Refleksja na dziś - 2. tydzień po Bożym Narodzeniu (C)

Przeczytaj i rozważ


Z każdego słowa... (Syr 24,1-2.8-12; Ps 147, Ef 1,3-6.15-18; J 1,1-18 (J 1,1-5.9-14)

Tylko Bóg ma taką moc i taką władzę, by Jego Słowo stało się Ciałem, stało się rzeczywistością. To, co mówi „staje się”, „jest”.

Podobnie, choć oczywiście w nieporównywalnie mniejszym stopniu, nasze codzienne słowa - są czymś więcej niż tylko dźwiękami wyrażającymi jakieś myśli. Nie przemijają kiedy przestaje się je słyszeć – raz wypowiedziane pociągają za sobą skutek. Tymczasem tyle ich wypowiadamy w swoim życiu - bez zastanowienia, bezmyślnie, bezwiednie. Niejednokrotnie obrażamy nimi Pana Boga i ranimy drugiego człowieka. Słowo bowiem może być czasem cięższe niż kamień, może zaboleć bardziej niż uderzenie, a rany nim zadane goją się niekiedy o wiele dłużej niż te fizyczne. Słowo może być również błogosławieństwem – może podnieść z upadku, podtrzymać w drodze, wlać w serca nadzieję.
Obyśmy ten dar mowy, który od Boga otrzymaliśmy, a który przecież nie każdy posiada, potrafili dobrze wykorzystać: do modlitwy, do okazywania innym pomocy, życzliwości...

Albowiem „Z każdego bezużytecznego słowa, które wypowiedzą ludzie, zdadzą sprawę w dzień sądu.” (Mt 12,36)


Zaproszenie (1 J 3,7-10; Ps 98, 1, 7-8, 9; J 1,35-42)

Jan opisuje rozmowę człowieka z Bogiem. Konkretne pytanie: "Czego szukacie?" Pytanie również do mnie: "Czego szukam w życiu? Co jest dla mnie ważne? Czego potrzebuję tak bardzo, że niepokój popycha mnie do poszukiwań?"

Pyta mnie Bóg, a ja odpowiadam: "Gdzie mieszkasz, Nauczycielu?" - to znaczy: "Gdzie mogę Cię znaleźć? W którą stronę mam iść? Dokąd mnie zaprowadzisz? Czy jestem godzien wejść pod Twój dach?"

"Chodźcie, a zobaczycie". Zaproszenie ze strony Jezusa, które pada w odpowiedzi na to pytanie. Mogę nie zaufać, mogę nie pójść za Nim, mogę uznać, że na moje pytanie powinna paść konkretna odpowiedź, a nie mało konkretna zachęta do - no właśnie - do czego?

Zachęta do uczynienia pierwszego kroku w nieznane, ale z Nim. Do zaufania, że ta wędrówka zaprowadzi mnie do Domu. Że w towarzystwie Baranka Bożego otworzą się moje oczy i będę widział świat i ludzi takimi, jak widzi ich Bóg.

Obietnica spełniona: "Poszli więc i zobaczyli, gdzie mieszka, i tego dnia pozostali u Niego."

Ale w tym fragmencie Ewangelii można też zauważyć inny dialog: człowieka z człowiekiem. Jan Chrzciciel wskazuje uczniom na przechodzącego Chrystusa i w ten sposób stwarza im szansę na pójście za Nim. Andrzej, po spotkaniu z Jezusem, rozmawia o Nim z bratem - i również w ten sposób umożliwia mu poznanie Kogoś, kto zupełnie wywróci do góry nogami życie Szymona.

Jakże ważna jest postawa nasłuchiwania - bo nigdy nie wiem, w jaki sposób Bóg przemówi do mnie: czy bezpośrednio słowami Pisma, czy usłyszę Jego wezwanie za pośrednictwem drugiego człowieka. Jak ważne jest życie w ciszy, słuchanie mądrych ludzi, zaufanie wobec najbliższych.


Nie trzeba Go bronić (1 J 3,11-21; Ps 100; J 1,43-51)

Możliwe, że Filip wiedział już coś więcej o Jezusie, bo mieszkał w mieście Andrzeja i Piotra, którzy już wcześniej zostawili wszystko i zostali uczniami Jezusa. Pewnie to zdarzenie było szeroko komentowane wśród ich znajomych. Pewnie zastanawiali się, co takiego mogło się wydarzyć, że zwykli rybacy zostawili ojca, rodzinę i poszli za rabbim.

Teraz Filip ma odpowiedź na wiele zadanych wówczas pytań: spotkanie z Jezusem i Jego słowa: „Pójdź za Mną”. I Filip poszedł, a napotkanym ludziom mówił o Jezusie. W ten sposób do Jezusa przyprowadził Natanaela.

Czy ja jednak wierzę w to, że mówienie o Jezusie kogokolwiek doprowadzi do Niego? A jeśli wierzę, to dlaczego tak rzadko o Nim mówię tym, którzy są obok mnie: rodzicom, dzieciom, kolegom w szkole czy w pracy, znajomym w moim mieście czy na wsi, podróżnym w pociągu czy towarzyszom zabawy sylwestrowej? Czekam na jakiś specjalny czas, specjalne miejsce, by o Nim mówić?

Czy jednak takie moje zachowanie, moje milczenie nie świadczy o tym, że Jezus nie jest dla mnie kimś specjalnym, kimś ważnym? Że ponad chęć dzielenia się tym, że Go spotkałem, przedkładam chęć życia w spokoju i bez problemów, bez wywoływania rozłamów i sporów, dyskusji i wzbudzania kontrowersji?
Filip nie bał się takiej dyskusji, nie przejął się słowami Natanaela i jego kpiną. Wiedział, że sam Jezus odpowie na te słowa i sam Jezus udowodni, że warto za Nim iść.

Warto pamiętać, że Boga nie trzeba przed ludźmi bronić ani Go tłumaczyć – On najlepiej zrobi to sam, jeśli tylko dam drugiemu człowiekowi szansę, by o Nim usłyszał.


Wielka nowina (Iz 60,1-6; Ps 72; Ef 3,2-3a.5-6; Mt 2,1-12)

Oto wielka nowina, ogłoszona przez pojawienie się gwiazdy – narodził się król żydowski! Przybyli mędrcy ze Wschodu, by się mu pokłonić!
Ta wielka nowina nie wzbudziła jednak entuzjazmu Heroda i jego poddanych. Herodowi się nie dziwię – w końcu pojawienie się nowego króla zagrażało mu osobiście. Ale dlaczego przeraziła się tą wieścią cała Jerozolima?
Może poddani Heroda przywykli już do jego okrucieństwa i spełniania najdziwniejszych zachcianek? Może bali się przyszłości – bratobójczych walk o tron, niepewności jutra, głodu i ognia, które zawsze kroczą w ślad za wojną i przemocą?
A przecież Izraelici wyglądali tego króla, który miał narodzić się w Betlejem. Spodziewali się po nim wielkich rzeczy, powszechnego pokoju, dobrobytu, wzrostu znaczenia ich państwa i ich samych. Prorok Izajasz dobitnie to obrazuje. Jednak wieść, że ich oczekiwania zaczynają się spełniać, nie wzbudziła powszechnego entuzjazmu, ale strach.
Jakże jestem podobny do tamtych ludzi.
Tylekroć proszę Boga w modlitwie o spełnienie Jego obietnic i o wysłuchanie moich próśb, a kiedy On zaczyna mnie wysłuchiwać, wtedy pojawia się lęk i niepewność. I nie jest to bynajmniej bojaźń Boża. To raczej strach przed zmianami, jakie muszą nastąpić w życiu każdego człowieka, gdy wkracza w nie Bóg.
Bóg jest tak Inny od człowieka, tak nieobliczalny w swoim postępowaniu, że naprawdę trudno Go pojąć. I im bardziej jestem przywiązany do swojego małego światka poglądów, opinii, zachowań i rzeczywistości, która mnie otacza, tym większy strach pojawi się w momencie, gdy w to wszystko wkroczy Bóg. A gdy człowiek zaczyna działać pod wpływem strachu, wtedy zaczyna królować szatan.


Księża mają rację (1 J 3,22-4,6; Ps 2; Mt 4,12-17.23-25)

Oni są ze świata, dlatego mówią tak, jak mówi świat, a świat ich słucha.
My jesteśmy z Boga.
Ten, który zna Boga, słucha nas.
Kto nie jest z Boga, nas nie słucha.
W ten sposób poznajemy ducha prawdy i ducha fałszu.


Ileż to razy słyszałem: co ksiądz może wiedzieć o sprawach małżeństwa, sprawach dotyczących seksu, wychowywania dzieci, trudności z pracą? Ksiądz nie wie, co to strach przed utratą pracy, więc jak może mnie pouczać, co powinienem zrobić, na jakie kompromisy mogę, a na jakie nie mogę pójść.

Tak samo aborcja, eutanazja, problemy społeczne. Księża mają się nie wypowiadać na wiele tematów, bo one ich jakoby nie dotyczą.

Tylko że ci, którzy tak uważają, zapominają o jednym – że nawet jeśli coś nie dotyczy księdza osobiście (nie ma żony, dzieci, pracuje na innych zasadach, niż ludzie świeccy), to przecież to, co on mówi, nie mówi od siebie. Przekazuje naukę Kościoła. Bo to, co dotyczy człowieka, zawsze dotyczy Boga. Jeśli ktoś chce szukać rozwiązania bez Niego, od razu wiadomo, że nie dobro bliźniego ma na celu lub, że jego rozwiązania doprowadzą do nieszczęść, wojen, terroryzmu. „Pięknym” tego przykładem była rewolucja francuska.

Kościół jest ludem Bożym zjednoczonym przez łaskę z Trójcą Świętą, jest Mistycznym Ciałem Chrystusa i świątynią Ducha Świętego. Działa w nim sam Zbawiciel, uczestniczenie w życiu Trójcy Świętej stanowi niewidzialną stronę Kościoła. Dlatego ograniczanie tego pojęcia tylko do osób duchownych jest błędem.

To Ty i ja stanowimy Kościół. To nasi przodkowie, aż do czasów apostolskich włącznie, tworzyli i rozwijali tę naukę, którą teraz się kwestionuje. A przecież oni nie robili nic więcej, jak starali się usłyszeć głos Boga, otworzyć się na światło Ducha Świętego, by zobaczyć, w jaki sposób chrześcijanie winni odpowiadać na najrozmaitsze, najnowsze problemy danego czasu. Odrzucając pochopnie słowa księży, ludzie często sami skazują się błędne drogi, na manowce.

Czy to oznacza, że księży należy słuchać bezkrytycznie? Myślę, że nie bezkrytycznie. Ludzie świeccy też tworzą Kościół i oni również zobowiązani są „badać duchy, czy są z Boga”. Tylko, że to wymaga pokory serca, otwartego umysłu, poświęcenia czasu. A z doświadczenia wiem, że jeśli osoba świecka w taki sposób zaczyna współpracować z łaską Bożą, to zawsze dochodzi do tego, że Kościół głosi Prawdę, a księża zwykle mają rację.


Niewolnicy (1 J 4,7-10; Ps 72; Mk 6,34-44)

Nie ma się co oszukiwać – jesteśmy niewolnikami.
Mną kieruje na przykład nałóg papierosowy, obawa przed cierpieniem, inne mniejsze lub większe grzechy.
Tobą kieruje próżność, strach o życie najbliższych, chciwość, chęć bycia dostrzeżonym, kochanym, podziwianym.

Tkwimy po czubek głowy w niewoli własnych wyobrażeń, oczekiwań – wobec ludzi, ale także wobec Boga.
Tak naprawdę to zależy nam na takim Bogu, który ułatwiałby życie, leczył choroby, dawał jedzenie i usuwał inne problemy z naszego życia.

Bóg, który kocha? Który w dowód miłości daje Syna? Syn, którego ofiara daje nam życie wieczne? Czy to nas jeszcze obchodzi? Czy na swoje życie, na historię świata – przeszłą i obecną – patrzymy przez ten pryzmat?

Mamy usta pełne słów o miłości, o kochaniu. Ale nie interesuje nas Miłość, tylko „miłość” - bez ofiary z siebie, bez poświęcenia się dla najbliższych (nie wspominając nawet o wrogach). Nie ma mowy o zatroskaniu o ubogich, o uwalnianiu więźniów. O ubogich ma się zatroszczyć państwo; więźniów (i tych wszystkich, którzy nam w jakikolwiek sposób zagrażają lub po prostu są trudni we współżyciu) powinno się zamknąć, albo najlepiej zesłać na bezludną wyspę, jak najdalej od nas.

A Jezus mówi do mnie dzisiaj: „Ty daj im jeść”. On widzi, jak bardzo ludzie są znękani i ubodzy. Ja dałbym im może kilka złotych i odesłał do odpowiednich instytucji, marketów, sklepów. Niech sami się o siebie zatroszczą.

A On mi dzisiaj mówi: „Daj im…” - to, czego potrzebują: zainteresowanie, czułość, wsparcie, dobre słowo, pomoc materialną. Mam swoim życiem i słowem dawać nadzieję, świadczyć, że można uwolnić się od samego siebie: swego egoizmu, różnych zniewoleń, od grzechów…

Jednego mi potrzeba: muszę zacząć patrzeć w niebo i oddawać te moje marne „pięć chlebów i dwie ryby” w ręce Ojca. Gdy On pobłogosławi, nakarmione zostaną tłumy…


Zaproszenie (1 J 4,11-18; Ps 72; Mk 6,45-52)

Myśmy poznali i uwierzyli miłości, jaką Bóg ma ku nam.

Człowiek najpierw poznaje miłość Boga ku sobie w rodzinnym domu. Gdy widzi rodziców, którzy siebie kochają, szanują, okazują sobie pomoc i troskę, dzielą się czułością. Gdy widzi troskę młodszych o starszych, gdy widzi pomoc dobrosąsiedzką. Gdy przekleństwa, obmowa, plotka nie jest codziennym słowem. „Jeżeli miłujemy się wzajemnie, Bóg trwa w nas i miłość ku Niemu jest w nas doskonała.

Gdy doświadcza się miłości ludzi, łatwiej uwierzyć w miłość Boga. Bo Boga nikt nie widział, a ludzie są na co dzień, są cały czas widoczni. I to oni – tzn. ja i ty – mamy świadczyć o miłości Boga do człowieka: w rodzinach, w szkołach, zakładach pracy.

Wszyscy wiemy jednak, jakie są realia naszych rodzin czy środowisk, w których się poruszamy – ile w nich dobra, a ile zła; ile miłości, a ile wzajemnych pretensji, nie przebaczonych krzywd, hodowanych i skrywanych urazów; ile dążenia do dobra drugiego człowieka, a ile egoizmu, pychy i zazdrości. Nasza miłość jest wypaczona przez grzech – i nasz obraz Boga jest przez ten grzech wypaczony.

Czy wierzymy w Jego miłość? Czy jednak cały czas się Go lękamy? I czy gdy przechodzi obok, w naszym życiu, umiemy Go rozpoznać, czy krzyczymy ze strachu przed tym, czego nie pojmujemy? Czy wierzymy, że Bóg nas kocha, czy raczej skupiamy całą naszą uwagę na strachu przed karami, jakie może na nas zesłać Wszechmogący?

Uczniowie mieli Jezusa obok siebie każdego dnia, a jednak nie poznali Go. Ich umysły były otępiałe cudami, w których uczestniczyli. Ewangelista nie wspomina też nic o tym, by się modlili. Samo więc bycie obok Jezusa nie wystarcza, by Go poznać, by przestać się bać.
Bycie księdzem, zakonnicą, uczestnictwo na codziennej Mszy świętej nie daje automatycznie gwarancji poznania Boga i zaprzestania życia w lęku. Decyzja człowieka to za mało.

Potrzebna jest Jego łaska, Jego słowa, które muszę usłyszeć w swojej duszy: „Odwagi, Ja jestem, nie bój się”. A żeby te słowa usłyszeć, muszę walczyć z moim otępiałym umysłem, muszę się modlić - muszę zrobić Bogu miejsce w swoim życiu.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie...
« » Lipiec 2018
N P W Ś C P S
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
Pobieranie...