Znaleźli drogę do nieba

Są tacy między nami. Naprawdę. I chcą się podzielić z nami swoim doświadczeniem Boga i drogi do Niego. Ty też możesz. Jeśli chcesz, napisz

Niedziela, 29 listopada
Karolina Rozmiarek

Zanim zaczęłam pisać swoje świadectwo zastanowiłam się nad samym pojęciem „nawrócenie”. Bo właściwie, co to oznacza? Czy ktoś nawrócony to taki, którego życie zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni? Nie wierzy w Boga, a później cudowne ocalenie? To jest ważne, ważne są takie świadectwa ludzi, którzy często powtarzają, że byli gdzieś na „dnie”, gdy Pan ich uratował. Często zazdrościłam takim ludziom, może zazdroszczę do tej pory. Ale to nie są jedyne nawrócenia. Na jednych rekolekcjach stwierdziłam, , że łatwiej by mi było wierzyć, gdybym naprawdę stoczyła się, a potem dopiero nastąpiłoby nawrócenie. Dlaczego tak myślałam? Bo przez całe życie walczę o moje własne i codzienne nawrócenie.

Mam teraz dwadzieścia trzy lata, wychowałam się w rodzinie katolickiej. W każdą niedzielę wszyscy uczestniczyliśmy w Eucharystii. Już w szkole podstawowej byłam związana z konkretnym duszpasterstwem, zostałam lektorem, wyjeżdżałam na dni skupienia, a potem na rekolekcje. Gdy patrzę wstecz nie potrafię określić, czy wtedy moja wiara była już dojrzała. Stwierdzam, że każde takie spotkanie z Nim stawało się moim nawróceniem. Z każdym miesiącem mocniej Go kochałam.

Im byłam starsza, tym miałam więcej pytań, tym więcej mnie bolało, zaczęłam rozumieć, że moja rodzina nie jest idealna. Moje relacje z tatą, które nawet nie były poprawne prześladują mnie do tej pory, mimo że przebaczyłam, że teraz w domu czuję się świetnie, to jednak obraźliwe wyzwiska ojca i inne przykre słowa sprawiły, że nadal walczę ze swoją wartością, której bardzo często nie dostrzegam. Jakiś czas temu pozwoliłam Bogu wejść w te bolące mnie relacje, prosiłam Go o wyleczenie tych wszystkich ran i dzięki temu przebaczyłam tacie, ale to nie znaczy, że zapomnę. Ta próba przebaczenia stała się jednym z moich nawróceń.

W liceum nie radziłam sobie jeszcze z tym wszystkim, dlatego myślałam o samobójstwie. Ostatnio usłyszałam, że każdy o tym myśli. Dlaczego nie próbowałam się zabić? Na to pytanie znam odpowiedź. Nie doszło do próby samobójczej, bo sił dodawała mi wiara, wiedziałam, że łatwiej odejść i poddać się, niż walczyć o siebie, a przede wszystkim o swoje życie. Czułam, że Bóg mnie kocha, wtedy myślałam, że tylko On, a On nie chciał, żebym krzywdziła siebie. To było moje kolejne nawrócenie, wiara w to, że jest ktoś, kto mnie kocha i tym kimś jest Bóg.

Tym, z czym mam problem do tej pory to modlitwa. Ostatnio na zajęciach dowiedziałam się, że pierwotne znaczenie tego słowa, to po prostu prośba i chyba ja taką definicję bardzo długo miałam zakodowaną. Gdy działo się coś złego, pamiętałam o modlitwie, gdy było lepiej to modlitwy brakowało, gdy przychodziły tzw. kryzysy w wierze, zamiast próbować z tym walczyć to przestawałam się modlić. Takie rozwiązanie jest najprostsze. I nastąpiło moje kolejne nawrócenie, mimo, że ta modlitwa jest różna, że czasem zdarza mi się nie modlić to walczę z tym, nie poddaję się tak łatwo. Robię to, bo czuję potrzebę bycia bliżej Niego, bo już wiem, że bez codziennej modlitwy, bez rozmowy z Przyjacielem, którym jest Bóg jestem pusta w środku. Dokładnie tak samo jest z Eucharystią. Kiedyś bywało, że męczyłam się na niej, teraz jest dla mnie błogosławieństwem i siłą. I to jest moje nawrócenie, zrozumienie, że modlitwy, Eucharystii i sakramentu pojednania potrzebuję jak tlenu.

Tegoroczne wakacje były dla mnie czasem bardzo szczególnym. Najpierw piesza pielgrzymka na Jasną Górę, gdzie dzięki Bogu, ludziom wokół mnie i kapłanowi, który prowadził naszą grupę tak wiele wyniosłam, dało mi to nową energię i siły do działania. Przed tą pielgrzymką byłam trochę takim wrakiem człowieka. Chłopak, którego pokochałam bardzo mnie zranił, nie mogłam tego zrozumieć. Przez to zawaliłam sesję, miałam sporo poprawek na wrzesień. Nie wierzyłam, że to dzieje się naprawdę. Myślałam, że to wszystko jest złym snem. Pielgrzymka była dla mnie prawdziwymi rekolekcjami w drodze, każda konferencja „dotykała” mojego serca i duszy, każda Eucharystia umacniała, widok ludzi, którzy cierpieli idąc, których bolało wszystko, uzmysłowiło mi, że gdy nie ma się już sił to Bóg nas niesie. Inaczej tego nie można wyjaśnić. Pan w tym czasie działał. Była taka piosenka:

Jesteśmy piękni Twoim pięknem, Panie!
Jesteśmy piękni Twoim pięknem, Panie!
Ty otwierasz nasze oczy na piękno Twoje Panie!
Ty otwierasz nasze oczy, Panie! -
Ty otwierasz nasze oczy na piękno Twoje, Panie!
Ty otwierasz nasze oczy, Panie na Twoje piękno!

Nie znałam tej piosenki wcześniej, a gdy pierwszy raz ją zaśpiewano to pamiętam, że zaczęłam się śmiać. Nie był to taki szyderczy śmiech, tylko Pan po raz kolejny dotknął to, z czym miałam problem. Nie wierzyłam w swoje piękno, a tu nagle słyszę, że jesteśmy piękni! To było niesamowite! Ta piosenka nawróciła mnie w prosty sposób, pierwszy raz od dawna uwierzyłam, że jestem coś warta, że jestem piękna, pięknem Pana.

Od wielu lat jestem animatorem w moim duszpasterstwie, kocham pracę z dziećmi, wspólne wyjazdy. Celem każdego animatora jest przybliżanie dzieciom i młodzieży, z którą wyjeżdżamy - Boga. Budowanie wszystkiego na Nim sprawia, że nie zbacza się z drogi, którą dla nas przygotował. Ja jeszcze nie wiem, którą drogą w życiu mam kroczyć, ale celem, który pragnę osiągnąć jest Zbawienie. Bycie w duszpasterstwie pozwoliło mi poznać wielu wspaniałych ludzi, którzy stali się moimi przyjaciółmi. Każdy człowiek jest inny i wyjątkowy i wielokrotnie Pan pokazywał mi, że świadectwo ludzi, rozmowy z nimi, mogą mnie uświęcić. To właśnie moi przyjaciele swoimi słowami, świadectwami sprawiali, że nawracałam się w tej swojej codzienności. Dlatego, chcę powiedzieć im wszystkim: DOBRZE, ŻE JESTEŚCIE!

Z natury jestem osobą bardzo pogodną, niektórzy twierdzą, że optymistką. Ja wierzę w uśmiech, wierzę, że Bóg potrzebuje naszej radości. Dlatego sprawienie jej innym uszczęśliwia mnie samą. Pan Bóg z pewnością woli patrzeć na nasze uśmiechnięte buzie, a jeszcze chętniej spogląda na nasze uśmiechnięte dusze i serca. Jadąc tramwajem pewna pani potknęła się o mnie i zapytała czy nic mi się nie stało. Odpowiedziałam jej z uśmiechem, że mnie nic nie jest i bardziej martwię się o nią, czy nic sobie nie zrobiła. Ona wtedy powiedziała, że dziękuję mi, bo nikt się o nią nie martwi. Pamiętam jak mnie to wtedy uderzyło. Tak wiele osób potrzebuje odrobiny zainteresowania, czasem jedno słowo i gest znaczą dla nich tak wiele. Innego razu jadąc tramwajem, dyskutowałam z kolegą na tematy związane z hierarchią w Kościele. Mój kolega z wielką pogardą zaczął odnosić się do kapłanów. Podawałam mu kontrargumenty, w których próbowałam mu wyjaśnić, że nie można patrzeć na wszystkich kapłanów, przez pryzmat jednego. Na kolejnym przystanku z tramwaju wysiadł, stojący obok mnie mężczyzna, który powiedział do mnie: „Dziękuję Pani, bo ja jestem księdzem”. Dla mnie te historie są niesamowite, bo wiem, że w tym wszystkim działa Bóg. On nas nawraca każdego dnia, przez ludzi, przez różne sytuacje, w których się znajdujemy, przez bliższe poznanie Jego Miłości.

Nawracam się codziennie. Dlatego ważne są dla mnie słowa ks. Jana Twardowskiego, że „Wielkie dzieło nawrócenia świata rozpoczyna się od małych nieraz wysiłków, od budowania zgody w naszych rodzinach, parafiach, w środowiskach pracy”. Dlatego, niech nasze nawrócenie stanie się codziennością. Amen.

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

« » Wrzesień 2021
N P W Ś C P S
29 30 31 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 1 2
3 4 5 6 7 8 9

Reklama

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama