. Najlepsi kumple z podwórka, „ty nie będziesz się z nami bawił”, najfajniejszy latawiec, największe ciastko. Również sposoby o wiele bardziej subtelne: prestiż, prestiż prestiż. W wyścigu życia liczy się wszystko: od ubrania przez oceny po sprzęt. Wygrać może tylko jeden.

Łup zdobyty w walce i radość ze żniw to jednak wspólne zwycięstwo. Nie rywalizacja, lecz współpraca. Nie po trupach do celu, lecz zgoda. Pokój właśnie. Nie układy i dyplomatyczne uśmiechy, byleby tylko wyszło na moje, lecz – szukanie rzeczywistego dobra wszystkich, tworzenie warunków, by wywyższenie jednego innych ciągnęło w górę.

Pisze się o tym łatwo, zbyt łatwo. Jeszcze bowiem nie ma z czego się cieszyć – zbyt przepastne w nas otchłanie zazdrości, za szybkie lekceważenie „mniej-udanych”, za dużo lęku o uznanie własnych zasług. Jeśli zwycięstwo Boga wymaga istnienia pokonanych – niech to będę ja: moje ukryte ambicje; pokazywane innym, niby od niechcenia, czerwone kartki; pycha, gdy nikt nie patrzy.


Prawa i obowiązki (Ez 34,1-11; PS 23; Hbr 4,12; Mt 20,1-16a)

Prawa i obowiązki ma każdy. Kimkolwiek jest, w jakimkolwiek miejscu na ziemi żyje, jakąkolwiek spełnia funkcję – do czegoś jest zobowiązany i coś mu z tego tytułu przysługuje. Można być może pokusić się tu o ustalenie hierarchii, wskazać tego na górze i tego na dole, rozstrzygnąć, czy przywileje i zobowiązania zawsze się równoważą – nie to jednak jest najważniejsze i nie zawsze warto się o to kłócić. Pierwsze czytanie nawiązuje dziś do praw i obowiązków, mówiąc o relacji Boga wobec swego ludu i tych, którzy mu przewodzili. Opowiada o pasterzach i owcach.

Tylko niektórych z nas nazwać można pasterzami, a każdy jest owcą, każdego bowiem pasie Bóg – spójrzmy więc na to czytanie z punktu widzenia owcy właśnie. Łączą się z tym „stanem” rozmaite przywileje: nasz Stwórca, dobry Pasterz sam się o nas zatroszczy: słabą wzmacnia, dba o zdrowie chorej, skaleczoną opatruje, zabłąkaną sprowadza z powrotem, zagubioną odszukuje i nie obchodzi się z nami z przemocą i okrucieństwem. On chce, by w ten sposób troszczyli się o nas pasterze – ci, którzy w rozmaity sposób stoją nad nami. To są nasze prawa. I słusznie jest występować w ich obronie.

Tak jednak jak pasterz może nakarmić się mlekiem i mięsem, odziać się wełną – tak samo my mamy zobowiązania wobec samego Boga i tych, którzy pasą nas w Jego imieniu. Tych zobowiązań nie wolno upraszczać do spraw czysto materialnych. Jeśli owca służy jako owca – tak i my mamy służyć jako my. Dać siebie – to jest nasz obowiązek. I słusznie jest występować w jego obronie.


12 postaci, które zmieniły świat (Ap 21,9b-14; Ps 145; J 1,49b; J 1,45-51)

Powoli kończą się wakacje, idzie jesień. Dla wielu czas nauki – nieodłącznie związany z poszukiwaniem własnego miejsca w świecie, pytaniem o to, kim będę, co będę w życiu robić. Jest to problem wspólny wszystkim, choć niektórzy „wskakują” we właściwe miejsce, zdawać by się mogło, bezboleśnie, inni męczą się, wypróbowując coraz to nowe konfiguracje. Tekst dzisiejszego czytania z Apokalipsy ukazuje jakby drugie dno „miejsca”, którego szukamy.

Oto Anioł pokazuje wspaniałą budowlę, Miasto Święte – Oblubienicę, Małżonkę Baranka: „Miało ono mur wielki a wysoki, miało dwanaście bram, a na bramach – dwunastu aniołów i wypisane imiona, które są imionami dwunastu pokoleń synów Izraela. Od wschodu trzy bramy i od północy trzy bramy, i od południa trzy bramy, i od zachodu trzy bramy. A mur Miasta ma dwanaście warstw fundamentu, a na nich dwanaście imion dwunastu Apostołów Baranka”. Ten symboliczny opis wskazuje na jakąś głęboką harmonię Bożych zamiarów wobec ludzkości, jakiś odwieczny zamysł, kunsztowny plan. Zachęca do ufności, że kiedyś i przed nami odkryta będzie wspaniałość świata, to, w jaki sposób się spełni, dokona, osiągnie cel.

Jest to świat zbudowany na fundamencie Dwunastu Apostołów – zadziwiające, zważywszy, że znamy dziś zaledwie ich imiona, garść faktów, nieco poszlak, domysłów i legend. Jeszcze jeden dowód, iż Bóg widzi inaczej. Że wybiera, kogo chce. Jeszcze jeden dowód, iż życie zgodne z Bożym planem, poszukiwanie Jego woli, kroczenie Jego drogami – ma sens.


Strach się bać (Ez 37,1-14; PS 107; PS 25,4b,5; Mt 22,34-40)

Brr, nie bardzo mi się uśmiecha stanąć w dolinie z wizji Ezechiela. Horrorów nie znoszę, a biblijna sceneria przypomina je dziś jak żywo. Oto Bóg zabrał proroka do doliny pełnej suchych kości. Ezechiel opisuje: „gdym prorokował, oto powstał szum i trzask, i kości jedna po drugiej zbliżały się do siebie. I patrzyłem, a oto powróciły ścięgna i wyrosło ciało, a skóra pokryła je z wierzchu”…

Nie ma to jak bujna wyobraźnia! Bo przecież w końcu nic u proroków nie dzieje się przypadkiem – wszystko pozostaje znakiem. I doskonale potrafię sobie wyobrazić ten stan ducha, tę rozpacz, do której prorocki znak martwoty odsyła. Swój lament słyszę doskonale: „Wyschły kości nasze, minęła nadzieja nasza, już po nas”. Tyle, że niekoniecznie chcę przyznać, co on oznacza. I nieco gorzej przychodzi usłyszeć, co Bóg ma do powiedzenia: „Oto otwieram wasze groby i wydobywam was z grobów, ludu mój, (…) i poznacie, że Ja jestem Pan, gdy wasze groby otworzę i z grobów was wydobędę, ludu mój. Udzielę wam mego ducha po to, byście ożyli”.

Za bardzo to realistyczne… Bo przecież wydobycie z grobu (nuże, wysilmy wyobraźnię!) zakłada sytuację, z której nie wydobędę się o własnych siłach, nigdy. W której nie mogę ruszyć ani ręką, ani nogą, ani nawet małym palcem lewej ręki. Do czegokolwiek odniosę tę sytuację – do klęski, życiowej tragedii, rozpaczy, grzechu, fizycznej śmierci – tu już naprawdę NIC się nie da zrobić. Zupełny koniec. Całkowita bezradność. Mrok.

Dlatego wolę sobie siebie w niej nie wyobrażać. Wolę nie myśleć, że to nade mną wznosi się głos Ezechiela, że to ja leżę u stóp proroka. Przyjęcie Bożej obietnicy oznacza jakąś ostateczną otwartość – zgodę na to, że naprawdę z grobu, naprawdę ja. Że ta historia nie musiała się skończyć happy endem.


Z pustego i Salomon nie naleje (Prz 8,22-35 lub Iz 2,2-5; Ps 48; Ga 4,4-7; Łk 1,28; J 2,1-11)

Można by przeprowadzić prosty test, zadając ankietowanym pytanie: „Co, zdaniem Pani/Pana, daje bliskość Boga?”. I gdyby szczerze poszukać odpowiedzi – nie byłaby ona taka prosta. Bo co innego stwierdzić, że cenimy ludzi uczciwych, obowiązkowych, uczynnych i po prostu dobrych, a co innego przyznać, iż przekłada się na to ich bliskość Stwórcy. Bo my jakoś tak zawsze zwykliśmy podejrzewać hipokryzję u kapłanów, zakładać bezmyślność uczestników procesji, doszukiwać się interesowności u pań z Caritasu, podejrzliwie spoglądać na wychodzących z kościoła wiernych. Tak, oczywiście wszyscy jesteśmy grzesznikami, ale czy nie jest tak, że tych zewnętrznie „bliżej” Boga w głębi duszy uważamy za gorszych i dumnie obnosimy własny bunt? Deklarujemy głośno, że wcale nie jesteśmy tacy „porządni” (czytaj: fałszywi)?

Modlitwa codzienna, spowiedź, czytanie Słowa Bożego, uczestnictwo w liturgii, dobre uczynki… – wszystkie sposoby, poprzez które pielęgnujemy więź z Bogiem, szukamy Jego bliskości. To one przecież przekładają się na mądrość, prowadzą do tego, co cenne. Mądrość przynależy Bogu, wyśpiewuje: „Gdy niebo umacniał, z Nim byłam, gdy kreślił sklepienie nad bezmiarem wód, gdy w górze utwierdzał obłoki, gdy źródła wielkiej otchłani umacniał, gdy morzu stawiał granice, by wody z brzegów nie wyszły, gdy kreślił fundamenty pod ziemię. Ja byłam przy Nim mistrzynią, rozkoszą Jego dzień po dniu, cały czas igrając przed Nim, igrając na okręgu ziemi, znajdując radość przy synach ludzkich”.

Ta radość, ta mądrość jest udziałem bliskich Boga. Oby i moim.
«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie...
« » Czerwiec 2018
N P W Ś C P S
27 28 29 30 31 1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
1 2 3 4 5 6 7
Pobieranie...