Słudzy pojednania

Przekazać miłość to rozpoznać „rany zadane godności istoty ludzkiej” i „zwalczać wszelkie formy pogardy dla życia i wykorzystania człowieka”. Dlatego w kolejnych tygodniach będziemy chcieli pokazać świadków pojednania. Ludzi, którzy wznieśli się ponad uprzedzenia i rany, wyciągając ręce w geście przebaczenia i pojednania.

Juliusz Zychowicz

Chcę im podać rękę


W sierpniu 1983 roku towarzyszyłem grupie 25 Niemców - w znacznej większości młodych - uczestniczących w III. Krakowskiej Pieszej Pielgrzymce do Częstochowy. Byli to członkowie niemieckiej sekcji „Pax Christi"; wraz z ówczesnym sekretarzem generalnym tej organizacji stanowili pierwszą zwartą niemiecką grupę, jaka wzięła udział w tej pielgrzymce.
Spotkaliśmy się na noclegu w budynku uzyskanym wówczas niedawno przez Kościół krakowski dla nowo powstającej parafii Brzezinka. W intencji budowniczych był on przeznaczony na komendanturę obozu Birkenau, wyodrębnionego z KL Auschwitz (nim go jednak dokończono, nastąpiła styczniowa ofensywa sowiecka 1945 roku i ewakuacja obozu). Kiedy się tam zjawiliśmy, budynek był jeszcze nie zamieszkany, świeżo mianowany proboszcz rozpoczął dopiero prace adaptacyjne - ukończono tylko tymczasową kaplicę. Byliśmy pierwszymi, którzy w tym obiekcie spędzili noc. Już sam ten nocleg w bezpośredniej bliskości największego cmentarzyska świata, w budynku o złowrogim pierwotnym przeznaczeniu stanowił dobre duchowe przygotowanie pątników.
W pielgrzymce szliśmy w około trzystuosobowej grupie. „Moi" Niemcy nieśli duży krzyż z Taize. Krzyż ten stał się od razu ich znakiem rozpoznawczym i ważnym elementem ułatwiającym zintegrowanie się z grupą. Wkrótce poczęli się zgłaszać inni pielgrzymi chętni do niesienia go, a podczas wieczornych apeli był on ustawiany przy ołtarzu.
W ciągu sześciu dni przyglądałem się z zainteresowaniem procesowi pątniczego dojrzewania moich niemieckich współtowarzyszy drogi. Początkowo ich postawa była niemal wyłącznie postawą obserwatora. Mogli się oto przyjrzeć z bliska przedziwnemu fenomenowi polskiej religijności ludowej, o którym dotychczas tylko słyszeli. Ta obserwacja prowokowała oczywiście do pytania: czy tego rodzaju impreza - przemarsz około 10 tysięcy ludzi na trasie 150 km - byłaby możliwa w Niemczech? I zaraz pojawiał się trzeźwy bilans: trzeba byłoby zorganizować po drodze tyle to a tyle punktów zbiorowego żywienia, tyle to a tyle sanitariatów itd. Odpowiedź wypadała sceptycznie: nie, chyba jednak nie byłoby to możliwe.
W miarę upływu dni ta postawa obserwatora coraz bardziej zamieniała się w aktywne współuczestnictwo - poczynając od zewnętrznych, najłatwiej przyswajalnych zachowań, jak podniesiona w geście pozdrowienia dłoń z dwoma rozstawionymi palcami (popularny wtedy „zajączek" - znak zwycięstwa „Solidarności") - aż po rzeczywiste „współodczuwanie" z ową wędrującą cząstką Kościoła, widoczne choćby w wieczornych rozmowach we własnym gronie czy też w gestach autentycznej miłości bliźniego wobec innych uczestników pielgrzymki.
Ostatniego dnia pod wieczór znaleźliśmy się u celu drogi. A właściwie - niemal u celu: topograficznie tuż, tuż, czasowo - jeszcze dosyć daleko. Po przejściu Alei NMP pielgrzymka wchodzi na błonia przed jasnogórskim klasztorem, gdzie napotyka inne grupy, przybywające w tym samym czasie z różnych stron Polski. Zlewające się w jedną rzekę ludzkie strumienie tworzą ogromny zator i odtąd tłum posuwa się niezwykle powoli, tak że dotarcie do kaplicy z Cudownym Obrazem trwa jeszcze parę godzin.
Kiedyśmy tkwili w rejonie plant otaczających przyklasztorne błonia, podeszła do mnie kobieta w średnim wieku - jej twarz była mi znana z widzenia (kobieta należała do naszej grupy) - i poprosiła, abym podszedł z nią do niemieckiego księdza (wiedziała, że jest wśród nas, bo koncelebrował mszę św.) - Chciała podać mu rękę. Na moje zdziwione, pytające spojrzenie usłyszałem, co następuje: ojciec jej męża zginął w niemieckim obozie koncentracyjnym, a wdowa po nim zaprzysięgła swoje dzieci, aby do końca życia nienawidziły Niemców. Moja rozmówczyni, wchodząc przez małżeństwo w tę rodzinę, przejęła dziedzictwo owej nienawiści i dotąd pieczołowicie go strzegła. „A teraz idę obok nich i nie potrafię się przemóc. Nie potrafiłam nawet dziś rano nad tym strumykiem (odpowiednik »górki przeprośnej« na trasie pielgrzymki warszawskiej, gdzie wszyscy przepraszają się wzajemnie za winy popełnione wobec siebie w czasie drogi). Ale już dłużej nie mogę. Chcę im podać rękę".
Podszedłem z nią do niemieckiego księdza, opowiedziałem pokrótce, o co jej chodzi. I do dziś myślę, że gdyby nawet tamta pielgrzymka nie miała dla mnie żadnych innych wartości, to ta jedna chwila starczyła za wszystko. I że była ona pełnym potwierdzeniem sensu dobiegających właśnie w owym sierpniu siedemnastu lat mojego „wtrącania się" w trudne sprawy polsko-niemieckie.


Tekst pochodzi z: Polacy i Niemcy pół wieku później, Kraków 1996, s. 152-154.




«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg
« » Styczeń 2021
N P W Ś C P S
27 28 29 30 31 1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31 1 2 3 4 5 6
Pobieranie... Pobieranie...